Przejdź do głównej zawartości

Berlin. Życie nocne.














Stolica Niemiec pokazała wielkiego, napuchniętego fucka całej śmietance rządzącej. Życie kwitnie w odmętach, w podziemiu, bez żadnych ograniczeń. Bardzo do w sumie podniecające.

W hotelu posiłek przyrządzano mi w sterylnych warunkach. Patrzyłem z rozbawieniem na dwóch Azjatów, uzbrojonych niczym postaci z filmów sci-fi , nakładających plastry szynki na talerz. Oni naprawdę byli cali w folii, w maskach, rękawiczkach i przyłbicach. W metrze policjanci sprawdzali „status szczepienia”. A później?

Później wszedłem do zatłoczonego pubu. Ktoś tańczył, ktoś się obmacywał, ktoś próbował robić striptiz. Ludzie palili papierosy, pili lub oblewali się piwem i generalnie zachowywali się tak, jakby nadchodził koniec świata. Odwiedziłem trzy lokale i w każdym było tak samo. Nigdy jeszcze nie widziałem takich Niemiec…

Komentarze

  1. Zastanawiam się, czy kiedyś się do tego przyzwyczaimy... U nas także pojawia się coraz więcej restrykcji. Obawiam się, że lada moment nie będę mogła samodzielnie zrobić zakupów, bo już nie wejdę do kina, czy teatru, a szczepić się nadal nie chcę... Natomiast patrząc na to, co się dzieję, kiedy jadę do pracy na wesele... tam wszystko znika... Jak za jakąś czarodziejską ścianą. Ze sceny mam dobre widoki i wiele dostrzegam: Ludzie piją z jednego kieliszka, swoimi łyżkami wyjadają składki z jednej miski, przytulają się, całują, tańczą w mieszanych parach, kółeczkach ect. Tylko biedne kelnerki biegają opancerzone miedzy stolikami, oglądając się do okoła czy nikt na nie nie huknie jesli delikatnie ściągną maseczkę z nosa...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie... Chociaż widzę że w Warszawie, wszyscy mają wyrąbane również.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Alicante. Halloween.

Po szkole* zjedliśmy lunch w lokalnej sieciówce** i pojechaliśmy do domu. Musiałem odpocząć i zrobić kilka rzeczy, związanych z pracą. Ufarbowalem włosy, nałożyłem maseczkę i pograłem w ulubioną grę na telefonie***. A wieczorem, zgodnie z planem pojechaliśmy do centrum. Nasza znajoma z którą byliśmy umówieni napisała, że mocno się spóźni. Musiała jeszcze jechać do parku, nazbierać granatów i wysłać do Polski. Trochę nas to rozbawiło, ale ok. Poszliśmy na kolację sami. Zamówiliśmy pad thai, wiosenne bułeczki z krewetkami i butelkę lokalnego wina. Pycha i bardzo tanio (€31 łącznie). Później dołączyła Kasia i w ramach rekompensaty przyprowadziła czterech chłopaków, żebyśmy od razu mieli znajomych. Faceci okazali się bardzo zabawowi i ciągle kupowali wszystkim kolejki, tak więc dość szybko rzuciliśmy się w wir zabawy. Po jakimś czasie dołączyli do nas kolejni znajomi i jacyś Chińczycy, którzy z uwielbieniem wychwalali "naszą Hiszpanię".  Poza tym wszyscy składali nam życzenia, bo...

A dzisiaj nie o nas.

Z cyklu "muszę, bo się uduszę".  Prawie nigdy nie wyrażam poglądów politycznych, ale dzisiaj to zrobię, bo męczy mnie "jedyna i słuszna" narracja ciasnych umysłowo, smutnych ludzi, którzy w życiu prywatnym dorobili się nieudanych rodzin, traum i depresji. Zastanawiam się, czy są zwyczajnie tępi i pozbawieni empatii, czy mszczą się na innych za własny ból dupy? Emigracja Spójrzmy na Londyn. Setki tysięcy ludzi wyszło na ulice, bo mają dość pieprzonej różnorodności : emigrantów, którzy żyją z zasiłków i tych, którzy latają z maczetami po ulicach. I jeszcze jednego mają dość - kneblowania! Bo w obecnych czasach "słodkiej poprawności językowej"  nie wolno powiedzieć, że czarny zabił, napadł, albo dokonał przestępstwa. W UK nie upublicznia się rasy przestępców. Ale ludzie mają oczy. Na Tootingu gdzie mieszkałem przez dekadę, w każdym tygodniu ktoś kogoś mordował. I nigdy, przez te wszystkie lata nie była to biała osoba. Brytyjczycy przegłosowali wyjście z Unii...

Trójmiasto. Piątek 13-tego.

  Trochę ostatnio za dużo jadłem. Wakacje są fajne, gdy człowiek nie ma ograniczeń, ale nabiera się ciała. Jestem za stary, żeby się katować. Liposukcja laserowa zmniejszyła obwód w pasie i przywróciła ustawienia fabryczne. Poza tym, miałem przygody. Ponieważ jadę do Wrocławia (o tym za chwilę), a potem do Ustronia (o tym za dwie chwile), wyszedłem z domu z wielką walizką i plecakiem.  W Gdańsku skorzystałem z automatycznej przechowalni. Wszystko włożyłem do skrzynki, przeczytałem regulamin, zapłaciłem i zamknąłem na kluczyk, który włożyłem do portfela (wszystko w tej właśnie kolejności).  Po zabiegu, zaraz przed przyjazdem pociągu, włożyłem kluczyk, zamek zrobił "klik" i drzwiczki się otworzyły. W środku niczego nie było. Ani wielkiej walizki, ani laptopa z całym moim dorobkiem i danymi z firmy, ani innych ważnych rzeczy. Ktoś wziął wszystko. Świat się zatrzymał. W takich sytuacjach nigdy się nie denerwuję, tylko działam. Rozejrzałem się i stwierdziłem, że jest kamera, p...