Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z kwiecień, 2026

Londyn. Wypad do "Undercity" – Tara, mrok i totalny odlot!

Polecieliśmy do Londynu specjalnie dla Tary i to, co zobaczyliśmy w Archives London, kompletnie nas pozamiatało. Byliśmy nakręceni na ten spektakl, ale nikt się nie spodziewał, że wylądujemy w samym środku takiej zadymy! Klimat był gęsty od samego wejścia. Archives to nie jest elegancka sala z pluszowymi fotelami – to surowe, mroczne podziemia, które idealnie udawały to ich legendarne "Undercity". Staliśmy z Marcinem, Krzyśkiem i Anetą (która pękała z dumy i z nerwów) zaraz przy samych barierkach. Byliśmy tak blisko aktorów, że czuliśmy ich oddechy. Po prostu byliśmy tam, pełniąc rolę "świadków" tej całej rodzinnej wojny. To, co zrobili z ruchem i walkami, to był majstersztyk. Ludzie momentami wyglądali jak postacie z Transformersów albo jakiejś gry na wysokich obrotach. Ten ich mechaniczny, rwany ruch robił niesamowite wrażenie – jakby byli zaprogramowani do tej walki. To nietypowe połączenie greckiego dramatu z mechanicznymi ruchami imitującymi grę, bardzo mi się...

Londyn. Wiosna.

Lubię przylatywać do Londynu. Jest to jedyne miasto na świecie, które nazywam domem. Wszystko tu wygląda i brzmi znajomo i gdy tu jestem, czuję się u siebie.  Cały dzień spędziliśmy łażąc po centrum. Marcin podziwiał nowe budynki, które pokazywałem mu przez WhatsAppa w styczniu. Dużo ich wybudowali. Szczególnie na Oxford Street i Charing Cross Road. Powstało też dużo kawiarni. Niestety żadna z nich nie serwuje produktów bezcunkrowych. Nie ma też bezalkoholowych napojów w barach. No woda jest! Tutaj wygrywa Hiszpania i "moje" tamtejsze Triple zero , bez alkoholu, cukru i glutenu (za to o świetnym smaku piwa). Jutro idziemy na przedstawienie, w którym Tara gra rolę Antygony. To jest powód naszego przyjazd do Londynu bo w zasadzie mamy bardzo pracowity okres i dużo warsztatów. 

Alicante. Goście

Z Kamilą znamy się jak „łyse konie”, które zjadły beczkę soli i wypiły morze whisky. Marcin poznał ją w buddyjskim ośrodku Diamentowej Drogi na południu Hiszpanii 15 lat temu, gdy była w ciąży z obecnym na zdjęciu Erykiem. Później urodziła się Ela. Kamila należy do przyjaciół „pierwszego kręgu” – są to osoby, z którymi utrzymuję kontakt codzienny i szczegółowy; wiemy, co gotujemy, co robimy i co (jeśli) nam dolega. Mam pięć takich osób i z każdą z nich czuję wspólny vibe i niezwykłą bliskość. Przyjechali w czwartek, a w zasadzie już w piątek, bo o drugiej w nocy. I wiecznie słoneczne Alicante podczas ich pobytu zamieniło się w pochmurne – to już chyba tradycja. Klimat nie lubi naszych turystów. Jak jesteśmy sami, panują upały, jak ktoś przyjeżdża – pogoda się pieprzy. Ale nasi goście mieszkają pod Barceloną, więc słońca mają pod dostatkiem. Najważniejsze, że gadaliśmy dużo i treściwie w sumie przez cały czas.

Michael. Film biograficzny.

Byliśmy na światowej premierze filmu „Michael” w reżyserii Antoine’a Fuqui i ogólnie wyszliśmy z kina zadowoleni. Chyba miałem po prostu ochotę na seans lekki, niekoniecznie rozgrzebujący brudy, które przecież nigdy nie zostały do końca sprawdzone ani potwierdzone. Film opowiada o życiu Michaela i jego rodziny od ósmego roku życia aż po same szczyty kariery. Z jednej strony pokazano jego kruchość, a z drugiej determinację oraz zaborczość ojca, ale czy udało się uchwycić jego muzyczny geniusz? Tego nie wiem. Całość jest dość landrynkowa. W scenariuszu zabrakło kontrowersji, takich jak oskarżenia o molestowanie, procesy sądowe czy uzależnienie od leków. Nie ma tu mowy o dojmującej samotności, z jaką się mierzył, ani o tragicznych splotach wydarzeń, które doprowadziły do jego przedwczesnej śmierci.   Wszystko podano bardzo płytko, a wątki mogące budzić silniejsze emocje po prostu pominięto. Powstał z tego poprawny film familijny – przyjemny w oglądaniu, ale na pewno niezasługujący na ...

