Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z listopad, 2025

Alicante. ¿Pa' qué estoy haciendo todo esto?

Muszę znów przewartościować wszystko, bo nie jestem pewien, czy to co robię i jak żyję, nie wynika z jakiś nie przepracowanych rzeczy?  Owszem, żyję tak, jak chcę. Ale po jakiego... ja tak dużo robię i dla kogo się staram? Kogo oczekiwania spełniam. Swoje? A może rana bycia niedocenianym zmusza mnie do ciągłego udowadniania, że mogę robić ciągle więcej? Po co na przykład studiuję kolejny kierunek? Psychoterapia jest trudna i wymagająca. Praktyki zabierają mi całe godziny w tygodniu. A mógłbym przecież obejrzeć sobie jakiś serial. No i po co studiuję hiszpański? Uczę się go tak pilnie jakbym brał udział w jakimś konkursie. Całymi godzinami powtarzam słówka i piszę wypracowania. Owszem, po pięciu tygodniach nauki potrafię już rozmawiać, no ale po co?  I po co ja tyle pracuję? Przecież ja ciągle pracuję. Ps. W niedzielę pozwoliłem sobie na półtorej godziny odpoczynku i w tym czasie zjadłam cudowne lody jogurtowe.  Pogoda jest bardzo przyjemna. W dzień ciągle temperatura doch...

Alicante. Black Friday.

Ochłodziło się. Tak, jak nam mówiono, stało się to nagle. Plus trzydzieści zmieniło się na dwadzieścia, w ciągu dnia; wieczory i poranki stały się znacznie chłodniejsze.  Korzystając z humoru zakupowego, kupiłem sobie parę ciuszków. Marcin tylko czapeczkę. Nic mu się nie podobało i po raz kolejny obiecałem sobie, że będziemy chodzić na zakupy osobno. Marcin bowiem potrafi przez godzinę przebierać w rzeczach i nic nie kupić, ja zaś wchodzę, podejmuję decyzję w minutę i idę do kasy. Zresztą wszystkie inne rzeczy robimy z podobną, właściwą dla siebie dynamiką.  Wieczór spędziliśmy w domu. Ja trochę grałem w grę i trochę się uczyłem, Marcin wlepiał ślepia w jakiś serial (zapewne) kryminalny.

Alicante. Minął miesiąc.

Widok na północne Alicante. Minął nam miesiąc, na nowej ziemi ojczystej. Czas leci szybko, a nasze życie stało się bardziej intensywne. Pojawiły się nowe rutyny i zupełnie zmienił się rozkład naszego dnia.  Wstajemy o 6:45. To znaczy ja wstaję, Marcin rozpoczyna dzień o 7:00, gdy skończę prysznic. Robimy kawę, pakujemy się i jedziemy do szkoły tramwajem (tramwaj w śródmieściu bardziej przypomina metro). Zajmuje nam to 15 minut i później dodatkowo, 10 minut spaceru. Szkołę kończymy o 12:30. Po miesiącu umiemy liczyć i znamy około 500-800 słów, pozwalających nam zamówić jedzenie, zapytać o drogę, przedstawić się, opowiedzieć trochę o sobie i swoich zainteresowaniach. Marcinowi gramatyka spędza sen z powiek, dla mnie jest raczej prosta, bo znam pokrewne języki i wiele rzeczy jest zwyczajnie podobnych. Poza tym hiszpański wydaje się dość łatwy (na pewno łatwa jest wymowa). Droga do szkoły  Po szkole jemy lunch i wracamy do domu. Ja pracuję, Marcin idzie na spacer. O 17:30 kończę i...

Alicante. Halloween.

Po szkole* zjedliśmy lunch w lokalnej sieciówce** i pojechaliśmy do domu. Musiałem odpocząć i zrobić kilka rzeczy, związanych z pracą. Ufarbowalem włosy, nałożyłem maseczkę i pograłem w ulubioną grę na telefonie***. A wieczorem, zgodnie z planem pojechaliśmy do centrum. Nasza znajoma z którą byliśmy umówieni napisała, że mocno się spóźni. Musiała jeszcze jechać do parku, nazbierać granatów i wysłać do Polski. Trochę nas to rozbawiło, ale ok. Poszliśmy na kolację sami. Zamówiliśmy pad thai, wiosenne bułeczki z krewetkami i butelkę lokalnego wina. Pycha i bardzo tanio (€31 łącznie). Później dołączyła Kasia i w ramach rekompensaty przyprowadziła czterech chłopaków, żebyśmy od razu mieli znajomych. Faceci okazali się bardzo zabawowi i ciągle kupowali wszystkim kolejki, tak więc dość szybko rzuciliśmy się w wir zabawy. Po jakimś czasie dołączyli do nas kolejni znajomi i jacyś Chińczycy, którzy z uwielbieniem wychwalali "naszą Hiszpanię".  Poza tym wszyscy składali nam życzenia, bo...