Po szkole* zjedliśmy lunch w lokalnej sieciówce** i pojechaliśmy do domu. Musiałem odpocząć i zrobić kilka rzeczy, związanych z pracą. Ufarbowalem włosy, nałożyłem maseczkę i pograłem w ulubioną grę na telefonie***. A wieczorem, zgodnie z planem pojechaliśmy do centrum. Nasza znajoma z którą byliśmy umówieni napisała, że mocno się spóźni. Musiała jeszcze jechać do parku, nazbierać granatów i wysłać do Polski. Trochę nas to rozbawiło, ale ok. Poszliśmy na kolację sami. Zamówiliśmy pad thai, wiosenne bułeczki z krewetkami i butelkę lokalnego wina. Pycha i bardzo tanio (€31 łącznie). Później dołączyła Kasia i w ramach rekompensaty przyprowadziła czterech chłopaków, żebyśmy od razu mieli znajomych. Faceci okazali się bardzo zabawowi i ciągle kupowali wszystkim kolejki, tak więc dość szybko rzuciliśmy się w wir zabawy. Po jakimś czasie dołączyli do nas kolejni znajomi i jacyś Chińczycy, którzy z uwielbieniem wychwalali "naszą Hiszpanię". Poza tym wszyscy składali nam życzenia, bo...
Zamiast szukać smaków z dzieciństwa, lepiej odkrywać nowe i iść kierunku słońca, dopóki nie zamienisz się w popiół. Telomery mają określoną długość, ale i tak lepiej skręcić kark tańcząc, niż czekać w uśpieniu na ostatni, możliwy podział komórek. Nie musisz rozumieć, a ja tłumaczyć...

To jeszcze raz sto lat dla Marcina! :)
OdpowiedzUsuńA tak w ogóle to unikajcie miejscowej policji, bo nie wiem, czy jesteście dostatecznie zagraniczni i bogaci na bezpieczne spotkanie z indyjskimi służbami*
___
* to taka refleksja z oglądania hinduskiej wersji Eilite
Dziękuję w imieniu Marcina. Cieszę się że komentujesz. Blog czyta kilkanaście osób, ale tylko ty się odzywasz. Inni na przykład piszą na What's up albo na msg. Nie wiem czemu (prywatność?).
OdpowiedzUsuńHinduska policja, jak każda azjatycka jest przekupna. I trzeba dużo pieniędzy... To prawda.