Przejdź do głównej zawartości

Gdynia. Leniwy piatek

Wczoraj wieczorem szaleństwo zagościło w gdyńskiej Klubokawiarni. Tequila lała się strumieniami, a powrót do mieszkania ułatwił nam bystry taksówkarz Bolta.

Czwartek spędziłem pracując do południa, a następnie całe popołudnie delektując się audiobookiem "Czerwony świt", spacerując po lesie i plaży. O godzinie 21, zmęczony dźwiękami opowieści, udałem się do klubu, gdzie zamówiłem podwójną whisky. Potem złożyłem zamówienie na kolejną i jeszcze jedną. Wkrótce atmosfera stała się niezwykle żywiołowa, a wśród gości obchodzono urodziny. Skontaktowałem się z Marcinem, aby dołączył do nas. Pojawił się w momencie, gdy druga butelka tequili została otwarta. Mój małżonek szybko wkomponował się w zabawę, pijąc szot za szotem, również z tych urodzinowych.

W piątek rano czekała mnie praca. Przygotowałem wykład i odpowiedziałem na liczne pytania oraz e-maile. Następnie musieliśmy spakować przesyłki, zamówić kurierów oraz nadać mniej cenne paczki przez InPost. Po południu udałem się na targi książki, ponieważ Marcin zgłosił kaca oraz niechęć do wychodzenia z domu (i gotowania). W związku z tym zamówiłem kolację, spacerując wzdłuż plaży. Książka wciągnęła mnie bez reszty.

Po kolacji obejrzeliśmy cały miniserial na Nedflixie "Midsummer night" - zaskakująco wciągający (zupełnie nie w naszym stylu, obyczajowy i zwyczajny).

Komentarze

  1. Aaa... audiobook. To ja codziennie Mansfield Park słucham przez 10 minut.
    Na targi książki pogoda taka dość średnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja przyswajam książki uszami. Nie bardzo wyobrażam sobie czytać oczami. Chyba trudno byłoby mi się skoncentrować i znaleźć tyle czasu.

      Nie padało. Więc pogoda była ok.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Alicante. Halloween.

Po szkole* zjedliśmy lunch w lokalnej sieciówce** i pojechaliśmy do domu. Musiałem odpocząć i zrobić kilka rzeczy, związanych z pracą. Ufarbowalem włosy, nałożyłem maseczkę i pograłem w ulubioną grę na telefonie***. A wieczorem, zgodnie z planem pojechaliśmy do centrum. Nasza znajoma z którą byliśmy umówieni napisała, że mocno się spóźni. Musiała jeszcze jechać do parku, nazbierać granatów i wysłać do Polski. Trochę nas to rozbawiło, ale ok. Poszliśmy na kolację sami. Zamówiliśmy pad thai, wiosenne bułeczki z krewetkami i butelkę lokalnego wina. Pycha i bardzo tanio (€31 łącznie). Później dołączyła Kasia i w ramach rekompensaty przyprowadziła czterech chłopaków, żebyśmy od razu mieli znajomych. Faceci okazali się bardzo zabawowi i ciągle kupowali wszystkim kolejki, tak więc dość szybko rzuciliśmy się w wir zabawy. Po jakimś czasie dołączyli do nas kolejni znajomi i jacyś Chińczycy, którzy z uwielbieniem wychwalali "naszą Hiszpanię".  Poza tym wszyscy składali nam życzenia, bo...

A dzisiaj nie o nas.

Z cyklu "muszę, bo się uduszę".  Prawie nigdy nie wyrażam poglądów politycznych, ale dzisiaj to zrobię, bo męczy mnie "jedyna i słuszna" narracja ciasnych umysłowo, smutnych ludzi, którzy w życiu prywatnym dorobili się nieudanych rodzin, traum i depresji. Zastanawiam się, czy są zwyczajnie tępi i pozbawieni empatii, czy mszczą się na innych za własny ból dupy? Emigracja Spójrzmy na Londyn. Setki tysięcy ludzi wyszło na ulice, bo mają dość pieprzonej różnorodności : emigrantów, którzy żyją z zasiłków i tych, którzy latają z maczetami po ulicach. I jeszcze jednego mają dość - kneblowania! Bo w obecnych czasach "słodkiej poprawności językowej"  nie wolno powiedzieć, że czarny zabił, napadł, albo dokonał przestępstwa. W UK nie upublicznia się rasy przestępców. Ale ludzie mają oczy. Na Tootingu gdzie mieszkałem przez dekadę, w każdym tygodniu ktoś kogoś mordował. I nigdy, przez te wszystkie lata nie była to biała osoba. Brytyjczycy przegłosowali wyjście z Unii...

Trójmiasto. Piątek 13-tego.

  Trochę ostatnio za dużo jadłem. Wakacje są fajne, gdy człowiek nie ma ograniczeń, ale nabiera się ciała. Jestem za stary, żeby się katować. Liposukcja laserowa zmniejszyła obwód w pasie i przywróciła ustawienia fabryczne. Poza tym, miałem przygody. Ponieważ jadę do Wrocławia (o tym za chwilę), a potem do Ustronia (o tym za dwie chwile), wyszedłem z domu z wielką walizką i plecakiem.  W Gdańsku skorzystałem z automatycznej przechowalni. Wszystko włożyłem do skrzynki, przeczytałem regulamin, zapłaciłem i zamknąłem na kluczyk, który włożyłem do portfela (wszystko w tej właśnie kolejności).  Po zabiegu, zaraz przed przyjazdem pociągu, włożyłem kluczyk, zamek zrobił "klik" i drzwiczki się otworzyły. W środku niczego nie było. Ani wielkiej walizki, ani laptopa z całym moim dorobkiem i danymi z firmy, ani innych ważnych rzeczy. Ktoś wziął wszystko. Świat się zatrzymał. W takich sytuacjach nigdy się nie denerwuję, tylko działam. Rozejrzałem się i stwierdziłem, że jest kamera, p...