Przejdź do głównej zawartości

Posty

Alicante. Dzień za dniem.

Czas leci jak oszalały, a pogoda się psuje. Hiszpanie, jak Anglicy gadają wyłącznie o pogodzie i mówią, że to "niewiarygodne" ( tak, są dramatycznie, jak Włosi ). Meteorolodzy tłumaczą, że mamy do czynienia z rzadkim zjawiskiem w którym dwa ośrodki niżowe krążą wokół siebie, co wzmacnia siłę wiatru i opadów. Nazywają to "pociągiem niżów", bo jedna burza nie zdąży odejść, a już nadciąga kolejna. W Alicante burz nie ma, ale błękitne niebo nie pojawia się tak często jak w ostatnich trzech miesiącach. Przed nami luty - ponoć najzimniejszy tu miesiąc (12°C średnio). Zobaczymy.  W szkole zbliża się kolejny egzamin. Powoli zaprzyjaźniam się z ludźmi z klasy, zaczynamy rozmawiać, po hiszpańsku. W każdą środę wychodzimy też do pubu, aby gadać o pierdołach, szlifując język. Bardzo podoba mi się taka forma nauki. Kaleczymy pewnie całe zdania, no ale jak inaczej moglibyśmy się nauczyć?  Mamy też gości. Iksy przyjechali na tydzień. Staramy się pokazać im miasto i mam nadzieję, ż...

Alicante. Rytm dnia.

Mój rytm dnia jest dynamiczny, stały i jasno określony. Przez lata uczyłem się zorganizować wszystko tak, aby działało. Dla mnie, rzecz jasna. Jest prawie dobrze.  W dni pracujące, wstaję o 6:15 i pracuję przez 30 minut. Potem przygotowuję sobie lunch i słucham radia (muzyki). Następnie biorę prysznic, ubieram się, zaparzam zieloną herbatę (3 minuty) i pakuję plecak. Wychodzę na tramwaj o 7:56. Transport w Alicante jest bardzo punktualny i mój tramwaj przyjeżdża o 8:04. 0 8:30 jestem w centrum.  Ze szkoły wychodzę o 12:30. Idę na tramwaj i dojeżdżam do domu o 13:20. Ewentualnie Idę spacerem i wtedy dochodzę o 14:00.  Pracuję do 17:00. Później odpoczywam przez godzinę i w tym czasie robię różne rzeczy. Często Idę na plażę, ale czasami po prostu leżę i odpoczywam. Zdarza mi się grać w gry, albo słuchać książek. Jemy kolację, razem z Marcinem w okolicach 18:00. Następnie uczę się hiszpańskiego. Często przez 3 godziny.  Od 21:00 mam czas dla siebie, czasami jednak pracuj...

Londyn - Alicante. Dziki lot.

Ze względu na wczesną godzinę odlotu (7:30), zdecydowałem się na nocleg bezpośrednio na lotnisku. Bardzo cenię sobie hotele kapsułowe – oferują dokładnie to, co niezbędne, włącznie z niezawodną usługą budzenia. Ich największym atutem jest lokalizacja tuż pod halą odlotów, co pozwala zaoszczędzić mnóstwo czasu. ​Dodatkowo EasyJet wprowadził świetne udogodnienie: zautomatyzowany system, dzięki któremu bagaż mogłem nadać samodzielnie jeszcze wieczorem, w przeddzień podróży. Dzięki temu rano wszystko przebiegło błyskawicznie – po wstaniu i odświeżającym prysznicu od razu skierowałem się do kontroli bezpieczeństwa. Chwila relaksu przy kawie i mogłem spokojnie wejść na pokład samolotu. Wystartowaliśmy punktualnie. Gdy tylko osiągnęliśmy wysokość przelotową, załoga ruszyła ze sprzedażą kanapek. Brytyjczycy wręcz rzucili się na te z serem i bekonem – bez przesady, nigdy wcześniej nie widziałem w samolocie tak zbiorowego ataku głodu! Wyglądało to tak, jakby nie jedli co najmniej od przedwczoraj...

Londyn. Czemu tu już nie mieszkamy?

