Przejdź do głównej zawartości

Chautara. Rodzina Ghale.















Pojechaliśmy na kilka dni na wieś: na wschód, a potem do góry, na północ, pod granicę z Tybetem. do swojego rodzinnego domu, do Chautary (zupełnie nieturystycznego miejsca), zaprosił nas Sanjeeb, nasz wieloletni przyjaciel. Poznaliśmy go wiele lat temu w Kathmandu i od razu się polubiliśmy. Jest Tamangiem, przedstawicielem jednej z licznych grup etnicznych w Nepalu, którą można porównać do polskich górali. Tamangowie to ludzie gór i w dawnych czasach prawie tylko oni bronili północnych granic kraju.

Okolice Chautary okazały się cudowne. Zielone wzgórza, za którymi wznosiły się białe Himalaje, liczne strumienie, urocze zakątki i całe hektary lasów, z ukrytymi wśród drzew świątyniami. Sama farma była niezwykle interesująca, bo znajdował się tam ogromny staw rybny, farma świń, kóz i krów. Wszystko otoczone było polami kukurydzy i plantacjami bananów, pomarańczy i pomelo. 
Budził nas krzyk świń, domagających się jedzenia, a następnie wrzaski ludzi, przeganiających małpy z pól kukurydzy. Małpy były tak pazerne, że kradły po kilka kolb i uciekały z nimi, wspinając się na drzewa. Wieczorami zaś, zagrożeniem były leopardy. Zakradały się na farmy i porywały większe zwierzęta. 

Przyjęto nas jak króli. Było to trochę zawstydzające, bo takiej gościnności nie zaznaliśmy nigdzie. 

Komentarze

  1. Znajomość angielskiego jest tam tak powszechna, że nawet na wsi można pogadać z tubylcami?

    OdpowiedzUsuń
  2. Większość ludzi mówi po angielsku. Natomiast na wsiach raczej musimy porozumiewać się łamanym nepalskim.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Alicante. Halloween.

Po szkole* zjedliśmy lunch w lokalnej sieciówce** i pojechaliśmy do domu. Musiałem odpocząć i zrobić kilka rzeczy, związanych z pracą. Ufarbowalem włosy, nałożyłem maseczkę i pograłem w ulubioną grę na telefonie***. A wieczorem, zgodnie z planem pojechaliśmy do centrum. Nasza znajoma z którą byliśmy umówieni napisała, że mocno się spóźni. Musiała jeszcze jechać do parku, nazbierać granatów i wysłać do Polski. Trochę nas to rozbawiło, ale ok. Poszliśmy na kolację sami. Zamówiliśmy pad thai, wiosenne bułeczki z krewetkami i butelkę lokalnego wina. Pycha i bardzo tanio (€31 łącznie). Później dołączyła Kasia i w ramach rekompensaty przyprowadziła czterech chłopaków, żebyśmy od razu mieli znajomych. Faceci okazali się bardzo zabawowi i ciągle kupowali wszystkim kolejki, tak więc dość szybko rzuciliśmy się w wir zabawy. Po jakimś czasie dołączyli do nas kolejni znajomi i jacyś Chińczycy, którzy z uwielbieniem wychwalali "naszą Hiszpanię".  Poza tym wszyscy składali nam życzenia, bo...

A dzisiaj nie o nas.

Z cyklu "muszę, bo się uduszę".  Prawie nigdy nie wyrażam poglądów politycznych, ale dzisiaj to zrobię, bo męczy mnie "jedyna i słuszna" narracja ciasnych umysłowo, smutnych ludzi, którzy w życiu prywatnym dorobili się nieudanych rodzin, traum i depresji. Zastanawiam się, czy są zwyczajnie tępi i pozbawieni empatii, czy mszczą się na innych za własny ból dupy? Emigracja Spójrzmy na Londyn. Setki tysięcy ludzi wyszło na ulice, bo mają dość pieprzonej różnorodności : emigrantów, którzy żyją z zasiłków i tych, którzy latają z maczetami po ulicach. I jeszcze jednego mają dość - kneblowania! Bo w obecnych czasach "słodkiej poprawności językowej"  nie wolno powiedzieć, że czarny zabił, napadł, albo dokonał przestępstwa. W UK nie upublicznia się rasy przestępców. Ale ludzie mają oczy. Na Tootingu gdzie mieszkałem przez dekadę, w każdym tygodniu ktoś kogoś mordował. I nigdy, przez te wszystkie lata nie była to biała osoba. Brytyjczycy przegłosowali wyjście z Unii...

Trójmiasto. Piątek 13-tego.

  Trochę ostatnio za dużo jadłem. Wakacje są fajne, gdy człowiek nie ma ograniczeń, ale nabiera się ciała. Jestem za stary, żeby się katować. Liposukcja laserowa zmniejszyła obwód w pasie i przywróciła ustawienia fabryczne. Poza tym, miałem przygody. Ponieważ jadę do Wrocławia (o tym za chwilę), a potem do Ustronia (o tym za dwie chwile), wyszedłem z domu z wielką walizką i plecakiem.  W Gdańsku skorzystałem z automatycznej przechowalni. Wszystko włożyłem do skrzynki, przeczytałem regulamin, zapłaciłem i zamknąłem na kluczyk, który włożyłem do portfela (wszystko w tej właśnie kolejności).  Po zabiegu, zaraz przed przyjazdem pociągu, włożyłem kluczyk, zamek zrobił "klik" i drzwiczki się otworzyły. W środku niczego nie było. Ani wielkiej walizki, ani laptopa z całym moim dorobkiem i danymi z firmy, ani innych ważnych rzeczy. Ktoś wziął wszystko. Świat się zatrzymał. W takich sytuacjach nigdy się nie denerwuję, tylko działam. Rozejrzałem się i stwierdziłem, że jest kamera, p...