Do Wisły pojechaliśmy z Krakowa. Droga straszna, to znaczy tory. Do Kalwarii Zebrzydowskiej pociągiem, potem autobusem do Wadowic i znów pociągiem do Bielska. W końcu uratowała nas moja studentka Halinka i dowiozła do Wisły.
Samo szkolenie było przyjemne. Piec dni wykładów i ćwiczeń, oprócz tego jogi i rytuałów, na przykład powitanie dnia. Było magicznie.
W zieloną noc urządziłem ognisko z kiełbaskami i zamówiłem muzyka, który przygrywał na akordeonie i śpiewał zbereźne piosenki. Brał nas w kółeczko i kazał tańczyć, łapiąc się za kolanka. Jak w przedszkolu. Ale chyba wszystkim się podobało.
A ja jestem zmęczony. Muszę gdzieś zamieszkać na jakiś czas. Kilka miesięcy bez przeprowadzki.

Aaa... doczytałem właśnie, że trwa modernizacja linii kolejowej do Wisły. Bo normalnie można by było dojechać pociągiem na miejsce bez takich komplikacji.
OdpowiedzUsuńNo właśnie. Nie spodziewałem się takiego obrotu spraw, gdy wykupowywałem cały ośrodek w styczniu.
UsuńPowinieneś pamiętać, że to Polska, tu się lubi robić takie różne remonty w sezonie wakacyjnym :D
Usuń