Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z maj, 2026

Warszawa. Różowa kula.

W ramach fanaberii zamarzyłem o różowej kuli musującej do kąpieli oraz o złotych kompresach pod oczy. Marzenie zrealizowałem i przez trzy godziny na 27- piętrze odnowionego hotelu Presidential (niegdyś Marriott) uskutecznione sobie porządną, 3- godzinną kąpiel z lekturą. Wcześniej byłem w saunie, a rano na siłowni. Muszę przyznać, że powinienem robić sobie takie rzeczy częściej.  Powoli uczę się odpoczywać. Umiem już nie pracować, lub oddzielać czas pracy od wolnego. Generalnie wykonuję zawodowe obowiązki od poniedziałku do piątku, po 6 godzin dziennie (chcę zejść do czterech). W soboty i niedziele, nie pracuję w ogóle. Aby to jeszcze umocnić i zapieczętować, moim zamiarem jest zakup drugiego telefonu, który po godzinach pracy będzie spoczywał w szufladzie. Wieczorem poszliśmy do warszawskiej Ramony, na gościnne występy drag queen Lady Finel. Występ był jak zawsze mało udany, publiczność była raczej mało zaangażowana, a zabawa wymuszona. Nie miało to jednak większego znaczenia i ni...

Warszawa. Ulotność.

Do Warszawy, przyjechaliśmy specjalnie, z okazji wernisażu Krzysia Porzeżyńskiego, naszego długoletniego kolegi. Krzysiu jest osobą wielowymiarową i bardzo ciekawą, o ponadprzeciętnej inteligencji i rzadkich zdolnościach, którymi zajmuje się hobbystycznie. Na miejsce, z Londynu przybyła też Aneta, co zdecydowanie było dla nas bonusem.  Razem spędziliśmy piątkowy wieczór. Dwie i pół godziny pomagając zorganizować przestrzeń wystawową, jedząc kolację i w końcu pijąc bezalkoholowe piwo w spelunie, które nasi przyjaciele nazwali klubem. Czułem się odlotowo ponieważ bardzo potrzebowałem zrobić coś innego od pracy i rozmów o zdrowiu i chorobach. Dlatego też wróciłem do hotelu zachwycony.  W sobotę po wspólnym lunchu poszliśmy do domu fundacji Kannon, który należy do Buddyjskiej Wspólnoty Zen Kannon kultywującej japońską tradycję zen, gdzie członkowie spotykają się na regularnych medytacjach zazen oraz warsztatach wspierających rozwój duchowy. Tam właśnie Krzysiu miał wernisaż pod ty...

Gdynia. Warsztaty.

Ostatnio mam dużo pracy i jestem konstruktywnie zmęczony. Czasami padam na pysk, ale nie narzekam. Sprawia mi to przyjemność. Robię to, co lubię i to nadaje sens mojemu życiu. Dobrze mi z tym.

Gdynia. Sielanka.

O 6:30 obudziło mnie ostre słońce. Wstałem, napiłem się wody z kreatyną, witaminą C i elektrolitami, po czym poczułem przyjemne łaskotanie endorfin. W Hiszpanii robi się jasno dużo później i poranki są raczej depresyjne – ta myśl uderzyła mnie z siłą wodospadu i nagle wszystko stało się jasne. Spakowałem plecak i mimo zmęczenia po wczorajszym locie poszedłem na siłownię. Wykupiłem karnet w znanej sieciówce słynącej z doskonałego stanu maszyn. Ogromną zaletą jest także duża liczba oddziałów, dzięki czemu podróżując po Polsce, będę mógł korzystać z dowolnej sali ćwiczeń należącej do tej sieci. Na miejscu urzekło mnie kilka rzeczy: cisza, brak tłumów i czystość. W Alicante czułem się jak w gwarnym barze, gdzie dodatkowo walczyło się o maszyny i stawało w kolejce, aby zarezerwować miejsce. O czystości w tamtejszych klubach wolę nawet nie wspominać. W życiu nie przypuszczałem, że tak bardzo znielubię Hiszpanię.

Alicante. Warsztaty.

Warsztaty w Alicante zakończyły się serią wykładów, które wygłosiłem na Serra Grossa, skalistym wzgórzu z widokiem na Morze Śródziemne. Był to niezwykły wykład i z pewnością zapamiętam go na długo, ponieważ właśnie podczas moich rozważań dotarła do mnie wiadomość, że mój Nauczyciel, Lama Ole Nydahl, opuścił ten świat. Opowiedziałem moim studentom o tym cudownym człowieku oraz o praktyce Phowy, która polega na wysyłaniu własnej świadomości do czystej krainy Buddy Amitabhy. Doświadczyłem tego wielokrotnie i było to najsilniejsze doświadczenie mojego życia. Dzięki niemu nie ma żadnej możliwości, by zachwiać moją wiedzą na temat buddyzmu i tego, co dzieje się później, gdy ciało umiera. Cieszę się, że Marcin również poczuł oddanie do tych nauk i kilkakrotnie wykonał tę praktykę. Po wykładach długo medytowaliśmy i oczyszczaliśmy się z myśli i energii, które nam przeszkadzały. I rzeczywiście, w pewnym momencie ogarnęła nas coś w rodzaju euforii. Były to naprawdę udane warsztaty.

