Przejdź do głównej zawartości

Alicante. Czas dla siebie.


Marcin wciąż w Polsce. Donosi, że jest przeraźliwie zimno, a cała Gdynia wygląda jak plac budowy – szczególnie nasza dzielnica. Budowa obwodnicy tymczasowo odcięła nas od głównego połączenia z centrum, więc teraz wszędzie trzeba jeździć na około. 

Najważniejsze jednak, że wszystkie sprawy zostały dopięte. Jutro czeka go jeszcze tylko wizyta u lekarza, omówienie wyników badań i dalszego planu działania, a potem wraca tutaj, do Alicante, prosto w moje objęcia.

Ja w tym czasie wybrałem się do kina na film biograficzny „I swear”, opowiadający o chłopaku z zespołem Tourette’a. Muszę przyznać, że ta historia mocno mnie poruszyła, ale i rozbawiła – oceniam ją naprawdę wysoko. To niesamowite, przez co niektórzy muszą przechodzić i jak bardzo społeczeństwo potrafi być pozbawione empatii. Będę polecał ten tytuł każdemu, bo naprawdę warto go zobaczyć.

W sieci znów zaczyna wybijać polityczne szambo. Jest coś fascynującego w tym kompulsywnym zafascynowaniu problemami świata i uzależnieniu od ciągłego dopływu informacji, które nas zalewają.


A ja? Ja czytam. W końcu udało mi się wygospodarować chwilę dla siebie. Siadam na werandzie z prawdziwą, fizyczną książką w dłoniach. Jest niezwykle ciekawa – opowiada o relacjach międzyludzkich z perspektywy buddyjskiej, przez pryzmat wielu wcieleń. Długo na nią polowałem, ale zawsze była niedostępna. Dopiero w zeszłym roku los sprawił, że poznałem autorkę, która przesłała mi egzemplarz. Książka podróżowała ze mną od tamtego czasu, cierpliwie czekając na swoją kolej. I właśnie teraz nadszedł ten moment, by w końcu się w niej zatopić.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Alicante. Halloween.

Po szkole* zjedliśmy lunch w lokalnej sieciówce** i pojechaliśmy do domu. Musiałem odpocząć i zrobić kilka rzeczy, związanych z pracą. Ufarbowalem włosy, nałożyłem maseczkę i pograłem w ulubioną grę na telefonie***. A wieczorem, zgodnie z planem pojechaliśmy do centrum. Nasza znajoma z którą byliśmy umówieni napisała, że mocno się spóźni. Musiała jeszcze jechać do parku, nazbierać granatów i wysłać do Polski. Trochę nas to rozbawiło, ale ok. Poszliśmy na kolację sami. Zamówiliśmy pad thai, wiosenne bułeczki z krewetkami i butelkę lokalnego wina. Pycha i bardzo tanio (€31 łącznie). Później dołączyła Kasia i w ramach rekompensaty przyprowadziła czterech chłopaków, żebyśmy od razu mieli znajomych. Faceci okazali się bardzo zabawowi i ciągle kupowali wszystkim kolejki, tak więc dość szybko rzuciliśmy się w wir zabawy. Po jakimś czasie dołączyli do nas kolejni znajomi i jacyś Chińczycy, którzy z uwielbieniem wychwalali "naszą Hiszpanię".  Poza tym wszyscy składali nam życzenia, bo...

A dzisiaj nie o nas.

Z cyklu "muszę, bo się uduszę".  Prawie nigdy nie wyrażam poglądów politycznych, ale dzisiaj to zrobię, bo męczy mnie "jedyna i słuszna" narracja ciasnych umysłowo, smutnych ludzi, którzy w życiu prywatnym dorobili się nieudanych rodzin, traum i depresji. Zastanawiam się, czy są zwyczajnie tępi i pozbawieni empatii, czy mszczą się na innych za własny ból dupy? Emigracja Spójrzmy na Londyn. Setki tysięcy ludzi wyszło na ulice, bo mają dość pieprzonej różnorodności : emigrantów, którzy żyją z zasiłków i tych, którzy latają z maczetami po ulicach. I jeszcze jednego mają dość - kneblowania! Bo w obecnych czasach "słodkiej poprawności językowej"  nie wolno powiedzieć, że czarny zabił, napadł, albo dokonał przestępstwa. W UK nie upublicznia się rasy przestępców. Ale ludzie mają oczy. Na Tootingu gdzie mieszkałem przez dekadę, w każdym tygodniu ktoś kogoś mordował. I nigdy, przez te wszystkie lata nie była to biała osoba. Brytyjczycy przegłosowali wyjście z Unii...

Trójmiasto. Piątek 13-tego.

  Trochę ostatnio za dużo jadłem. Wakacje są fajne, gdy człowiek nie ma ograniczeń, ale nabiera się ciała. Jestem za stary, żeby się katować. Liposukcja laserowa zmniejszyła obwód w pasie i przywróciła ustawienia fabryczne. Poza tym, miałem przygody. Ponieważ jadę do Wrocławia (o tym za chwilę), a potem do Ustronia (o tym za dwie chwile), wyszedłem z domu z wielką walizką i plecakiem.  W Gdańsku skorzystałem z automatycznej przechowalni. Wszystko włożyłem do skrzynki, przeczytałem regulamin, zapłaciłem i zamknąłem na kluczyk, który włożyłem do portfela (wszystko w tej właśnie kolejności).  Po zabiegu, zaraz przed przyjazdem pociągu, włożyłem kluczyk, zamek zrobił "klik" i drzwiczki się otworzyły. W środku niczego nie było. Ani wielkiej walizki, ani laptopa z całym moim dorobkiem i danymi z firmy, ani innych ważnych rzeczy. Ktoś wziął wszystko. Świat się zatrzymał. W takich sytuacjach nigdy się nie denerwuję, tylko działam. Rozejrzałem się i stwierdziłem, że jest kamera, p...