Przejdź do głównej zawartości

Dlaczego nie lubię Hiszpanii?



Pół roku. Sześć miesięcy w kraju, który dla wielu jest synonimem raju, a dla mnie stał się czyśćcem, w którym słońce nie ogrzewa, lecz bezlitośnie obnaża rdzę systemu. Przyjechałem tu z bagażem świadomości, ale nie sądziłem, że te hiszpańskie „specjały” staną mi w gardle tak twardą ością. Madryt, jak każda metropolia, próbuje udawać światowy sznyt, ale pod tą maską i tak pulsują te same, leniwe fluidy. Hiszpania i ja to dwa instrumenty nastrojone w innych tonacjach – ja jestem szwajcarskim mechanizmem, oni są rozstrojonym tamburynem porzuconym na słońcu.

Dlaczego tu nie zostanę? Pozwólcie, że wyliczę te perły w mojej koronie rozczarowań.

1. Mañana, czyli kultura bylejakości

„Mañana”. Słowo-wytrych, słowo-przekleństwo. Dla kogoś, kto życie mierzy precyzją chronometru, tutejszy brak szacunku do czasu jest jak piasek sypany w łożyska maszyny. Hiszpanie podnieśli prokrastynację do rangi sakramentu. Zasada „co masz zrobić dzisiaj, zrób pojutrze, a zyskasz dwa dni wolnego” to nie żart – to ich pierwszy dekalog.

Miejscowi fachowcy? To legiony flejtuchów i partaczy. Widziałem cztery „remonty” – cudzysłów jest tu niezbędny, bo to, co tam się działo, przypominało raczej radosną twórczość przedszkolaków z użyciem betonu. Przywykłem do specyficznego stylu pracy Indusów; oni przynajmniej udają, że się starają. Hiszpan nie udaje. On z dumą spierdoli ci zlew i pójdzie na kawę, zostawiając cię z poczuciem, że powinieneś mu jeszcze podziękować za samą jego obecność.

2. Biurokracja: Labirynt Minotaura za 500 Euro

Polska biurokracja przy hiszpańskiej to niewinna igraszka w piaskownicy. Wynajęcie sali na szkolenie? Cztery tygodnie męki, siedem osobistych audiencji u menedżera, który ma dynamikę lodowca, i deszcz wiadomości na WhatsAppie. Mimo zapłaty z góry, czułem się jak pod lupą inkwizycji: paszport, umowa najmu, wyciągi, pismo wyjaśniające, kto i dlaczego śmie oddychać w tej sali.

A numer NIE? To legenda, o której szepczą przerażeni ekspaci. Terminy na policji za rok, konieczność pielgrzymek do odległych miast i góra papierów, która mogłaby zasypać Pireneje. Ale Hiszpania ma jedną, „piękną” cechę: korupcja i kumoterstwo są tu smarem dla każdej zardzewiałej maszyny. Zapłaciłem 495 euro „specjalnej firmie” i magiczny numerek objawił się w dwa dni. Serce do tego kraju traci się właśnie w takich momentach – gdy widzisz, że prawo jest tylko sugestią dla tych bez portfela.

Patologia na szynach: Koleje to kolejny pomnik ichniejszej degrengolady. Przez lata zarząd RENFE pompował miliony w prywatne kieszenie pod pretekstem budowy torów. Skandal wybuchł dopiero wtedy, gdy ludzie zaczęli ginąć w powtarzających się wypadkach. Efekt? Pociągi odwoływane z powodu „wiatru”, którego nikt nie czuje, i zero odpowiedzialności. Kiedy w marcu utknęliśmy z Marcinem w Barcelonie, zostawiono setki ludzi na peronie bez słowa wyjaśnienia. Zwrot pieniędzy dostałem po trzech tygodniach – oczywiście z potrąceniem opłaty manipulacyjnej. Ich tupet jest równie wysoki jak ich bezradność.

