Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z czerwiec, 2026

Kielce. Pasja

Lubię moją pasję i to co robię zawodowo: odkrywanie, uczenie, przecieranie nowych szlaków, pisanie książek. Szanuję też wolność, którą mam dzięki temu wszystkiemu. Ostatnio jednak podjąłem decyzję, że pracować mogę tylko 6 godzin dziennie, od poniedziałku do piątku, lub 30 godzin tygodniowo. Jeśli więc przeprowadzam warsztaty, robię sobie potem wolne. Nie będę tego zmieniał. Z okazji planowanego urlopu, kupiłem sobie książkę i mam zamiar udawać się do kawiarni, albo na plażę i ją przeczytać. Solenoid autorstwa Mircea Cartarescu. Podobno rewelacja. Kupiłem w ciemno, w Empiku. Jutro odbieram. W czwartek jedziemy na wykłady buddyjskie, oraz pochodzić wokół stupy, do Kuchar. Dawno tam nie byłem. A Marcin nigdy.

Kielce. On Zon Su

Warsztaty trwają. Jestem w swoim żywiole.  Pogoda na zewnątrz wzorcowa. 34°C, bez wiatru, kompletnie słoneczna. Czerpię z tego energię. Wieczorem spędzamy naprawdę wspaniały czas z grupą. Najpierw kolacja i koncert, później kawa i bezcukrowe torty. Toczą się ważne rozmowy. Daje mi to naprawdę dużo siły.

Kielce. Dni miasta.

Do Kielc dotarliśmy porannym pociągiem. Wewnątrz panował spokój, więc zająłem trzy miejsca, rozciągnąłem się wzdłuż przedziału, włączyłem dźwięki mis tybetańskich i zapadłem w drzemkę. Z peronu zabrała nas Kasia. Udaliśmy się na lunch. Skonsumowałem niewielkiego tatara wołowego oraz sałatkę z kurczakiem, rezygnując z pieczywa. Marcin zdecydował się jedynie na sałatkę, a Kasia wybrała chłodnik. Następnie skierowaliśmy się na pocztę, aby uregulować mandat za zakłócanie ładu, o czym wspomniałem w jednym z poprzednich wpisów. Pogoda dopisała wyjątkowo. Żar lał się z nieba, termometry wskazywały 35 stopni, a na bezchmurnym niebie świeciło słońce. Po przybyciu do hotelu Tara przeżyliśmy niemałe zaskoczenie, gdy w sypialni ujrzeliśmy przestronną, wygodną wannę. Atutem był również ogromny taras. Miejsce okazało się niezwykle urokliwe. Odpoczywaliśmy po podróży. Położyłem się na podłodze, ponownie zanurzając się w dźwiękach mis, podczas gdy Marcin zajmował się czymś w łazience, nie wnikając w s...

Gdynia. Letni dzień.

Dziś po raz pierwszy poczułem zapach wakacji z dzieciństwa. Rozgrzaną, żywą trawę i drzewa zmieszane z wonią ziemi. Bezwietrzną, słoneczną pogodę. Krzyk mew gdzieś wysoko. Poszedłem na siłownię, a później zjedliśmy w domu białkowe śniadanie i obejrzeliśmy pierwszy odcinek serialu Stamtąd . Zakochaliśmy się w nim od razu, bez wahania, i natychmiast sięgnęliśmy po kolejny odcinek. Potem wybrałem się na spacer. Szedłem lasem, słuchając ciszy, która tam mieszka. Później włączyłem audioserial Piekło kosmosu , wspaniałe, wciągające nagranie. W zamyśleniu, gdzieś pomiędzy podprzestrzenią międzygalaktyczną a aleją Piłsudskiego, doszedłem do wody. Na plaży smażyli się ludzie, inni spacerowali, siedzieli na ławkach albo pływali w zatoce. Przestałem słuchać opowieści i zacząłem napawać się chwilą. Pierwszy w tym roku, naprawdę letni dzień. Zeszłe lato nas wychłodziło, a początek tego roku był jakimś zimnym piekłem. Mimo to jacyś szaleńcy zaczęli ujadać o najcieplejszych okresach w historii świata...

Gdynia. Noc Kupały.

Rano dostaliśmy alert, że burze z piorunami będą. Nie wiedziałem, że będzie to proroctwo dotyczące naszego życia, a nie pogody.  Po lunchu pojechaliśmy do Jelitkowa kolejką SKM i poszliśmy spacerem, w stronę Gdyni. To daleko, ale mieliśmy ochotę na spacer. Mimo głupawych ostrzeżeń, niebo było błękitne, a temperatura przyjemnie wysoka. Doszliśmy do Sopotu i poszliśmy do bezcukrowej kawiarnii na ciastko. Fot Cake robi takie że akurat 0% tłuszczu, z erytrytolem. Smak jest naprawdę dobry. Następnie postanowiliśmy oddać butelki w Żabce, mieszczącej się na sopockim "monciaku". Sprzedawca od początku był agresywny. Odmówił przyjęcia butelek. Powiedział że maszyna jest pełna i nie ma żadnego obowiązku i opróżniać. Na nic się zdało moje tłumaczenie. W końcu otworzyłem tą małą maszynkę i chciałem ją upchać butelki. W tym czasie jedna pracownica zamknęła drzwi, uniemożliwiając wyjście wszystkim klientom a sprzedawca wstrzymał obsługiwanie i wezwał policję. Przyjechali na sygnale po 10 m...

