Poszedłem się bawić. Marcin został w domu, a ja poszedłem pić, dżin z tonikiem. Miałem potrzebę się wyszaleć. Nadmiar pracy, ciągły stres i zmiany i różnego rodzaju problemy życia codziennego dość mocno mnie osłabiły. Wkurwiam się o byle co i jestem zawalony pracą i realizacją własnych pomysłów. Lubię to co robię, ale może nie pisanie trzech profesjonalnych książek w ciągu roku. A może odpowiedzialność za wszystko mnie przytłacza? Nie wiem. Pogadam o tym z psychoanalitykiem. Dodatkowo myślę, że zrobię sobie reset i pojadę sam do sanatorium. Na dwa lub trzy tygodnie. Znalazłem takie z psychoterapią, masażami i basenem.
Po szkole* zjedliśmy lunch w lokalnej sieciówce** i pojechaliśmy do domu. Musiałem odpocząć i zrobić kilka rzeczy, związanych z pracą. Ufarbowalem włosy, nałożyłem maseczkę i pograłem w ulubioną grę na telefonie***. A wieczorem, zgodnie z planem pojechaliśmy do centrum. Nasza znajoma z którą byliśmy umówieni napisała, że mocno się spóźni. Musiała jeszcze jechać do parku, nazbierać granatów i wysłać do Polski. Trochę nas to rozbawiło, ale ok. Poszliśmy na kolację sami. Zamówiliśmy pad thai, wiosenne bułeczki z krewetkami i butelkę lokalnego wina. Pycha i bardzo tanio (€31 łącznie). Później dołączyła Kasia i w ramach rekompensaty przyprowadziła czterech chłopaków, żebyśmy od razu mieli znajomych. Faceci okazali się bardzo zabawowi i ciągle kupowali wszystkim kolejki, tak więc dość szybko rzuciliśmy się w wir zabawy. Po jakimś czasie dołączyli do nas kolejni znajomi i jacyś Chińczycy, którzy z uwielbieniem wychwalali "naszą Hiszpanię". Poza tym wszyscy składali nam życzenia, bo...
