Po wykładach udałem się do wrocławskiego Teatru Polskiego na „Lot nad kukułczym gniazdem” w reżyserii Cezarego Ibera. Nie znałem wcześniej tego twórcy, ale urzekło mnie, jak mocno postawił na ruch, taniec i cielesność, co nadało całemu spektaklowi niezwykle plastyczny wymiar. Było tu znacznie mniej traumatycznych emocji niż w filmowej ekranizacji. A może to ja przyzwyczaiłem się już do systemu i te mechanizmy nie robią już na mnie tak wstrząsającego wrażenia? Muszę nad tym pomyśleć.
W każdym razie aktorstwo stało na najwyższym poziomie. W rolę Siostry Ratched wcieliła się posągowa, zimna z wyglądu Magdalena Różańska – postać dobrana idealnie do jej warunków. Bezuszna marionetka systemu, wyrachowana psychopatka. Randle’a doskonale wykreował Piotr Łukaszczyk. Z kolei w roli Hardinga pojawił się mój znajomy, którego poznałem w Londynie, Dariusz Bereski. Dotychczas znałem go jako twórcę i człowieka o genialnym, głębokim głosie, a teraz po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć go na scenie. Zagrał znakomicie i wywarł na mnie ogromne wrażenie.
Reżyser wyraźnie uciekł w stronę czarnego humoru, dzięki czemu publiczność regularnie reagowała śmiechem. Obyło się bez łez – pozostało raczej trzeźwe zrozumienie, jak opresyjny bywa wobec nas system oraz jak sztywne działanie według procedur i regulaminów rodzi najczystszą psychopatologię. Spektakl na nowo postawił pytania o granice normalności, konformizmu i szaleństwa. Co dla mnie kluczowe, zmusił do refleksji nad tym, gdzie leży granica własnej tożsamości – zwłaszcza dziś, gdy otaczający świat tak bezwzględnie próbuje ją nam zawężać.
Wyszedłem z teatru z poczuciem głębokiej satysfakcji.



Komentarze
Prześlij komentarz