Przejdź do głównej zawartości

Bangkok. Gaz do dechy!








Tajlandia bardzo do nas pasuje. Do mnie najbardziej, chociaż Marcina też fascynuje życie na spidzie i dobrze się bawi, gdy ktoś go lekko popchnie. Dla mnie to esencja. Z chaosu, nadmiaru, hałasu, szaleństwa... biorę energię, przetwarzam ją i traktuję jako benzynę, bez której bym daleko nie zajechał. Stagnacja mnie zabija. Ja nigdy nie jestem zmęczony, nie mam kaca, nie mam dość. Po imprezie śpię 4-5 godzin i budzę się żądny nowych wrażeń, Marcin musi swoje odespać i później człapie za mną, rozkręcając się niczym dynamo, powoli odzyskujący siły. Tak mamy.

Bangkok jest wspaniały. Mamy tu koniec monsunu, więc jeszcze pada przez kilka wieczornych godzin, ale temperatura jest tak wysoka, że nie ma to większego znaczenia. Za chwilę rozpocznie się czas suchy, bardzo ciepły z nadmiarem słońca i będzie trwał do kwietnia.

Jedzenie jest boskie. Oni robią kulinarne arcydzieła, szczególnie desery. Owoce mają smak pełny, zapomniany i na nowo odkrywany przez kubki smakowe. Mięsa i te ich ostre sosy! Jak to mówią - niebo w gębie! Masaże na każdym rogu. Wykonują je przystojni Tajowie i nie są to masaże byle jakie, tylko naprawdę profesjonalne zabiegi. Wczoraj korzystałem z refleksologii stóp i odpływem z zachwytów.

No i życie nocne. Setki klubów, muzyki, tańców, występów, kulturowej różnorodności i bardzo miłych ludzi. Jednym słowem pasuje mi wszystko.

Komentarze

  1. Ale to jakaś wycieczka, czy się przenieśliście z Korei?

    OdpowiedzUsuń
  2. Na razie zostaniemy tu do końca roku i zobaczymy jak się żyje. Minusem są ceny. Dzisiaj zrobiliśmy zakupy w markecie i zapłaciliśmy więcej niż w Polsce...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Alicante. Halloween.

Po szkole* zjedliśmy lunch w lokalnej sieciówce** i pojechaliśmy do domu. Musiałem odpocząć i zrobić kilka rzeczy, związanych z pracą. Ufarbowalem włosy, nałożyłem maseczkę i pograłem w ulubioną grę na telefonie***. A wieczorem, zgodnie z planem pojechaliśmy do centrum. Nasza znajoma z którą byliśmy umówieni napisała, że mocno się spóźni. Musiała jeszcze jechać do parku, nazbierać granatów i wysłać do Polski. Trochę nas to rozbawiło, ale ok. Poszliśmy na kolację sami. Zamówiliśmy pad thai, wiosenne bułeczki z krewetkami i butelkę lokalnego wina. Pycha i bardzo tanio (€31 łącznie). Później dołączyła Kasia i w ramach rekompensaty przyprowadziła czterech chłopaków, żebyśmy od razu mieli znajomych. Faceci okazali się bardzo zabawowi i ciągle kupowali wszystkim kolejki, tak więc dość szybko rzuciliśmy się w wir zabawy. Po jakimś czasie dołączyli do nas kolejni znajomi i jacyś Chińczycy, którzy z uwielbieniem wychwalali "naszą Hiszpanię".  Poza tym wszyscy składali nam życzenia, bo...

A dzisiaj nie o nas.

Z cyklu "muszę, bo się uduszę".  Prawie nigdy nie wyrażam poglądów politycznych, ale dzisiaj to zrobię, bo męczy mnie "jedyna i słuszna" narracja ciasnych umysłowo, smutnych ludzi, którzy w życiu prywatnym dorobili się nieudanych rodzin, traum i depresji. Zastanawiam się, czy są zwyczajnie tępi i pozbawieni empatii, czy mszczą się na innych za własny ból dupy? Emigracja Spójrzmy na Londyn. Setki tysięcy ludzi wyszło na ulice, bo mają dość pieprzonej różnorodności : emigrantów, którzy żyją z zasiłków i tych, którzy latają z maczetami po ulicach. I jeszcze jednego mają dość - kneblowania! Bo w obecnych czasach "słodkiej poprawności językowej"  nie wolno powiedzieć, że czarny zabił, napadł, albo dokonał przestępstwa. W UK nie upublicznia się rasy przestępców. Ale ludzie mają oczy. Na Tootingu gdzie mieszkałem przez dekadę, w każdym tygodniu ktoś kogoś mordował. I nigdy, przez te wszystkie lata nie była to biała osoba. Brytyjczycy przegłosowali wyjście z Unii...

Trójmiasto. Piątek 13-tego.

  Trochę ostatnio za dużo jadłem. Wakacje są fajne, gdy człowiek nie ma ograniczeń, ale nabiera się ciała. Jestem za stary, żeby się katować. Liposukcja laserowa zmniejszyła obwód w pasie i przywróciła ustawienia fabryczne. Poza tym, miałem przygody. Ponieważ jadę do Wrocławia (o tym za chwilę), a potem do Ustronia (o tym za dwie chwile), wyszedłem z domu z wielką walizką i plecakiem.  W Gdańsku skorzystałem z automatycznej przechowalni. Wszystko włożyłem do skrzynki, przeczytałem regulamin, zapłaciłem i zamknąłem na kluczyk, który włożyłem do portfela (wszystko w tej właśnie kolejności).  Po zabiegu, zaraz przed przyjazdem pociągu, włożyłem kluczyk, zamek zrobił "klik" i drzwiczki się otworzyły. W środku niczego nie było. Ani wielkiej walizki, ani laptopa z całym moim dorobkiem i danymi z firmy, ani innych ważnych rzeczy. Ktoś wziął wszystko. Świat się zatrzymał. W takich sytuacjach nigdy się nie denerwuję, tylko działam. Rozejrzałem się i stwierdziłem, że jest kamera, p...