Alicante. Brak Eurowizji.

Czarny ekran, który ukazał się w TV. Mam wielki szacunek dla Hiszpanii i innych krajów, które zbojkotowały tegoroczne zawody Eurowizji. Nigdy nie byłem fanem tego muzycznego cyrku, głównie ze względu na poziom prezentowanych tam wykonań. Dodatkowo zawsze drażnił mnie system głosowania, który prowadził do zwycięstw osób niekoniecznie śpiewających najlepiej, ale prezentujących jakąś pożądaną akurat treść lub postawę. Krótko mówiąc, denerwowało mnie, że za każdym razem chodziło o coś zupełnie innego niż o samą muzykę. Gwoździem do trumny okazało się dopuszczenie Izraela do konkursu. Przede wszystkim dlatego, że kraj ten jest oprawcą i zabija niewinnych ludzi. Zupełnie tak jak Rosja. Tyle tylko, że w przypadku Rosji podjęto decyzję o wykluczeniu z uczestnictwa, a Izrael jakimś cudem wciąż jest dopuszczany. I to mi się bardzo nie podoba. Poza tym Eurowizja z założenia miała być konkursem dla Europejczyków, na co jednoznacznie wskazuje sama nazwa. Rosja leży w Europie przynajmniej częściowo,...

Alicante. Śniadanie na życzenie.

Marcin jest prawdziwym mistrzem gotowania i zawsze spełnia moje kulinarne zachcianki. Od pół roku jesteśmy na poważnym deficycie kalorycznym na diecie niskowęglowodanowej i staramy się wspólnie wymyślać prawdziwe cuda. Dzisiaj wstałem o 7:30 i po godzinie pracy poszedłem na siłownię. Ćwiczyłem nieco więcej bo chyba przybyło mi mięśni ponieważ podnoszę większe ciężary bez specjalnego wysiłku. Na dzisiejszy posiłek zażyczyłem sobie sałatkę śledziową z pomidorem ogórkiem kiszonym i cebulką a do tego jajka w majonezie z groszkiem. Mój mąż wszystko przygotował a ja rozpływam się smakowo w zachwycie. Do posiłku mamy jeszcze piwo bez alkoholu i bez cukru które polecam każdemu. Nawadnia lepiej niż woda i jest zdrowe oraz pyszne.

Alicante. Powrót upałów.

Za oknem upalnie, ale i wilgotno, więc tropikalnie. W związku z tym mamy komary. Nie mając wyjścia kupiliśmy płyny paraliżujące owady, do kontaktu. No i trujemy. Nie jestem zwolennikiem tego rodzaju chemii, ale jeszcze mniej lubię wampirze owady i ewentualne choroby przenoszone przez te gnidy. I to się nazywa " mniejsze zło ". Mam dużo pracy. Zaczęła się też sesja na mojej uczelni. Zaraz po przylocie z Londynu siadłem do komputera i zacząłem rozwiązywać konieczne testy. Czas jest do 30 czerwca, ale jak przysiadłem to do polowy nocy rozwiązałem wszystkie. Przynajmniej to z głowy. Teraz jeszcze prace muszę napisać - udało mi się na razie jedną i mam nadzieję, że spełnię wymagania osoby oceniającej.  Mam zapełniony kalendarz zabiegowy, oznacza to wiele pracy z fizycznymi ludźmi, poza tym codziennie mam kursy i czasami trudne i roszczeniowe osoby. Za tydzień warsztaty, a potem kolejne. Pod koniec maja, na lato, wracamy do Polski. No i tyle.

Londyn . Świat się zmienia.

Pierwsze pytanie, jakie pada w temacie Londynu, brzmi: „ czy brexit wiele zmienił? ”. Odpowiedź nie jest jednoznaczna, trudno bowiem rozstrzygnąć, co stanowi efekt opuszczenia Unii, a co wynika z faktu, że system po prostu coraz mocniej wrzyna się w życie. Ceny . Poszybowały w kosmos. Mówiąc krótko: jest cholernie drogo. Za jogurt (500 ml), maliny (150 g) i jeżyny (150 g) zapłaciłem £9.20. W Alicante identyczny zestaw kosztuje około €6. W Hiszpanii karnet na siłownię to wydatek rzędu €24 miesięcznie, w Londynie kosztuje to minimum £60. Najdrastyczniej podrożały jednak mieszkania – za przyzwoite lokum w drugiej strefie trzeba zapłacić około £3500. Manipulacja głosowa.  To chyba największa zmora współczesnej stolicy UK. Cisza tu nie istnieje. Czekając zaledwie pięć minut na pociąg, trzeba wysłuchać automatu recytującego ze spokojem o zagrożeniach terrorystycznych, konieczności posiadania biletu, wspieraniu organizacji zamiast żebraków oraz słynnego „ Mind the gap ”. Od roku doszło do...