Byliśmy na światowej premierze filmu „Michael” w reżyserii Antoine’a Fuqui i ogólnie wyszliśmy z kina zadowoleni. Chyba miałem po prostu ochotę na seans lekki, niekoniecznie rozgrzebujący brudy, które przecież nigdy nie zostały do końca sprawdzone ani potwierdzone.
Film opowiada o życiu Michaela i jego rodziny od ósmego roku życia aż po same szczyty kariery. Z jednej strony pokazano jego kruchość, a z drugiej determinację oraz zaborczość ojca, ale czy udało się uchwycić jego muzyczny geniusz? Tego nie wiem. Całość jest dość landrynkowa. W scenariuszu zabrakło kontrowersji, takich jak oskarżenia o molestowanie, procesy sądowe czy uzależnienie od leków. Nie ma tu mowy o dojmującej samotności, z jaką się mierzył, ani o tragicznych splotach wydarzeń, które doprowadziły do jego przedwczesnej śmierci.
Wszystko podano bardzo płytko, a wątki mogące budzić silniejsze emocje po prostu pominięto. Powstał z tego poprawny film familijny – przyjemny w oglądaniu, ale na pewno niezasługujący na wielkie oklaski. Jackson, choć nigdy nie byłem jego gorliwym fanem, był geniuszem, który po wejściu na scenę zmieniał się w muzyczne objawienie; w tym filmie niestety tego nie czuć.
Znajomi wspominali, że pierwsze recenzje nie są zbyt korzystne. Ja sam nigdy nie czytam opinii krytyków, uważając je za bezużyteczne, ale gdybym to ja miał wystawić ocenę, byłaby to trójka z plusem.

Te nie byłem nigdy zbyt wielkim fanem Jacksona, więc bym się raczej na film w ogóle nie skusił.
OdpowiedzUsuń