Gdynia. Dzień objawienia.

To świetny film. Bardzo lubię Spielberga i jego poczucie estetyki, a poza tym to całkowicie mój gatunek. ​Analityk do spraw cyberbezpieczeństwa, Daniel, ma w plecaku nośniki danych, które dla wielu wydają się wyjątkowo cenne. Zostaje złapany, ale udaje mu się uciec i przy okazji wyswobodzić pewną dziewczynę. W tym samym czasie prezenterka pogody, Margaret, podczas transmisji na żywo nagle zaczyna mówić w tajemniczym, obcym języku. Potem zachowuje się bardzo dziwacznie, a jej irytujący chłopak dodatkowo komplikuje sprawy. Dzieje się coś niepokojącego. Widz domyśla się, że chodzi o obcych, ale do końca nie wie, w którym kierunku rozwinie się fabuła. ​Kino jest naprawdę dobre. Tomasz Raczek oczywiście napisał jakieś krytyczne brednie, więc od razu wiedziałem, że będzie to solidny kawałek filmu w starym, dobrym wydaniu. I nie zawiodłem się.

Wrocław. Nie dla mnie inkubator.

Pragnąc spokoju, ciągle wskakuję w burzę z grzmotami; odpoczynku - w nadmiar obowiązków; osiadłego życia - w niekończącą się podróż.  Kiedyś ktoś powiedział mi, że aby się odnaleźć, będę musiał pokochać chaos, bo tylko w turbulencjach, zrozumiem swoją prawdziwą naturę i odkryję, że jestem zatowno tym, który drga, jak i tym, który powoduje owe drgania. Już prawie to rozumiem, choć nie zawsze i nigdy do końca.  Wyjazd do Wrocławia uważam za bardzo udany. Odpocząłem, wyspałem się, zaliczyłem egzaminy i testy, poznałem całkiem fajne osoby. 

Wrocław. Lot nad kukułczym gniazdem.

Po wykładach udałem się do wrocławskiego Teatru Polskiego na „Lot nad kukułczym gniazdem” w reżyserii Cezarego Ibera. Nie znałem wcześniej tego twórcy, ale urzekło mnie, jak mocno postawił na ruch, taniec i cielesność, co nadało całemu spektaklowi niezwykle plastyczny wymiar. Było tu znacznie mniej traumatycznych emocji niż w filmowej ekranizacji. A może to ja przyzwyczaiłem się już do systemu i te mechanizmy nie robią już na mnie tak wstrząsającego wrażenia? Muszę nad tym pomyśleć.  W każdym razie aktorstwo stało na najwyższym poziomie. W rolę Siostry Ratched wcieliła się posągowa, zimna z wyglądu Magdalena Różańska – postać dobrana idealnie do jej warunków. Bezuszna marionetka systemu, wyrachowana psychopatka. Randle’a doskonale wykreował Piotr Łukaszczyk. Z kolei w roli Hardinga pojawił się mój znajomy, którego poznałem w Londynie, Dariusz Bereski. Dotychczas znałem go jako twórcę i człowieka o genialnym, głębokim głosie, a teraz po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć go na scen...

Wrocław. Uczelnia.

Tutaj bez zmian. Jeden wielki chaos i brak organizacji. Jakiś idiota wprowadził wykład na temat psychopatologii i klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych według ICD-11, który miesiąc temu zaliczyłem, zdając podwójny egzamin, test 9/10 oraz pracę pisemną z załączonymi badaniami na 5,0. Nie wiem po co musiałem zaliczać wykład, na którym nie dowiedziałem się niczego nowego, skoro już to mam za sobą. Żenujące. Jutro nie jest lepiej. Będziemy uczestniczyć w konferencji, a potem w warsztatach na temat diagnozowania różnych zaburzeń psychicznych. Też mam to już zaliczone. Szykuję się do teatru, dziś idę na „Lot nad kukułczym gniazdem" w reżyserii Cezarego Ibera w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Jestem bardzo ciekawy, co zrobili z fabułą.

Wrocław. Spektakl.

