![]() |
| Tu był G-A-Y |
Wczorajsze nostalgie i sentymenty zaczęły powoli wyparowywać. Dzisiejszy dzień spędziłem w centrum i choć powrót na stare śmieci sprawił mi frajdę, poczułem się finalnie przytłoczony. Czym konkretnie?
Przede wszystkim – wszechobecnym hałasem. W Londynie absolutnie wszystko generuje jazgot. Komunikaty w środkach transportu rozsadzają bębenki, stare wagony metra piszczą i zgrzytają niemiłosiernie, a pasażerowie przekrzykują ten chaos, wisząc na telefonach. Całość przeplatana jest mechaniczną litanią systemowych ostrzeżeń: o mokrej podłodze, o zachowaniu ostrożności przy wysiadaniu (nieśmiertelne mind the gap), o problemach z sygnałem czy wreszcie o konieczności raportowania każdego „niestandardowego” zachowania. Od dawna nie byłem tak potwornie przestymulowany.
Po drugie, znokautował mnie ten tutejszy pośpiech. Oni wszyscy pędzą przed siebie w amoku, wierząc, że tak po prostu trzeba. Armia ludzi w garniturach – od menadżerów po kadrę zarządzającą najniższego szczebla – wypruwa sobie żyły w pogoni za awansem. Ktoś mógłby rzec, że to domena każdej metropolii, ale w Londynie widać to ze szczególną, wręcz bolesną wyrazistością.
Do tego dochodzi zwykła opryskliwość. Wpadłem dziś do Bootsa i poprosiłem o pomoc. Po zaledwie minucie kierownik – przy mnie – brutalnie zrugał pracownicę za to, że rzekomo zbyt wolno mnie obsługuje. Nie wytrzymałem i złożyłem na niego oficjalną skargę. Przypomniał mi tych wszystkich socjopatów, pod których komendą miałem kiedyś nieszczęście pracować.
Sztuczność – to chyba najgorsza cecha Wysp. Nie znoszę tej dwulicowości, obgadywania ludzi za ich plecami i karmienia się tanią plotką. Niestety, znaczna część tego narodu składa się z osób nieszczerych, ukrytych za maską wymuszonego uśmiechu. Spod tej fasady, niczym ze studzienki kanalizacyjnej, wybija czasem skrywana latami duma i wrogość wobec „innych”.
Może dostrzegam to tak wyraźnie, bo ich znam? Bo potrafię bezbłędnie czytać ich mowę ciała? A może to dzisiejsze zdarzenie przelało czarę goryczy. Przy odbiorze bagażu musiałem wylegitymować się paszportem. Gdy urzędniczka zorientowała się, że jestem Brytyjczykiem, natychmiast, w obrzydliwy sposób, zaczęła lżyć Francuzów, przed którymi jeszcze sekundę wcześniej niemal biła pokłony.
I na koniec – ceny. Nie pojmuję, kto wymyślił system, w którym czynsz za lokum przewyższa miesięczne wynagrodzenie. Mówię tu o rzeszy ludzi tworzących kręgosłup tego miasta – osobach pracujących w usługach. Zarabiają tak mało, że muszą łączyć się w pary lub wynajmować pokoje w kilka osób, by w ogóle przetrwać. Patodeweloperka kwitnie tu równie mocno jak w Polsce, oferując czterometrowe klitki w cenie luksusowych apartamentów.
Londyn jest moim domem. Podkreślam to raz jeszcze. Znam tu każdy zakamarek, rozumiem tutejszą mentalność i kody kulturowe. Mam specyficzne, angielskie poczucie humoru. Ale pora na nowe. W stolicy UK nie mam już niczego więcej do odkrycia.

Komentarze
Prześlij komentarz