W czasach postkowidowych, podróżowanie bywa kuriozalne a głupota i brak dobrej woli urzędników nie mają sobie równych. Z Gorakhpur, do granicy dojechaliśmy taksówką, za 2000 indyjskich rupii (108 złotych). Tanio, bo to ponad sto kilometrów. Urzędnik nie chciał nas wypuścić z Indii, bo nie mieliśmy... paszportów kowidowych (których nikt już oficjalnie nie wymaga). Ostatecznie po awanturze, zażądałem pieczątki w paszporcie, choć celnik krzyczał, że utkniemy na granicy nepalskiej i do Indii też nas nie wpuszczą. Aplikacje NHS (angielskie odpowiedniki polskiego NFZ) już chyba nie działają, musiałem więc wyczarować przepustki, co zrobiłem w drodze, na telefonie. No i tyle...
Po szkole* zjedliśmy lunch w lokalnej sieciówce** i pojechaliśmy do domu. Musiałem odpocząć i zrobić kilka rzeczy, związanych z pracą. Ufarbowalem włosy, nałożyłem maseczkę i pograłem w ulubioną grę na telefonie***. A wieczorem, zgodnie z planem pojechaliśmy do centrum. Nasza znajoma z którą byliśmy umówieni napisała, że mocno się spóźni. Musiała jeszcze jechać do parku, nazbierać granatów i wysłać do Polski. Trochę nas to rozbawiło, ale ok. Poszliśmy na kolację sami. Zamówiliśmy pad thai, wiosenne bułeczki z krewetkami i butelkę lokalnego wina. Pycha i bardzo tanio (€31 łącznie). Później dołączyła Kasia i w ramach rekompensaty przyprowadziła czterech chłopaków, żebyśmy od razu mieli znajomych. Faceci okazali się bardzo zabawowi i ciągle kupowali wszystkim kolejki, tak więc dość szybko rzuciliśmy się w wir zabawy. Po jakimś czasie dołączyli do nas kolejni znajomi i jacyś Chińczycy, którzy z uwielbieniem wychwalali "naszą Hiszpanię". Poza tym wszyscy składali nam życzenia, bo...