Tu był G-A-Y Wczorajsze nostalgie i sentymenty zaczęły powoli wyparowywać. Dzisiejszy dzień spędziłem w centrum i choć powrót na stare śmieci sprawił mi frajdę, poczułem się finalnie przytłoczony. Czym konkretnie? Przede wszystkim – wszechobecnym hałasem . W Londynie absolutnie wszystko generuje jazgot. Komunikaty w środkach transportu rozsadzają bębenki, stare wagony metra piszczą i zgrzytają niemiłosiernie, a pasażerowie przekrzykują ten chaos, wisząc na telefonach. Całość przeplatana jest mechaniczną litanią systemowych ostrzeżeń: o mokrej podłodze, o zachowaniu ostrożności przy wysiadaniu (nieśmiertelne mind the gap ), o problemach z sygnałem czy wreszcie o konieczności raportowania każdego „niestandardowego” zachowania. Od dawna nie byłem tak potwornie przestymulowany. Po drugie, znokautował mnie ten tutejszy pośpiech . Oni wszyscy pędzą przed siebie w amoku, wierząc, że tak po prostu trzeba. Armia ludzi w garniturach – od menadżerów po kadrę zarządzającą najniższego szczebla – wy...

Londyn. Home sweet home.

Wylądowałem w Londynie z 35-minutowym opóźnieniem. Myślałem, że będzie gorzej, ale nadrobiliśmy jakoś czas w powietrzu. Powodem postoju byli spóźnieni pasażerowie, a konkretnie załoga: czterech pilotów i sześć stewardes. Panowie siedzieli ze mną w klasie biznes, a panie poszły na tyły. Nie ma to zresztą specjalnego znaczenia, bo w krótkodystansowych lotach fotele wyglądają tak samo – leci się tylko samemu w rzędzie, dostaje jedzenie oraz nielimitowane napoje. Nie wybrałbym wyższej klasy za pieniądze, ale mam tak wiele punktów, że mogę latać po Europie w tę i z powrotem, nic nie płacąc. Ale nie o tym chciałem... Nigdzie na świecie nie czuję się tak, jak w Londynie. Tutaj jest mój dom. Tak czuję. Nostalgia pojawiła się od razu, gdy do moich nozdrzy dotarł zapach powietrza. I tu nie chodzi o to, jaki on jest. Uczuć nie da się zmienić. Tutaj się ukształtowałem, zakochałem, przeżyłem najintensywniejsze chwile mojego życia. Znam każdy róg i kąt! A teraz znów zaczynam od nowa. Jest dobrze i j...

Wrocław. Avatar 3.

Byłem na trzeciej części Avatara i muszę przyznać, że "Fire and Ash" jest mocno brutalne. Jake i jego rodzina trafiają na klan Popiołu, który pokazuje, że Na’vi potrafią być tak samo brutalni i zawistni jak ludzie. Na filmie działo się to, co widzę codziennie wokół siebie – wcale nie potrzebujemy obcych cywilizacji, żeby zacząć się nienawidzić i skakać sobie do gardeł.  Film trzyma w napięciu, od początku do końca. Efekty zapierających w piersiach, tak jak kolory. Każdy kadr jest fascynującym obrazem. Pod tym względem oceniam film jako dzieło sztuki.  Ale jak dla mnie zbyt dużo w nim negatywnych emocji: rasizmu, głupoty, egocentryzmu i nienawiści. Patrzysz na piękne obrazy, z których wydobywa się tylko przemoc. 

Wrocław. Uczelnia.

Zaraz po przyjeździe do Wrocławia, poszedłem do hotelu, zameldowałem się i chwilę potem pojechałem tramwajem na spotkanie z panią dermatolog. Niestety powiedziała, że mój problem (pojawiające się raz na jakiś czas wypryski we włosach z tyłu głowy) będzie wracał i nie ma sensu leczyć go wewnętrznie.  Nie będę tego jakoś szczególnie tłumaczył, natomiast zgadzam się z nią. Całożyciowa ścisła dieta eliminacyjna lub  łykanie pigułek bez końca, nie są żadnym rozwiązaniem. Wziąłem więc mazidło i będę się smarował przez tydzień aż zejdzie.  W sobotę rano wstałem i poszedłem na uczelnię. Poziom wykładów wprowadził mnie w zażenowanie, no ale chyba takie mamy czasy. Przepadli profesorowie i profesorki, wykładający swoje teorie pasją, graniczącą z szaleństwem. Teraz nikt się już nie podnieca nauką. Osoby uczestniczące w wykładach wydawały się mało zainteresowane: większość oglądała filmiki na tik toku lub po prostu rozmawiała. Bardzo mnie to drażniło, szczególnie ciągle wychodzącej w...

