Przejdź do głównej zawartości

Londyn . Świat się zmienia.

Pierwsze pytanie, jakie pada w temacie Londynu, brzmi: „czy brexit wiele zmienił?”. Odpowiedź nie jest jednoznaczna, trudno bowiem rozstrzygnąć, co stanowi efekt opuszczenia Unii, a co wynika z faktu, że system po prostu coraz mocniej wrzyna się w życie.

Ceny. Poszybowały w kosmos. Mówiąc krótko: jest cholernie drogo. Za jogurt (500 ml), maliny (150 g) i jeżyny (150 g) zapłaciłem £9.20. W Alicante identyczny zestaw kosztuje około €6. W Hiszpanii karnet na siłownię to wydatek rzędu €24 miesięcznie, w Londynie kosztuje to minimum £60. Najdrastyczniej podrożały jednak mieszkania – za przyzwoite lokum w drugiej strefie trzeba zapłacić około £3500.

Manipulacja głosowa. To chyba największa zmora współczesnej stolicy UK. Cisza tu nie istnieje. Czekając zaledwie pięć minut na pociąg, trzeba wysłuchać automatu recytującego ze spokojem o zagrożeniach terrorystycznych, konieczności posiadania biletu, wspieraniu organizacji zamiast żebraków oraz słynnego „Mind the gap”. Od roku doszło do tego jeszcze bardziej irytujące „See it. Say it. Sorted.”. Obrzydliwy, systemowy zgiełk.

Ciągle spieszące się marionetki systemu. Ludzie w Londynie pędzą. Tutaj zawsze żyło się dynamicznie, ale teraz dostrzegam to wyraźniej. Wszędzie widać osoby goniące gdzieś na złamanie karku, pochłaniające posiłki w locie. Żrą w metrze, w autobusach i w drodze do nich. Wystarczy kilkanaście sekund oczekiwania na kawę, by zaczęli bębnić palcami o blat. Poza tym społeczeństwo wyraźnie przybrało na wadze. Wieczorami zaś puby pękają w szwach od podchmielonych obywateli. Wieczorna rekompensata za trudy dnia. Masakra!

Mniejszy wybór. W sklepach brakuje towaru, spadła też różnorodność produktów, zwłaszcza spożywczych. Brakuje alternatyw dla trunków alkoholowych, z półek zniknęły artykuły bezcukrowe. W kawiarniach próżno szukać słodzików. Musieliśmy kupić bio stewię w eko sklepie, który zresztą też świecił pustkami. Selekcja napojów i przekąsek jest znacznie uboższa niż dawniej i ogranicza się głównie do wyrobów lokalnych. Nie byłoby to aż tak dotkliwe, gdyby nie wspomniane wcześniej, drastyczne podwyżki.

Rozwój miasta. Rozbudowano komunikację i mimo irytujących opóźnień czy przerw w dostawie prądu, w zasadzie funkcjonuje ona sprawnie. W centrum wyrosło mnóstwo nowoczesnych, pięknie zaprojektowanych budynków. Podoba mi się ta współczesność wkomponowana w klasykę. Naprawdę ktoś włożył w to sporo serca.

Życie nocne i rozrywka. Są chyba jeszcze bardziej intensywne niż w przeszłości. W zasadzie o każdej porze dnia i nocy można wyjść i bawić się na własnych zasadach. W ciągu jednej doby dzieje się tu więcej niż przez cały rok w Alicante.

Generalnie Londyn mocno ewoluował, a mimo to czuję się tutaj jak u siebie. Wszędzie indziej jestem tylko w podróży.


Komentarze

  1. Czyli co - chciałbyś mimo wszystko mieszkać tam na stałe?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubię tam być. I nie wiem czy "na stałe" jest możliwe dla mnie.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Alicante. Halloween.

Po szkole* zjedliśmy lunch w lokalnej sieciówce** i pojechaliśmy do domu. Musiałem odpocząć i zrobić kilka rzeczy, związanych z pracą. Ufarbowalem włosy, nałożyłem maseczkę i pograłem w ulubioną grę na telefonie***. A wieczorem, zgodnie z planem pojechaliśmy do centrum. Nasza znajoma z którą byliśmy umówieni napisała, że mocno się spóźni. Musiała jeszcze jechać do parku, nazbierać granatów i wysłać do Polski. Trochę nas to rozbawiło, ale ok. Poszliśmy na kolację sami. Zamówiliśmy pad thai, wiosenne bułeczki z krewetkami i butelkę lokalnego wina. Pycha i bardzo tanio (€31 łącznie). Później dołączyła Kasia i w ramach rekompensaty przyprowadziła czterech chłopaków, żebyśmy od razu mieli znajomych. Faceci okazali się bardzo zabawowi i ciągle kupowali wszystkim kolejki, tak więc dość szybko rzuciliśmy się w wir zabawy. Po jakimś czasie dołączyli do nas kolejni znajomi i jacyś Chińczycy, którzy z uwielbieniem wychwalali "naszą Hiszpanię".  Poza tym wszyscy składali nam życzenia, bo...

A dzisiaj nie o nas.

Z cyklu "muszę, bo się uduszę".  Prawie nigdy nie wyrażam poglądów politycznych, ale dzisiaj to zrobię, bo męczy mnie "jedyna i słuszna" narracja ciasnych umysłowo, smutnych ludzi, którzy w życiu prywatnym dorobili się nieudanych rodzin, traum i depresji. Zastanawiam się, czy są zwyczajnie tępi i pozbawieni empatii, czy mszczą się na innych za własny ból dupy? Emigracja Spójrzmy na Londyn. Setki tysięcy ludzi wyszło na ulice, bo mają dość pieprzonej różnorodności : emigrantów, którzy żyją z zasiłków i tych, którzy latają z maczetami po ulicach. I jeszcze jednego mają dość - kneblowania! Bo w obecnych czasach "słodkiej poprawności językowej"  nie wolno powiedzieć, że czarny zabił, napadł, albo dokonał przestępstwa. W UK nie upublicznia się rasy przestępców. Ale ludzie mają oczy. Na Tootingu gdzie mieszkałem przez dekadę, w każdym tygodniu ktoś kogoś mordował. I nigdy, przez te wszystkie lata nie była to biała osoba. Brytyjczycy przegłosowali wyjście z Unii...

Patong. Trudny dzień.

Od rana próbuję poskładać się emocjonalnie. Trzy miesiące temu zacząłem własną terapię wychodzenia z traum i krzywd, jakich doświadczyłem w dzieciństwie. Ma to pośredni związek z moimi kolejnymi studiami (psychoterapia) i książką, nad którą pracuję (sprawdzam teorię w praktyce). Bezpośrednio zaś jest związane z moimi rodzicami, rodziną i różnego rodzaju zdarzeniami z dzieciństwa. Ostatnio przerabiałem nieobecność ojca w swoim życiu. No i właśnie... Rano zadzwoniła mama. Powiedziała to, co miałem w snach i co ciągnęło się za mną, jak cień - niemożliwe do odczepienia. Przyszły wyniki ojca, między innymi tomografii, którą miał wczoraj. Nie ma już dla niego żadnej nadziei. Rak jest w takim stadium i w tak wielu miejscach, że żadne leczenie nie miałoby sensu. Teraz zaatakował mózg i szybko się rozprzestrzenia. Guzy na móżdżku pozbawią go wzroku i niedługo później uniemożliwią swobodne poruszanie się. Niestety wiem jak takie rzeczy wyglądają, jak postępują i jak długo trwają. Dlaczego jestem...