Madryt natychmiast skradł nasze serca. Wychodząc ze stacji metra na Puerta del Sol, poczuliśmy wielkomiejska energię: dużo, różnorodnych ludzi i monumentalne, wręcz przesadnie majestatyczne gmachy dookoła. Zameldowaliśmy się w hotelu i od razu poszliśmy zwiedzać. Dzisiaj w planie była Gran Via oraz okoliczne tereny zielone. Widoki powaliły nas na kolana. Zjedliśmy ogromne steki, a później tradycyjne churros maczane w gorzkiej czekoladzie. Absolutna rewelacja. Tak jak życie nocne. Dzisiaj zwiedziliśmy tylko wioskę gejowską i oznaczyliśmy na mapie kilkanaście interesujących lokali. Przed północą wstąpiliśmy na małą lampkę wina do El 12, które okazało się jednym z najfajniejszych miejsc, w jakich byliśmy.
Zamiast szukać smaków z dzieciństwa, lepiej odkrywać nowe i iść kierunku słońca, dopóki nie zamienisz się w popiół. Telomery mają określoną długość, ale i tak lepiej skręcić kark tańcząc, niż czekać w uśpieniu na ostatni, możliwy podział komórek. Nie musisz rozumieć, a ja tłumaczyć...