Warszawa. Piękna zima.

Wylądowałem planowo. Pogoda nad resztą Europy wydawała się być zjawiskowa, za linią Tatr, krajobraz przestał być widoczny.  Szok termiczny rozczerwienił mi twarz oraz białka oczu. Nieprzyzwyczajon - nie potrafiłem się zaadoptować. Złapałem autobus do centrum i pobiegłem do kantoru (musiałem wymienić euro na złotówki, co wcale mi się nie opłacało, ale nie miałem wyboru - pomińmy szczegóły).  W Warszawie większość ludzi mówi po ukraińsku. Ma to miejsce zarówno na ulicach, środkach komunikacji miejskiej i w miejscach użyteczności publicznej. Za każdym razem obsługiwał mnie ktoś z tamtego kraju. Jedynie w hotelu pracowali Polacy. Nie mam zamiaru tego oceniać, tylko zaznaczyć.  Polaków zobaczyłem później, pod pałacem kultury. Stali coraz bardziej rozszerzającej się grupie, z flagami polskimi. Mocno przeklinając, czegoś się domagali. Nie miałam jednak zupełnie w sobie zainteresowania, by dowiedzieć się o co chodziło.  W Warszawie zrobiłem wszystko co miałem zrobić i załatw...

Madryt. Nowy Rok.

Podoba nam się tu. Energia miasta jest taka jaka być powinna. Cała godzinami łazimy i zachwycamy się każdym skwerem, uliczką i wystawą sklepową. Byliśmy już przecież w tak wielu miejscach, A to jednak Madryt kradnie nam serce.  Ze mnie schodzi stres, chyba z całego roku. Mam napięciowe bóle głowy, bóle pleców, sen przerywany i kołatanie serca. Nie przez cały czas ale przychodzi to sobie kiedy chce. Przed samym wyjazdem zrobiłem wszystkie kompleksowe badania i były dobre.  Obiecuję sobie mniej pracować. Mniej brać na siebie. Nauczyć się bez wyrzutów sumienia oglądać seriale i czytać książki. Muszę się też nauczyć nie odpowiadać za cudzy los i nie rozdawać swojej energii na wszystkie strony. Mam już swoje lata i to co mogłem robić wcześniej bez problemu, teraz mi zaczyna ciążyć.  W Madrycie jednak odpoczywam, choć jednak za dużo imprezuję.

Madryt. Pierwszy raz.

Madryt natychmiast skradł nasze serca. Wychodząc ze stacji metra na Puerta del Sol, poczuliśmy wielkomiejska energię: dużo, różnorodnych ludzi i monumentalne, wręcz przesadnie majestatyczne gmachy dookoła.  Zameldowaliśmy się w hotelu i od razu poszliśmy zwiedzać. Dzisiaj w planie była Gran Via oraz okoliczne tereny zielone. Widoki powaliły nas na kolana.  Zjedliśmy ogromne steki, a później tradycyjne  churros maczane w gorzkiej czekoladzie. Absolutna rewelacja. Tak jak życie nocne. Dzisiaj zwiedziliśmy tylko wioskę gejowską i oznaczyliśmy na mapie kilkanaście interesujących lokali. Przed północą wstąpiliśmy na małą lampkę wina do El 12, które okazało się   jednym z najfajniejszych miejsc, w jakich byliśmy. 

Alicante. Święta.

Świąt w tym roku nie obchodziliśmy. Postanowiliśmy się wyspać i odpocząć, bez całej wszechobecnej nagonki i przymusu bycia w "świątecznym nastroju". Zostaliśmy w domu. Marcin ugotował makaron z bekonem i grzybami, ja kupiłem dużo wina i deser w postaci lodowej rolady, którą wybierali wszyscy Hiszpanie.  O 19:00 przyjechała do nas Yuki, koleżanka ze szkoły językowej. Piliśmy wino, słuchaliśmy malezyjskich kolęd i gadaliśmy o wszystkim. Było fajnie. 

Świat. Wydarzenia.

