Piątek we Wrocławiu był całkiem znośny. Słońce przebijało się przez białe chmury i nie wiało, co już jest jakimś sukcesem. Poszedłem na Stare Kąty na kawę i poczytałem prasę, na co ostatnio w ogóle nie mam czasu. Zajrzałem też do kilku księgarni.
Po południu obejrzałem serial i urządziłem sobie długą sjestę z maseczką na twarzy. Kiedy zorientowałem się, że mam za mało kroków, wyszedłem do parku, a potem trochę okrężną drogą dotarłem do Centrum na Przedmieściu przy ulicy Prądzyńskiego, gdzie grywa Teatr Układ Formalny.
Obejrzałem „Gwiazdy tańczą na głodzie" w reżyserii Michała Walczaka. Całkiem udana patokomedia, brutalna satyra na showbiznes. Siódemka uzależnionych celebrytów trafia na ekstremalny odwyk w ramach bezwzględnego reality show. Podobał mi się zgrany zespół aktorów, którzy stworzyli groteskowe i zapadające w pamięć kreacje, świetnie operując lalkami i maskami. Spektakl był mocno przerysowany, ale to chyba była jego największa zaleta.
Po spektaklu spacer, kolacja i hotel, bo na żadne swawole nie miałem ochoty. Marcin został w domu, przestymulowany Grecją, a ja musiałem wracać, bo rano zajęcia na uczelni. To była nasza pierwsza rocznica spędzona osobno, choć wisieliśmy na telefonie i co chwilę do siebie dzwoniliśmy.




Komentarze
Prześlij komentarz