Przejdź do głównej zawartości

Kathmandu. Nowy dom przyjaciół.







Poszliśmy dzisiaj obejrzeć dom, który kupił brat naszego przyjaciela Sanjeeba. Podjechaliśmy taksówką na przedmieścia Kathmandu, w okolice gdzie chodzimy zazwyczaj na trekking. Znajduje się tam cicha, willowa dzielnica sypialna. W ładną pogodę widać stamtąd dobrze wysokie pagórki, a gdy powietrze jest czyste, szczyty Himalajów.

Dom wielki, do remontu. 400 metrów kwadratowych. Jeśli chodzi o rozkład - dziwaczny. Na parterze znajduje się kuchnia z otwartym planem: miejscem na jadalnię i ogromny salon. Są też dwa małe pokoje, z których można zrobić sypialnie. Każda ma swoją łazienkę. Pierwsze piętro wygląda tak samo. W zasadzie to jakby kolejny apartament, bo trzeba skorzystać z zewnętrznej klatki schodowej, aby tam się dostać. Na drugim piętrze, ogromny taras i małe studio, jakby nadbudowane. Znajduje się tam mały (3mx4m) pokoik, niewielka kuchnia i łazienka. Nad tym kolejny taras, według mnie zupełnie zbędny. Dom kosztował 650.000 złotych.

Dom można obejrzeć tutaj.

Komentarze

  1. Okolica wydaje się taka jakaś całkiem niezagospodarowana, pod dalszą zabudowę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że tak. Kathmandu rozrasta się dość intensywnie i te dzielnice na obrzeżach są tańsze, póki nie staną się pełnymi życia częściami metropolii. Na razie prawie nie ma tam sklepów. Wiem, bo chciałem wodę kupić i nie było gdzie.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Alicante. Halloween.

Po szkole* zjedliśmy lunch w lokalnej sieciówce** i pojechaliśmy do domu. Musiałem odpocząć i zrobić kilka rzeczy, związanych z pracą. Ufarbowalem włosy, nałożyłem maseczkę i pograłem w ulubioną grę na telefonie***. A wieczorem, zgodnie z planem pojechaliśmy do centrum. Nasza znajoma z którą byliśmy umówieni napisała, że mocno się spóźni. Musiała jeszcze jechać do parku, nazbierać granatów i wysłać do Polski. Trochę nas to rozbawiło, ale ok. Poszliśmy na kolację sami. Zamówiliśmy pad thai, wiosenne bułeczki z krewetkami i butelkę lokalnego wina. Pycha i bardzo tanio (€31 łącznie). Później dołączyła Kasia i w ramach rekompensaty przyprowadziła czterech chłopaków, żebyśmy od razu mieli znajomych. Faceci okazali się bardzo zabawowi i ciągle kupowali wszystkim kolejki, tak więc dość szybko rzuciliśmy się w wir zabawy. Po jakimś czasie dołączyli do nas kolejni znajomi i jacyś Chińczycy, którzy z uwielbieniem wychwalali "naszą Hiszpanię".  Poza tym wszyscy składali nam życzenia, bo...

A dzisiaj nie o nas.

Z cyklu "muszę, bo się uduszę".  Prawie nigdy nie wyrażam poglądów politycznych, ale dzisiaj to zrobię, bo męczy mnie "jedyna i słuszna" narracja ciasnych umysłowo, smutnych ludzi, którzy w życiu prywatnym dorobili się nieudanych rodzin, traum i depresji. Zastanawiam się, czy są zwyczajnie tępi i pozbawieni empatii, czy mszczą się na innych za własny ból dupy? Emigracja Spójrzmy na Londyn. Setki tysięcy ludzi wyszło na ulice, bo mają dość pieprzonej różnorodności : emigrantów, którzy żyją z zasiłków i tych, którzy latają z maczetami po ulicach. I jeszcze jednego mają dość - kneblowania! Bo w obecnych czasach "słodkiej poprawności językowej"  nie wolno powiedzieć, że czarny zabił, napadł, albo dokonał przestępstwa. W UK nie upublicznia się rasy przestępców. Ale ludzie mają oczy. Na Tootingu gdzie mieszkałem przez dekadę, w każdym tygodniu ktoś kogoś mordował. I nigdy, przez te wszystkie lata nie była to biała osoba. Brytyjczycy przegłosowali wyjście z Unii...

Gdynia. Noc Kupały.

Rano dostaliśmy alert, że burze z piorunami będą. Nie wiedziałem, że będzie to proroctwo dotyczące naszego życia, a nie pogody.  Po lunchu pojechaliśmy do Jelitkowa kolejką SKM i poszliśmy spacerem, w stronę Gdyni. To daleko, ale mieliśmy ochotę na spacer. Mimo głupawych ostrzeżeń, niebo było błękitne, a temperatura przyjemnie wysoka. Doszliśmy do Sopotu i poszliśmy do bezcukrowej kawiarnii na ciastko. Fot Cake robi takie że akurat 0% tłuszczu, z erytrytolem. Smak jest naprawdę dobry. Następnie postanowiliśmy oddać butelki w Żabce, mieszczącej się na sopockim "monciaku". Sprzedawca od początku był agresywny. Odmówił przyjęcia butelek. Powiedział że maszyna jest pełna i nie ma żadnego obowiązku i opróżniać. Na nic się zdało moje tłumaczenie. W końcu otworzyłem tą małą maszynkę i chciałem ją upchać butelki. W tym czasie jedna pracownica zamknęła drzwi, uniemożliwiając wyjście wszystkim klientom a sprzedawca wstrzymał obsługiwanie i wezwał policję. Przyjechali na sygnale po 10 m...