Wstałem i poczłapałem pod prysznic. Włączyłem radio i myjąc zęby, wysłuchałem wiadomości. W Australii ojciec i syn dokonali masowego morderstwa podczas obchodów żydowskiego święta Chanuka. Starszy terrorysta był obywatelem Indii na stałe mieszkającym w Australii, a młodszy był z urodzenia Australijczykiem. Ponoć zradykalizowali się na Filipinach i tam zaplanowali atak. Policja ich obserwowała. No i co z tej obserwacji wynikło? 16 trupów i kilkadziesiąt rannych.  Komentarze w mediach społecznościowych są tak rynsztokowe i nienawistne, że wierzę w przepełnione piekła i potrzebę rozbudowania tam sal wiecznych tortur.  Co o tym myślę? Bo rozmawialiśmy z wieloma osobami dzisiaj. Myślę, że przemoc jest zła i należy zrobić wszystko, aby do niej nie dopuścić. Wiele ludzi łączy to z konfliktem Izraelsko -Palestyńskim. Mówią " dobrze im tak ". Ale komu dobrze? I tak. Bardzo nie podoba mi się to, jak zachowują się Żydzi i nie - nie jest temu winien jeden człowiek, bo morderstw na Palest...

Alicante. Weekend!

Końce tygodnia to dla mnie święty czas. Nie pracuję i nie zaglądam do szkoleniowych grup. Uczę się tylko hiszpańskiego, bo chcę mówić płynnie jak najszybciej.  Zdałem egzamin! Pierwszy poziom zaliczony, chyba na piątkę. Mówienie i rozumienie na 100%. Pisanie dobrze, jednak mam problemy z hiszpańską interpunkcją, zwłaszcza w zdaniach złożonych.  W sobotę przyjechała Aneta. Na szczęście zaszaleliśmy porządnie, ale nie tak, aby czuć dyskomfort następnego dnia. Hiszpanie piją dużo i potrafią przewracać się na parkiecie. My takie efekty specjalne mamy za sobą.

Alicante. Święto Poczęcia Maryjki.

W Hiszpanii święto narodowe. Poniedziałek świąteczny spędzę na nauce hiszpańskiego, bo w czwartek mam główny egzamin.  Weekend był słoneczny (tu każdego dnia jest słonecznie). Zwiedziliśmy dzielnicę niebieskich doniczek, najstarszą część miasta, usytuowaną pod zamkiem, na skale.  Temperatura dochodziła do 30°C w słońcu. Plaże pełne ludzi i małych, ujadających piesków. Stare miasto opanowały zaś koty. Marcin zaprzyjaźnił się z wieloma. 

Alicante. ¿Pa' qué estoy haciendo todo esto?

Muszę znów przewartościować wszystko, bo nie jestem pewien, czy to co robię i jak żyję, nie wynika z jakiś nie przepracowanych rzeczy?  Owszem, żyję tak, jak chcę. Ale po jakiego... ja tak dużo robię i dla kogo się staram? Kogo oczekiwania spełniam. Swoje? A może rana bycia niedocenianym zmusza mnie do ciągłego udowadniania, że mogę robić ciągle więcej? Po co na przykład studiuję kolejny kierunek? Psychoterapia jest trudna i wymagająca. Praktyki zabierają mi całe godziny w tygodniu. A mógłbym przecież obejrzeć sobie jakiś serial. No i po co studiuję hiszpański? Uczę się go tak pilnie jakbym brał udział w jakimś konkursie. Całymi godzinami powtarzam słówka i piszę wypracowania. Owszem, po pięciu tygodniach nauki potrafię już rozmawiać, no ale po co?  I po co ja tyle pracuję? Przecież ja ciągle pracuję. Ps. W niedzielę pozwoliłem sobie na półtorej godziny odpoczynku i w tym czasie zjadłam cudowne lody jogurtowe.  Pogoda jest bardzo przyjemna. W dzień ciągle temperatura doch...

Alicante. Black Friday.

Ochłodziło się. Tak, jak nam mówiono, stało się to nagle. Plus trzydzieści zmieniło się na dwadzieścia, w ciągu dnia; wieczory i poranki stały się znacznie chłodniejsze.  Korzystając z humoru zakupowego, kupiłem sobie parę ciuszków. Marcin tylko czapeczkę. Nic mu się nie podobało i po raz kolejny obiecałem sobie, że będziemy chodzić na zakupy osobno. Marcin bowiem potrafi przez godzinę przebierać w rzeczach i nic nie kupić, ja zaś wchodzę, podejmuję decyzję w minutę i idę do kasy. Zresztą wszystkie inne rzeczy robimy z podobną, właściwą dla siebie dynamiką.  Wieczór spędziliśmy w domu. Ja trochę grałem w grę i trochę się uczyłem, Marcin wlepiał ślepia w jakiś serial (zapewne) kryminalny.