3. "Ocupas" i państwowa znieczulica

W Hiszpanii pojęcie własności jest iluzją. Chciałem tu kupić mieszkanie, ale wizja „ocupas” skutecznie mnie z tego wyleczyła. To kraj, w którym ktoś może wyważyć ci drzwi z kopa, zamówić pizzę na twój adres i – jeśli przetrwa 48 godzin – staje się panem twoich włości, a ty zostajesz bezdomnym płacącym kredyt. Moi sąsiedzi w Alicante? Okupasi od lat. Właściciele? Bezsilni.

Ale szczytem wszystkiego jest systemowa schizofrenia. W kwietniu 2026 roku świat usłyszał o młodej Hiszpance, która wybrała eutanazję, bo nie mogła żyć po brutalnym, wielogodzinnym gwałcie zbiorowym dokonanym przez azylantów. Sprawcy? Wolni, chronieni przez „brak niepodważalnych dowodów” i polityczną poprawność. Państwo, zamiast wymierzyć sprawiedliwość, pozwoliło jej się zabić w majestacie prawa.

Kontrast jest porażający: w tym samym czasie pewien nieszczęśnik został skazany za „naruszenie godności cielesnej”, bo w przypływie staromodnego romantyzmu pocałował kobietę w dłoń na przystanku. Ta nierówność, ten rozkład wartości, to po prostu gnicie od środka.

4. Ceny i „gościnność”

Hiszpania nienawidzi turystów, choć bez nich by zbankrutowała. Ceny nieruchomości to czysta abstrakcja. 12 000 zł za klitkę w Madrycie, 25 000 zł za standard, który mam w Alicante. Hiszpanie zarabiają ułamek tego i wychodzą na ulice, krzycząc na obcokrajowców, zamiast uderzyć w swój skorumpowany rząd. Wynajem to albo biurokratyczny tor przeszkód z kaucją na pół roku, albo „wakacyjne” zdzierstwo.

5. Detale, które zabijają

  • Internet: Średniowiecze. W centrum miasta, wewnątrz budynków, zasięg znika jak uczciwość urzędnika. Mój domowy kontrakt nie udźwignie dwóch urządzeń naraz – oglądanie filmu to wyrok śmierci dla wysyłania maili.

  • Zdrowie i apteki: Spróbuj kupić suplementy. Wybór jak w PRL-u – jeden rodzaj selenu albo nic. Brak elektrolitów bez cukru, brak podstawowych akcesoriów medycznych. Lekarze? Jeśli nie jesteś umierający, potraktują cię jak natręta. Mój przypadek z lekiem, który biorę od lat i którego odmówił mi tutejszy „medyk”, skończył się sprowadzaniem go z Polski. A InPost? Hiszpański kurier to gatunek, który nie opanował obsługi paczkomatu. „Paczkomat pełen” to ich mantra, a ty jednostko, możesz się, kolokwialnie mówiąc, posrać z nerwów.

  • Relikty Pandemii: Nie zapominajmy o ichniejszym szaleństwie „podczas zarazy”. Wojsko na ulicach, ludzie duszący się w mieszkaniach bez klimatyzacji, zakaz wchodzenia na puste plaże, a potem surrealistyczny nakaz pływania w maseczce. To państwo kocha tresować obywateli, gdy tylko poczuje bat w ręku.

  • Hałas i herbata: Hiszpanie to najgłośniejsza nacja świata. Ich „rubaszne paplaniny” przebijają się nawet przez słuchawki z redukcją szumu. Do tego brak kultury picia herbaty – jeśli nie chcesz pić śmieciowego pyłu lub imbirowych pomyj dla chorych, musisz targać zapasy z Anglii.

  • Życie nocne: Kolacja o 23? Kluby otwierane o 2 nad ranem? To nie jest hedonizm, to biologiczny sadyzm. Mój organizm to świątynia, a nie całodobowy bar tapas.

Hiszpania to piękna pocztówka, na której ktoś rozlał kwaśne wino. Można tu przyjechać na tydzień, upić się słońcem i wrócić do cywilizacji. Pół roku tutaj to o pół roku za dużo. 