Alicante. Pomiary i rutyny.

Dziś wtorek, więc czas na pomiary. Waga pokazała 80,2 kg, co oznacza, że do celu brakuje już tylko 5 kg. Odwalam kawał ciężkiej roboty i czuję, że przede mną najtrudniejszy etap. Muszę spalić resztkę tłuszczu, jednocześnie budując masę mięśniową. W dni robocze codziennie melduję się na siłowni i ćwiczę po dwie i pół godziny. Na razie działam sam, ale myślę o trenerze personalnym – widzę, że będę go potrzebował, bo nie wszystko potrafię zrobić sam, a zresztą, dlaczego miałbym potrafić? Dziś zacząłem suplementację kreatyną. Na razie trwa faza „ ładowania ” – biorę 20 g dziennie. Tak należy robić przez pierwsze 7 dni, a potem przechodzi się na 5 g i można tak suplementować stale. Kreatyna to świetnie przebadany specyfik i wszystkie badania potwierdzają, że naprawdę pomaga osobom po pięćdziesiątce w wielu istotnych kwestiach. Przy tak dużej redukcji muszę jeszcze dorzucić aminokwasy EAA oraz HMB – pierwsze w dni treningowe, drugie codziennie, żeby organizm nie wpadł na pomysł pozbywania si...

Alicante. Zmiany.

Druga w nocy to moment, w którym Hiszpania naprawdę budzi się do życia. La vida nocturna osiąga wtedy swoje apogeum. Ludzie docierają do klubów i tam, już wprowadzeni w odpowiedni nastrój, rzucają się w wir zabawy. Ja jednak nauczyłem się bawić bez alkoholu. Rozstanie z nim przyszło naturalnie i bezboleśnie – po prostu przestałem pić. Tak samo, piętnaście lat wcześniej, skończyłem z paleniem. Pewnego dnia nie sięgnąłem po papierosa i tak już zostało do dziś. Czuję, że jestem teraz na etapie rezygnacji z życia nocnego. W głębi serca dojrzewa we mnie przekonanie, że ten świat nie ma mi już nic więcej do zaoferowania. Bardziej kręci mnie wspólny lunch, kawa ze znajomymi czy piknik w dobrym towarzystwie. Szukam relacji opartych na wspólnych pasjach – chcę poznać ludzi na siłowni albo podczas ciekawych warsztatów. Powoli dojrzewa we mnie myśl o tym, by w końcu osiąść w jednym miejscu. Przez ponad pół wieku byłem huraganem, a teraz, nagle, zmieniam się w coś zupełnie innego.

Alicante. Czas dla siebie.

Marcin wciąż w Polsce. Donosi, że jest przeraźliwie zimno, a cała Gdynia wygląda jak plac budowy – szczególnie nasza dzielnica. Budowa obwodnicy tymczasowo odcięła nas od głównego połączenia z centrum, więc teraz wszędzie trzeba jeździć na około.  Najważniejsze jednak, że wszystkie sprawy zostały dopięte. Jutro czeka go jeszcze tylko wizyta u lekarza, omówienie wyników badań i dalszego planu działania, a potem wraca tutaj, do Alicante, prosto w moje objęcia. Ja w tym czasie wybrałem się do kina na film biograficzny „I swear”, opowiadający o chłopaku z zespołem Tourette’a. Muszę przyznać, że ta historia mocno mnie poruszyła, ale i rozbawiła – oceniam ją naprawdę wysoko. To niesamowite, przez co niektórzy muszą przechodzić i jak bardzo społeczeństwo potrafi być pozbawione empatii. Będę polecał ten tytuł każdemu, bo naprawdę warto go zobaczyć. W sieci znów zaczyna wybijać polityczne szambo. Jest coś fascynującego w tym kompulsywnym zafascynowaniu problemami świata i uzależnieniu od ci...

Alicante. Za co lubię Hiszpanię?

No dobra, wczoraj wylałem trochę żółci, więc dzisiaj dla równowagi: dlaczego ten kraj jednak potrafi zachwycić. Mimo że Półwysep Iberyjski nie zatrzyma mnie tu na stałe, to trzeba mu oddać, co królewskie. Pogoda to pewniak. Chyba nie ma bardziej słonecznego miejsca w Europie. Pogoda jest stabilna, rzadko zaskakuje i nie robi głupich kawałów. Dwa tygodnie urlopu tutaj to gwarantowane dwa tygodnie słońca. Do tego morze – czyste, ciepłe, właściwie do kąpieli przez cały rok (choć maj-listopad to absolutny top). Leniwi, ale do zabawy niezastąpieni. Hiszpanie, choć zawodowo bywają – umówmy się – leniwi, są mistrzami w braku stwarzania wyimaginowanych problemów. Do luźnego koleżeństwa i imprezowania są idealni. Tutaj problemów nie przeżywa się tak ciężko jak na Zachodzie. Ta ich słynna, czasem drażniąca „mañana” ma jedną wielką zaletę: łagodzi turbulencje. Życie wydaje się tu po prostu mniej poważne. Błogość na powierzchni. Można tu żyć spokojnie, bezpiecznie i po prostu czuć ogólne zadowolen...