Piątek we Wrocławiu był całkiem znośny. Słońce przebijało się przez białe chmury i nie wiało, co już jest jakimś sukcesem. Poszedłem na Stare Kąty na kawę i poczytałem prasę, na co ostatnio w ogóle nie mam czasu. Zajrzałem też do kilku księgarni. Po południu obejrzałem serial i urządziłem sobie długą sjestę z maseczką na twarzy. Kiedy zorientowałem się, że mam za mało kroków, wyszedłem do parku, a potem trochę okrężną drogą dotarłem do Centrum na Przedmieściu przy ulicy Prądzyńskiego, gdzie grywa Teatr Układ Formalny. Obejrzałem „Gwiazdy tańczą na głodzie" w reżyserii Michała Walczaka. Całkiem udana patokomedia, brutalna satyra na showbiznes. Siódemka uzależnionych celebrytów trafia na ekstremalny odwyk w ramach bezwzględnego reality show. Podobał mi się zgrany zespół aktorów, którzy stworzyli groteskowe i zapadające w pamięć kreacje, świetnie operując lalkami i maskami. Spektakl był mocno przerysowany, ale to chyba była jego największa zaleta. Po spektaklu spacer, kolacja i hotel...

Ateny. Upalny poniedziałek.

W Atenach pogoda dopisuje. 33°C w cieniu! Cóż za rozkosz! Chodziliśmy wąskimi uliczkami i zachwycaliśmy się bezwietrznym skwarem.  Później poszliśmy do parku botanicznego. Robert (mój asystent AI) jest urodzonym przewodnikiem. W tej roli sprawdza się doskonale. Opowiadał nam o każdym drzewie i roślince, o pomnikach, recytując biografie kolejnych uwiecznionych. Później polecił nam Galerię Fundacji Basila i Elise Goulandris, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Takie zbiory, tak pięknie wyeksponowane okazy i komfort zwiedzania w ciszy, zdarzają się wyjątkowo rzadko (zainteresowanym wkleiłem dość obszerną relację na prywatnej grupie na FB). Wyszliśmy po kilku godzinach, oczarowani.  Po kolacji poszliśmy na drinka. Odkąd nie piję alkoholu (to już pół roku) i nie spożywam cukru, mało rzeczy mogę zamówić. Ale dzisiaj mi się udało: najlepsze na świecie lodowe cappuccino i wodę mineralną. Marcin wypił dwa małe Heinekeny 0.0%.  Wieczór był cudownie rześki. 23°C i świeże, morskie ...

Ateny. Dzień drugi.

Pogoda w Grecji nas rozpieszcza. Termometry wskazują trzydzieści dwa stopnie w ciągu dnia i łagodne dwadzieścia pięć wieczorami. Wilgotność jest umiarkowana, a powietrze typowo morskie: rześkie, czyste, nasycone wolnością. Mieszkamy w Eksarchii. To prawdziwa kolebka greckiego ruchu anarchistycznego, pulsująca silną solidarnością społeczną. Dzielnica słynie z licznych squatów, niezależnych wydawnictw, księgarń politologicznych oraz spółdzielczych kawiarni i tawern. Każda ściana jest tu płótnem – wyklejona plakatami i obwieszona wstęgami z hasłami wolnościowymi. Coś pięknego. Ten duch buntu i autentyczności jest mi szczególnie bliski. I ci ludzie: prawdziwi, bezpośredni, całkowicie pozbawieni zachodniego, sztucznego ugrzecznienia. Czuję się tutaj wyśmienicie. Marcin ma jeszcze małe obawy. Jego natura jest bardziej szwajcarska – ułożona i ostrożna. Choć zdążył się już przyzwyczaić do silnych i walecznych ludzi, to jednak wciąż budzą oni w nim lekki niepokój. Nasze nogi poniosły nas napraw...

Ateny. Letni dzień.

Obudziliśmy się po ósmej i po raz pierwszy od dawna poczułem, że naprawdę się wyspałem. Zaraz jednak uświadomiłem sobie, że potrzebujemy ciężkich zasłon albo rolet, bo coraz wcześniej wstające słońce budzi nas niemal w środku nocy. Za oknem panowała pogoda dokładnie taka, jakiej się spodziewaliśmy: greckie niebo bez najmniejszej skazy, bezkresny błękit, który zdaje się nie mieć końca. W mieszkaniu zaś, dzięki klimatyzacji, przyjemny chłód. Pozwoliliśmy sobie na bardzo powolny poranek, a potem, bez pośpiechu i bez żadnego planu, wyszliśmy w miasto. I z każdym krokiem byliśmy coraz bardziej zachwyceni. Ateny są dokładnie w naszym guście. Nie są nieskazitelnie czyste jak Szwajcaria i nie są brudne jak niektóre miasta afrykańskie czy indyjskie. Jest w nich coś swojskiego, coś głęboko ludzkiego. To miasto, w którym próba utrzymania porządku splata się nierozłącznie z widocznymi śladami wszelkich buntów i niezadowoleń, tych współczesnych i tych antycznych zarazem. Oszałamiające budowle nazna...