Wylądowałem planowo. Pogoda nad resztą Europy wydawała się być zjawiskowa, za linią Tatr, krajobraz przestał być widoczny.
Szok termiczny rozczerwienił mi twarz oraz białka oczu. Nieprzyzwyczajon - nie potrafiłem się zaadoptować. Złapałem autobus do centrum i pobiegłem do kantoru (musiałem wymienić euro na złotówki, co wcale mi się nie opłacało, ale nie miałem wyboru - pomińmy szczegóły).
W Warszawie większość ludzi mówi po ukraińsku. Ma to miejsce zarówno na ulicach, środkach komunikacji miejskiej i w miejscach użyteczności publicznej. Za każdym razem obsługiwał mnie ktoś z tamtego kraju. Jedynie w hotelu pracowali Polacy. Nie mam zamiaru tego oceniać, tylko zaznaczyć.
Polaków zobaczyłem później, pod pałacem kultury. Stali coraz bardziej rozszerzającej się grupie, z flagami polskimi. Mocno przeklinając, czegoś się domagali. Nie miałam jednak zupełnie w sobie zainteresowania, by dowiedzieć się o co chodziło.
W Warszawie zrobiłem wszystko co miałem zrobić i załatwiłem wszystko co załatwić miałem. Po południu wsiadłem do pociągu i pojechałem do Wrocławia. Pociąg był opóźniony 45 minut.

Komentarze
Prześlij komentarz