Dlaczego nie lubię Hiszpanii?

Pół roku. Sześć miesięcy w kraju, który dla wielu jest synonimem raju, a dla mnie stał się czyśćcem, w którym słońce nie ogrzewa, lecz bezlitośnie obnaża rdzę systemu. Przyjechałem tu z bagażem świadomości, ale nie sądziłem, że te hiszpańskie „specjały” staną mi w gardle tak twardą ością. Madryt, jak każda metropolia, próbuje udawać światowy sznyt, ale pod tą maską i tak pulsują te same, leniwe fluidy. Hiszpania i ja to dwa instrumenty nastrojone w innych tonacjach – ja jestem szwajcarskim mechanizmem, oni są rozstrojonym tamburynem porzuconym na słońcu. Dlaczego tu nie zostanę? Pozwólcie, że wyliczę te perły w mojej koronie rozczarowań. 1. Mañana, czyli kultura bylejakości „Mañana”. Słowo-wytrych, słowo-przekleństwo. Dla kogoś, kto życie mierzy precyzją chronometru, tutejszy brak szacunku do czasu jest jak piasek sypany w łożyska maszyny. Hiszpanie podnieśli prokrastynację do rangi sakramentu. Zasada „co masz zrobić dzisiaj, zrób pojutrze, a zyskasz dwa dni wolnego” to nie żart – to i...

Alicante. Wielka Niedziela.

Nie rozumiem Hiszpanów. Histerycznie trzymają się obrzędów religijnych, a większość społeczeństwa nie wierzy w istnienie Boga. Zamykają biznesy nawet w małe święta ( na przykład ostatnio był dzień Świętego Józefa i wszystko było zamknięte ), a w Wielkanoc handel trwa w najlepsze. Centra handlowe pękają w szwach.  Rozpoczynają życie nocne po północy, a następnego dnia chodzą jak zombie i narzekają. Wczoraj poszliśmy do jednego klubu nocnego, bo chciałem zobaczyć występy drag queen. Weszła na scenę o 1:00 w nocy i w zasadzie dopiero wtedy ludzie zaczęli się schodzić. Nie jest to zdrowy nawyk. Takie notoryczne zarywanie nocy.  Wesołych Świąt (⁠ʘ⁠ᴗ⁠ʘ⁠✿⁠)

Alicante. Wielki Piątek.

Osiągnąłem właśnie maksymalny poziom męczeństwa na siłowni, wyciskając z siebie siódme, ósme, a momentami chyba i dziewiąte poty. Suplementy mające chronić moją tkankę mięśniową najwyraźniej dają radę, bo rzeczywiście widzę spadek tych miękkich, wybitnie niechcianych fragmentów mojej sylwetki. ​Do tej niewiarygodnie drakońskiej diety dorzucam spacery – dobijam do 20–30 tysięcy kroków dziennie. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, w czerwcu osiągnę wymarzoną wagę, a potem przez kolejne pół roku zamierzam jej pilnować jak oka w głowie, żeby raz na zawsze pożegnać widmo efektu jojo.

Alicante. Wielki tydzień.

Hiszpanie są obłędni. Każdego dnia zakładają capirote  - charakterystyczne, wysokie i spiczaste kaptury z wycięciami na oczy i łażą wąskimi uliczkami nosząc wielkie, przenajświętsze figury. Mijam ich w drodze do siłowni lub kawiarni. W porównaniu z Polską tutejszy dewotyzm jest uderzający, a powszechna hipokryzja sprawia, że to poczucie zakłamania towarzyszy człowiekowi na każdym kroku. Odpoczywam. Rygorystyczna dieta zaczyna mnie nieco osłabiać - muszę zrobić badania. Biorę masę suplementów, ale muszę sprawdzić czy nie pojawiają się jakieś niedobory (co byłoby normalne). Chudnę od kilograma do dwóch tygodniowo, co jest dość radykalnym posunięciem, ale taki jestem i nigdy się nie zmienię. Gdy wymyśliłem sobie tunele w uszach, zamiast czekać i rozciągać, kazałem sobie rozciąć uszy i wyjąc z bólu włożyłem tytanowe obręcze. Mam je do dzisiaj i bardzo lubię. Świąt nie obchodzimy w tym roku. Wykorzystujemy wolne na długie spacery (20 - 30 tysięcy kroków). Zazwyczaj dochodzimy do k...