Komentarze

  1. Ooo... Musiało ci dopiec. Nie pamiętam, bym czytał równie negatywny wpis na temat innego kraju, w którym pomieszkiwałeś.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bo nie lubię żyć w "1984". Jestem za stary żeby żyć w takim biurokratycznym matriksie.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Alicante. Halloween.

Po szkole* zjedliśmy lunch w lokalnej sieciówce** i pojechaliśmy do domu. Musiałem odpocząć i zrobić kilka rzeczy, związanych z pracą. Ufarbowalem włosy, nałożyłem maseczkę i pograłem w ulubioną grę na telefonie***. A wieczorem, zgodnie z planem pojechaliśmy do centrum. Nasza znajoma z którą byliśmy umówieni napisała, że mocno się spóźni. Musiała jeszcze jechać do parku, nazbierać granatów i wysłać do Polski. Trochę nas to rozbawiło, ale ok. Poszliśmy na kolację sami. Zamówiliśmy pad thai, wiosenne bułeczki z krewetkami i butelkę lokalnego wina. Pycha i bardzo tanio (€31 łącznie). Później dołączyła Kasia i w ramach rekompensaty przyprowadziła czterech chłopaków, żebyśmy od razu mieli znajomych. Faceci okazali się bardzo zabawowi i ciągle kupowali wszystkim kolejki, tak więc dość szybko rzuciliśmy się w wir zabawy. Po jakimś czasie dołączyli do nas kolejni znajomi i jacyś Chińczycy, którzy z uwielbieniem wychwalali "naszą Hiszpanię".  Poza tym wszyscy składali nam życzenia, bo...

A dzisiaj nie o nas.

Z cyklu "muszę, bo się uduszę".  Prawie nigdy nie wyrażam poglądów politycznych, ale dzisiaj to zrobię, bo męczy mnie "jedyna i słuszna" narracja ciasnych umysłowo, smutnych ludzi, którzy w życiu prywatnym dorobili się nieudanych rodzin, traum i depresji. Zastanawiam się, czy są zwyczajnie tępi i pozbawieni empatii, czy mszczą się na innych za własny ból dupy? Emigracja Spójrzmy na Londyn. Setki tysięcy ludzi wyszło na ulice, bo mają dość pieprzonej różnorodności : emigrantów, którzy żyją z zasiłków i tych, którzy latają z maczetami po ulicach. I jeszcze jednego mają dość - kneblowania! Bo w obecnych czasach "słodkiej poprawności językowej"  nie wolno powiedzieć, że czarny zabił, napadł, albo dokonał przestępstwa. W UK nie upublicznia się rasy przestępców. Ale ludzie mają oczy. Na Tootingu gdzie mieszkałem przez dekadę, w każdym tygodniu ktoś kogoś mordował. I nigdy, przez te wszystkie lata nie była to biała osoba. Brytyjczycy przegłosowali wyjście z Unii...

Trójmiasto. Piątek 13-tego.

  Trochę ostatnio za dużo jadłem. Wakacje są fajne, gdy człowiek nie ma ograniczeń, ale nabiera się ciała. Jestem za stary, żeby się katować. Liposukcja laserowa zmniejszyła obwód w pasie i przywróciła ustawienia fabryczne. Poza tym, miałem przygody. Ponieważ jadę do Wrocławia (o tym za chwilę), a potem do Ustronia (o tym za dwie chwile), wyszedłem z domu z wielką walizką i plecakiem.  W Gdańsku skorzystałem z automatycznej przechowalni. Wszystko włożyłem do skrzynki, przeczytałem regulamin, zapłaciłem i zamknąłem na kluczyk, który włożyłem do portfela (wszystko w tej właśnie kolejności).  Po zabiegu, zaraz przed przyjazdem pociągu, włożyłem kluczyk, zamek zrobił "klik" i drzwiczki się otworzyły. W środku niczego nie było. Ani wielkiej walizki, ani laptopa z całym moim dorobkiem i danymi z firmy, ani innych ważnych rzeczy. Ktoś wziął wszystko. Świat się zatrzymał. W takich sytuacjach nigdy się nie denerwuję, tylko działam. Rozejrzałem się i stwierdziłem, że jest kamera, p...