Alicante. Minął miesiąc.

Widok na północne Alicante. Minął nam miesiąc, na nowej ziemi ojczystej. Czas leci szybko, a nasze życie stało się bardziej intensywne. Pojawiły się nowe rutyny i zupełnie zmienił się rozkład naszego dnia.  Wstajemy o 6:45. To znaczy ja wstaję, Marcin rozpoczyna dzień o 7:00, gdy skończę prysznic. Robimy kawę, pakujemy się i jedziemy do szkoły tramwajem (tramwaj w śródmieściu bardziej przypomina metro). Zajmuje nam to 15 minut i później dodatkowo, 10 minut spaceru. Szkołę kończymy o 12:30. Po miesiącu umiemy liczyć i znamy około 500-800 słów, pozwalających nam zamówić jedzenie, zapytać o drogę, przedstawić się, opowiedzieć trochę o sobie i swoich zainteresowaniach. Marcinowi gramatyka spędza sen z powiek, dla mnie jest raczej prosta, bo znam pokrewne języki i wiele rzeczy jest zwyczajnie podobnych. Poza tym hiszpański wydaje się dość łatwy (na pewno łatwa jest wymowa). Droga do szkoły  Po szkole jemy lunch i wracamy do domu. Ja pracuję, Marcin idzie na spacer. O 17:30 kończę i...

Alicante. Halloween.

Po szkole* zjedliśmy lunch w lokalnej sieciówce** i pojechaliśmy do domu. Musiałem odpocząć i zrobić kilka rzeczy, związanych z pracą. Ufarbowalem włosy, nałożyłem maseczkę i pograłem w ulubioną grę na telefonie***. A wieczorem, zgodnie z planem pojechaliśmy do centrum. Nasza znajoma z którą byliśmy umówieni napisała, że mocno się spóźni. Musiała jeszcze jechać do parku, nazbierać granatów i wysłać do Polski. Trochę nas to rozbawiło, ale ok. Poszliśmy na kolację sami. Zamówiliśmy pad thai, wiosenne bułeczki z krewetkami i butelkę lokalnego wina. Pycha i bardzo tanio (€31 łącznie). Później dołączyła Kasia i w ramach rekompensaty przyprowadziła czterech chłopaków, żebyśmy od razu mieli znajomych. Faceci okazali się bardzo zabawowi i ciągle kupowali wszystkim kolejki, tak więc dość szybko rzuciliśmy się w wir zabawy. Po jakimś czasie dołączyli do nas kolejni znajomi i jacyś Chińczycy, którzy z uwielbieniem wychwalali "naszą Hiszpanię".  Poza tym wszyscy składali nam życzenia, bo...

Alicante. Pierwsze wrażenia.

Pierwszy wpis o Alicante, zacznę od informacji o mieście. Alicante to malownicze miasto położone na wschodnim wybrzeżu Hiszpanii, w regionie Walencja, nad brzegiem Morza Śródziemnego, przy urokliwej zatoce noszącej tę samą nazwę. Dominującym punktem widokowym jest wzniesienie Benacantil , które dumnie spogląda na miasto, dodając mu niepowtarzalnego charakteru. Alicante, z populacją wynoszącą 360000 mieszkańców, zajmuje jedenaste miejsce pod względem wielkości w Hiszpanii. W rankingu InterNations Expat Insider 2020, Alicante uplasowało się na zaszczytnym drugim miejscu wśród najlepszych miast dla przyjezdnych na świecie, co podkreśla jego przyjazną atmosferę oraz bogatą ofertę dla obcokrajowców. Komunikacja w mieście jest niezwykle dobrze rozwinięta – mieszkańcy i turyści mogą korzystać z rozbudowanej sieci autobusów, tramwajów (w tym szybkiego tramwaju) oraz regionalnych linii kolejowych, co sprawia, że podróżowanie po okolicy to czysta przyjemność. Historia regionu sięga czasów sprze...

Gdynia-Gdańsk. Dni latawca.

