Wylądowałem w Londynie z 35-minutowym opóźnieniem. Myślałem, że będzie gorzej, ale nadrobiliśmy jakoś czas w powietrzu. Powodem postoju byli spóźnieni pasażerowie, a konkretnie załoga: czterech pilotów i sześć stewardes. Panowie siedzieli ze mną w klasie biznes, a panie poszły na tyły. Nie ma to zresztą specjalnego znaczenia, bo w krótkodystansowych lotach fotele wyglądają tak samo – leci się tylko samemu w rzędzie, dostaje jedzenie oraz nielimitowane napoje. Nie wybrałbym wyższej klasy za pieniądze, ale mam tak wiele punktów, że mogę latać po Europie w tę i z powrotem, nic nie płacąc.
Ale nie o tym chciałem...
Nigdzie na świecie nie czuję się tak, jak w Londynie. Tutaj jest mój dom. Tak czuję. Nostalgia pojawiła się od razu, gdy do moich nozdrzy dotarł zapach powietrza. I tu nie chodzi o to, jaki on jest. Uczuć nie da się zmienić. Tutaj się ukształtowałem, zakochałem, przeżyłem najintensywniejsze chwile mojego życia. Znam każdy róg i kąt!
A teraz znów zaczynam od nowa. Jest dobrze i jestem szczęśliwy. Ale Madryt, choć najpiękniejszy z pięknych, będzie miłością po miłości. Nie przeżyję w nim tak intensywnych emocji. Jestem na to zbyt doświadczony.

Komentarze
Prześlij komentarz