Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z luty, 2026

Alicante. Podróż na księżyc.

W centrum Alicante znajduje się centrum wirtualnej rzeczywistości, organizujące różne "wyprawy". Nigdy nie brałem udziału w czymś takim, więc kupiłem dwa bilety za 52 € i zabrałem Marcina na księżyc.  Doświadczenie całkiem przyjemne, jednak brakowało mi ruchomej podłogi i wrażeń dotykowych. Czułem się jak duch, który wszystko widzi i przez wszystko przenika. Dosyć silne ale dziwne wrażenie.  Mogłem podnosić przedmioty, ale nie czułem i w ciężaru i nie miałem żadnych wrażeń dotykowych. Myślę że w tych czasach jest to do zrobienia. Sama zabawa była całkiem udana i popołudnie spędziliśmy w bardzo niezwykły i przyjemny sposób.  Takie doświadczenie wpływa na późniejsze spostrzeganie świata, bo później przez mniej więcej godzinę, obaj mieliśmy wrażenie nierzeczywistości świata już nie wirtualnego. 

Barcelona. Urodziny Marcina.

Wstaliśmy przed dziewiątą i po porannych czynnościach myjących, wyszliśmy z hotelu, z zamiarem zwiedzania miasta.  Bóg chciał, aby pogoda była piękna i niebo niebieskie. Pokazałem mężowi dzielnicę gotycką, z charakterystycznymi, wąskimi uliczkami, zwiedziliśmy kilka lokalnych galerii sztuki oraz lokalną katedrę.  Gdy Marcin zgłodniał, poszliśmy zjeść śniadanie do koreańskiej knajpy. Było pysznie, choć jedzenie jest teraz dla mnie wyzwaniem, ale trochę poskubałem. Zaspokojeni, poszliśmy zwiedzić marinę i plażę.  Później spacerem wróciliśmy na plac kataloński i postanowiliśmy odpocząć godzinę w hotelu. Wieczór spędziliśmy najpierw w Jambore, świetnym klubie, w którym codziennie odbywają się koncerty. Później zjedliśmy kolację w restauracji japońskiej (znów zjadłem tylko 1/3 porcji), po czym poszliśmy na drinka, do nowo odkrytego super klubu. Marcin pił wino, a ja wodę, bo rzuciłem picie i kilka innych rzeczy (na przykład cukier).

Alicante. Przestymulowanie.

Za dużo wszystkiego! I w zasadzie na tym mógłbym zakończyć dzisiejszy wpis, bo piszę dla siebie a garstka ludzi wiedzących o istnieniu tego bloga, wie co się u mnie dzieje. Nie chcę już żyć w pędzie. Najchętniej wybrałbym dużo kasy i przeszedł na emeryturę. Ale jak mam odpocząć? Sam dźwigam wszystko i jeszcze na jesień chcemy przeprowadzić się na stałe do Madrytu. W związku tym muszę wymyśleć sposób na szybkie podreperowanie budżetu. Dwupokojowa chata w stolicy Hiszpanii to milion euro. No jeszcze trzeba za coś żyć... Poza tym przegrzewają mi się zwoje od ciągłej nauki. Hiszpański zaczyna mi się wylewać uszami. Chyba wchodzę w fazę "wiem że nic nie wiem", bo mogę dużo więcej powiedzieć, ale częściej czuję niemoc wyrażenia tego co naprawdę chcę powiedzieć.  Poza tym praca zaczyna mnie trochę męczyć. Nie mam energii do pisania książki i do planowania kolejnych warsztatów, a muszę to przecież zrobić.  Przynajmniej spacer nam się udał. Pogoda całkiem ładna, chociaż zdarzają się ...

Alicante. Piąteczek.

Prawie zaspałem. To znaczy leżałem już obudzony, czekając na dźwięk budzika, którego zapomniałem nastawić. Zorientowałem się, że jest późno, gdy niebo za oknem poszarzało. Była 7:47. Wstałem energicznie, wziąłem krótki prysznic, zamiast lunchu zrobiłem sobie jogurt z odżywką proteinową, jagodami, orzechami i gorzką czekoladą i o 8:22 wyszedłem z domu. W drodze zadzwoniłem do mamy i chyba ją obudziłem, bo co chwilę ziewała, co mnie mocno irytowało (bo zaraźliwe). Po szkole spacerowałem z Yuki. Poszedłem też do polskiego sklepu po ogórki kiszone i wróciłem do domu dość zmęczony. Jestem na bardzo ścisłej diecie i dość dużo ćwiczę, dzięki czemu potrzebuję więcej odpoczynku. Z tej okazji zrobiłem sobie sjestę. Wieczorem poszliśmy do Canibala, na drinka. Uczę się bawić, pijąc wodę. Abstynencja nie może wykluczać życia nocnego.

Alicante. Zmiany.

Marcin w żywiole gotowania. W ostatnią sobotę przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania w samym sercu miasta. Teraz na uczelnię możemy chodzić pieszo, choć przystanek tramwajowy mamy dosłownie pod nosem – zaledwie 30 sekund od klatki schodowej. Wybieramy jednak spacer, dbając o zdrowie i codzienne wykręcanie liczby kroków. Nasze lokum ma 87 m² i składa się z czterech pokoi, kuchni oraz łazienki. Fenomenem są balkony – każdy pokój posiada własny, a wszystkie łączą się w jedną całość. Przedzielono je szklanymi drzwiami i osłonięto przesuwnymi oknami, dzięki czemu pełnią funkcję przytulnych werand. Wnętrze urządzono w „stylu babcinym” – jest nieco pstre, ale ma swój urok. Największą zaletą tego wystroju jest to, że dom jest w pełni wyposażony; mamy tu absolutnie wszystko, czego potrzeba do życia. Marcin uczęszcza do szkoły dwa razy w tygodniu – szybsze tempo nauki po prostu mu nie odpowiadało. Ja chodzę codziennie i za trzy tygodnie czeka mnie kolejny egzamin. Potem przechodzę na tryb in...