Wczoraj obudził mnie hałas kosiarki. Panowie wysłani przez spółdzielnię mieszkaniową, rozpoczęli pracę o 6:55. Pojechałem do Gdańska na USG, później: w transporcie oraz jedząc lunch, nadawałem kody QR na pierdylion paczek. Marcin jeździł do hurtowni po materiały i pakował. O 14:30 ostatnia paczka wylądowała w InPost owej skrzynce. Kurier odebrał 3 minuty później. Pojechaliśmy do kolejnej przychodni, zaszczepić się na grypę. Robimy to nieprzerwanie od 20 lat. Po zastrzyku pojechaliśmy na zakupy, z których musiałem biec do domu, bo o 18 zaczynałem praktyki studenckie (studiuję psychoterapię).  Skończyłem o 21:00, Marcin w tym czasie jeździł po sklepach, bo kupił zły plecak (przecięty na pasku) i musiał reklamować, a następnie kupić inny. Dzwoniłem też do mamy. Powiedziała mi, że śniło jej się, że smażyła smalec. Ma wyobraźnię! Dzisiaj wstałem bez kosiarki. Pogoda za oknem okazała się przecudna. Wziąłem prysznic, wyruszyłem włosy i znów pojechałem do przychodni (centrum diagnostyczne)...

Gdynia. Odpoczynek.

Obudziliśmy się późno. Wziąłem bardzo długi prysznic i zrobiłem sobie śniadanie. Marcin poszedł na poranny spaceyi po kawę. Włączyłem TV i obejrzałem program "Kobieta na krańcu świata",  w którym Martyna Wojciechowska pokazywała Okinawę i wioskę, w której populacja jest najstarsza na świecie. Marcin przyniósł kawę. Postanowiłem nic nie robić. Nie pracować. Poszedłem na spacer, nad morze. Poszedłem przez las. W Gdyni zaczęła się dopiero jesień i drzewa zaczynający żółknąć. Dalej jednak dominuje zieleń. W drodze wysłuchałem nagranych wiadomości od przyjaciół. Później słuchałem muzyki i dotarłem do miejsca, w którym piję zawyczaj kawę. Kawiarenka nazywa się Kofeina i serwuje domowe ciasta. Lubię tu bywać.

Gdynia. Pośpiech.

Gdynia. Widok z gabinetu stomatologicznego. Wczoraj dojechaliśmy na czas. Pociąg był wypełniony po brzegi, nie wiem dlaczego sprzedają bilety bez gwarancji miejsca siedzącego? Osoby z ktorymi współdzieliliśmy podróż, kaszlały i kichały, jakby wszystkie jechały na kwarantannę lub jakby ktoś rozpylił drażniący gaz w powietrzu. W drodze obejrzałem połowę serialu (4 odcinki) Wayward, całkiem niezły thriller, sam raz na dłuższą podróż. W międzyczasie opychalismy się: śliwkami, gruszkami i truskawkami, kanapkami, ciasteczkami i w końcu kabanoskami, na których straciłem plombę. Szlag mnie prawie trafił, bo wypełnienie miało niecały rok. Od razu umówiłem się na wizytę do dentysty. Potem pomyślałem, że może dobrze się stało, bo lepiej teraz, niż za tydzień (w czwartek przeprowadzamy się na stałe, do Hiszpanii).  Wstaliśmy dość wcześnie. Pogoda była znośna. Poszliśmy do zaprzyjaźnionej kawiarni na śniadanie i przede wszystkim odebrać Shilajit, który w końcu dotarł z Nepalu. Marcin zajął się ...

Częstochowa. Pracowity dzień.

Byliśmy wczoraj u Justyny, naszej koleżanki, na plotkach i winie. Wypiliśmy w trójkę, cztery butelki. Do tego: włoskie paluszki, w zasadzie paluchy - takie grube, domowe grzybki marynowane i ogórki kiszone, kabanosy i koreczki serowo-oliwkowe. Pod koniec imprezy dołączyła Kamila on-line. Dużo się śmialiśmy. Rano wyszedłem po kawę i wtedy zadzwonił kurier, informując mnie, że jest "na miejscu", co oznaczało drugi koniec miasta. Zadzwoniłem do mamy, proszący ja aby zeszła pilnować palety, następnie obudziłem Marcina i zadzwoniłem po taksówkę. Pięć minut później, w wyjątkowych humorach jechaliśmy na Raków.  Przerzuciliśmy kilkaset kilogramów książek i pojechałem do mieszkania, zabierając mamę ze sobą, bo musiała załatwić coś w urzędzie. Marcin został w domu teściowej i zajął się rozładowaniem palety i pakowaniem książek, każdej osobno do wysyłkowych pudełek. Ja pracowałem zdalnie, później zadawałem kody QR, Marcin wysyłał. O 17 poszliśmy do kina. Tym razem zobaczyliśmy Aresa. Za...

