Od rana próbowałem pracować wydajnie i szybko. Skończyłem o 15:23 i od razu pognałem na spotkanie z Iksusią (spotkaliśmy się w gdyńskim Contraście). Rozmowy się kleiły i muszę przyznać, że spotkanie było wyjątkowo udane. Trochę za krótkie (a może dlatego, aż tak dobre, bo pozostał niedosyt?), bo o 18:56 pobiegłem na przystanek SKM, gdzie czekał na mnie Marcin. Pojechaliśmy na koncert "Nasza Solidarność - a to nam się udało", do gdańskiej stoczni. Koncert również był wyjątkowo udany.
Po szkole* zjedliśmy lunch w lokalnej sieciówce** i pojechaliśmy do domu. Musiałem odpocząć i zrobić kilka rzeczy, związanych z pracą. Ufarbowalem włosy, nałożyłem maseczkę i pograłem w ulubioną grę na telefonie***. A wieczorem, zgodnie z planem pojechaliśmy do centrum. Nasza znajoma z którą byliśmy umówieni napisała, że mocno się spóźni. Musiała jeszcze jechać do parku, nazbierać granatów i wysłać do Polski. Trochę nas to rozbawiło, ale ok. Poszliśmy na kolację sami. Zamówiliśmy pad thai, wiosenne bułeczki z krewetkami i butelkę lokalnego wina. Pycha i bardzo tanio (€31 łącznie). Później dołączyła Kasia i w ramach rekompensaty przyprowadziła czterech chłopaków, żebyśmy od razu mieli znajomych. Faceci okazali się bardzo zabawowi i ciągle kupowali wszystkim kolejki, tak więc dość szybko rzuciliśmy się w wir zabawy. Po jakimś czasie dołączyli do nas kolejni znajomi i jacyś Chińczycy, którzy z uwielbieniem wychwalali "naszą Hiszpanię". Poza tym wszyscy składali nam życzenia, bo...
