Przejdź do głównej zawartości

Warszawa. Ulotność.

Do Warszawy, przyjechaliśmy specjalnie, z okazji wernisażu Krzysia Porzeżyńskiego, naszego długoletniego kolegi. Krzysiu jest osobą wielowymiarową i bardzo ciekawą, o ponadprzeciętnej inteligencji i rzadkich zdolnościach, którymi zajmuje się hobbystycznie. Na miejsce, z Londynu przybyła też Aneta, co zdecydowanie było dla nas bonusem. 

Razem spędziliśmy piątkowy wieczór. Dwie i pół godziny pomagając zorganizować przestrzeń wystawową, jedząc kolację i w końcu pijąc bezalkoholowe piwo w spelunie, które nasi przyjaciele nazwali klubem. Czułem się odlotowo ponieważ bardzo potrzebowałem zrobić coś innego od pracy i rozmów o zdrowiu i chorobach. Dlatego też wróciłem do hotelu zachwycony. 

W sobotę po wspólnym lunchu poszliśmy do domu fundacji Kannon, który należy do Buddyjskiej Wspólnoty Zen Kannon kultywującej japońską tradycję zen, gdzie członkowie spotykają się na regularnych medytacjach zazen oraz warsztatach wspierających rozwój duchowy. Tam właśnie Krzysiu miał wernisaż pod tytułem „Ulotność”, poświęcony próbie zatrzymania w kadrze nietrwałych, ułamkowych momentów i subtelnej gry światła, ponieważ, jak powiedział w mowie wstępnej, pragnął skłonić odbiorców do refleksji nad kruchością chwil oraz pięknem codziennych, łatwo umykających zjawisk. Zdjęcia były robione w różnych krajach i na różnych kontynentach na przestrzeni ostatnich kilku lat. Bardzo mi się podobały te wszystkie prace. 

Na wernisażu spotkałem też Asię - koleżankę z dalekiej przeszłości. Pracowaliśmy kiedyś razem w call center. Później ja wyjechałem do Londynu a Asia została w Warszawie. Od tamtego czasu do dzisiaj, zdążyła urodzić i doprowadzić do dorosłości córkę (w trakcie rozmowy okazało się że ma jeszcze 11-letniego syna).




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Alicante. Halloween.

Po szkole* zjedliśmy lunch w lokalnej sieciówce** i pojechaliśmy do domu. Musiałem odpocząć i zrobić kilka rzeczy, związanych z pracą. Ufarbowalem włosy, nałożyłem maseczkę i pograłem w ulubioną grę na telefonie***. A wieczorem, zgodnie z planem pojechaliśmy do centrum. Nasza znajoma z którą byliśmy umówieni napisała, że mocno się spóźni. Musiała jeszcze jechać do parku, nazbierać granatów i wysłać do Polski. Trochę nas to rozbawiło, ale ok. Poszliśmy na kolację sami. Zamówiliśmy pad thai, wiosenne bułeczki z krewetkami i butelkę lokalnego wina. Pycha i bardzo tanio (€31 łącznie). Później dołączyła Kasia i w ramach rekompensaty przyprowadziła czterech chłopaków, żebyśmy od razu mieli znajomych. Faceci okazali się bardzo zabawowi i ciągle kupowali wszystkim kolejki, tak więc dość szybko rzuciliśmy się w wir zabawy. Po jakimś czasie dołączyli do nas kolejni znajomi i jacyś Chińczycy, którzy z uwielbieniem wychwalali "naszą Hiszpanię".  Poza tym wszyscy składali nam życzenia, bo...

A dzisiaj nie o nas.

Z cyklu "muszę, bo się uduszę".  Prawie nigdy nie wyrażam poglądów politycznych, ale dzisiaj to zrobię, bo męczy mnie "jedyna i słuszna" narracja ciasnych umysłowo, smutnych ludzi, którzy w życiu prywatnym dorobili się nieudanych rodzin, traum i depresji. Zastanawiam się, czy są zwyczajnie tępi i pozbawieni empatii, czy mszczą się na innych za własny ból dupy? Emigracja Spójrzmy na Londyn. Setki tysięcy ludzi wyszło na ulice, bo mają dość pieprzonej różnorodności : emigrantów, którzy żyją z zasiłków i tych, którzy latają z maczetami po ulicach. I jeszcze jednego mają dość - kneblowania! Bo w obecnych czasach "słodkiej poprawności językowej"  nie wolno powiedzieć, że czarny zabił, napadł, albo dokonał przestępstwa. W UK nie upublicznia się rasy przestępców. Ale ludzie mają oczy. Na Tootingu gdzie mieszkałem przez dekadę, w każdym tygodniu ktoś kogoś mordował. I nigdy, przez te wszystkie lata nie była to biała osoba. Brytyjczycy przegłosowali wyjście z Unii...

Trójmiasto. Piątek 13-tego.

  Trochę ostatnio za dużo jadłem. Wakacje są fajne, gdy człowiek nie ma ograniczeń, ale nabiera się ciała. Jestem za stary, żeby się katować. Liposukcja laserowa zmniejszyła obwód w pasie i przywróciła ustawienia fabryczne. Poza tym, miałem przygody. Ponieważ jadę do Wrocławia (o tym za chwilę), a potem do Ustronia (o tym za dwie chwile), wyszedłem z domu z wielką walizką i plecakiem.  W Gdańsku skorzystałem z automatycznej przechowalni. Wszystko włożyłem do skrzynki, przeczytałem regulamin, zapłaciłem i zamknąłem na kluczyk, który włożyłem do portfela (wszystko w tej właśnie kolejności).  Po zabiegu, zaraz przed przyjazdem pociągu, włożyłem kluczyk, zamek zrobił "klik" i drzwiczki się otworzyły. W środku niczego nie było. Ani wielkiej walizki, ani laptopa z całym moim dorobkiem i danymi z firmy, ani innych ważnych rzeczy. Ktoś wziął wszystko. Świat się zatrzymał. W takich sytuacjach nigdy się nie denerwuję, tylko działam. Rozejrzałem się i stwierdziłem, że jest kamera, p...