Częstochowa. Chwila wytchnienia.

Mama wyszła po nas, na dworzec i przywitała chlebem i solą. Marcin oczywiście wkładając chleb do plecaka, rozsypał sól, na szczęście nie całą. Zrzuciliśmy bagaże i poszliśmy na kawę. Potem Marcin pojechał z mamą odebrać paczki, które przesłałem z Gdyni i został tam na kolację, a ja odpocząłem. Kolejnego dnia wstałem późno. Otrzymałem życzenia z okazji dnia nauczyciela i kilka miłych wiadomości, potem przeczytałem e-maile służbowe obw końcu poszedłem do łazienki. Marcina tym czasie ogarnął pranie i poszedł po kawę, którą wypiłem, szykując się na lunch z mamą. Poszliśmy do japońskiej restauracji.  Porcja sushi okazała się za duża. Ostatni talerz (w sumie były trzy) wzięliśmy na wynos i jako, że stołowaliśmy się blisko domu, Marcin zaniósł paczkę i włożył do naszej lodówki, na wieczór. Ja z mamą wolnym spacerem poszedłem do kina. Kot dotarł jeszcze podczas reklam, które ignorowaliśmy, rozmawiając o pierdołach. "Chopin, Chopin" okazał się genialnym filmem, pokazującym kompozytora...

Cieszyn. Warsztaty, dzień 2.

Udało się. Warsztaty naprawdę były udane. Tym razem kosztowały mnie dużo energii, bo jestem padnięty. Wypompowany. Flak! Wejście na trzecie piętro, do apartamentu w którym się zatrzymaliśmy było dla mnie całkiem trudne. Polozylem się na sofie i zapadłem się w nią, bez chęci robienia czegokolwiek innego, oprócz leżenia.

Cieszyn. Warsztaty.

Uczę pracy grającymi misami. To fenomen naturoterapii z Azji. Te instrumenty muzyczne potrafią wprowadzić w trans, lub stan podobny do głębokiej medytacji, co działa na organizm jak wielogodzinny wypoczynek, dobry sen i długotrwały relaks. Efekty są widoczne od razu. A ja? Sam nie wiem. Może przydałby mi się taki zabieg?

Trójmiasto. Weekend.

Brakowało mi buddyjskich wibracji. Lubię je, w europejskim wydaniu, gdzie zamiast zakurzonego przepychu panuje czystość i minimalizm. Dawno nie uczestniczyliśmy w takich wydarzeniach w Europie. Po sobotniej inicjacji Diamentowego Umysłu, spałem jak dziecko. W niedzielę, Marcin wstał przede mną i wziął prysznic, ja nie mogłem się dobudzić, co praktycznie nigdy mi się nie zdarza. Zmusiłem się jednak do działania i 40 minut później siedzieliśmy w taksówce*   Na miejscu były już tłumy (sprzedano 1350 biletów) , ale nasze siedzenia nie były zajęte. To miłe. Mniej fajny był fakt, że większość ludzi była przeziębiona. Podczas śpiewów i błogosławieństw rozpraszało mnie smarkanie wielu ludzi dookoła - szczególnie kobieta siedząca przede mną, chciała się chyba pozbyć mózgu przez nos.  Uczestniczenie w wydarzeniu kosztowało mnie niewiarygodnie dużo energii. Spotkałem ludzi z przeszłości. Większość spotkań było miłych lub nawet serdecznych, ale jednak wyczerpujących. Mój stary kolega...

Sopot. Buddyjski weekend.

Od piątku do niedzieli uczestniczymy w buddyjskich inicjacjach i wykładach, w Sopocie.  Z Nepalu przyjechał Dziamgon Kongtrul Rinpocze, który postanowił udzielić dwóch niezwykłych inicjacji: Dordże Sempy i Mahakali. Niezwykłe połączenie! Dordże Sempa to wywracajaca do góry nogami, oczyszczająca energia. Mahakala zaś to strażnik (ochrona) naszej   buddyjskiej linii, nauk i nas samych. Nie będę jednak wyjaśniał buddyjskich zawiłości.