Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z październik, 2025

Alicante. Pierwsze wrażenia.

Pierwszy wpis o Alicante, zacznę od informacji o mieście. Alicante to malownicze miasto położone na wschodnim wybrzeżu Hiszpanii, w regionie Walencja, nad brzegiem Morza Śródziemnego, przy urokliwej zatoce noszącej tę samą nazwę. Dominującym punktem widokowym jest wzniesienie Benacantil , które dumnie spogląda na miasto, dodając mu niepowtarzalnego charakteru. Alicante, z populacją wynoszącą 360000 mieszkańców, zajmuje jedenaste miejsce pod względem wielkości w Hiszpanii. W rankingu InterNations Expat Insider 2020, Alicante uplasowało się na zaszczytnym drugim miejscu wśród najlepszych miast dla przyjezdnych na świecie, co podkreśla jego przyjazną atmosferę oraz bogatą ofertę dla obcokrajowców. Komunikacja w mieście jest niezwykle dobrze rozwinięta – mieszkańcy i turyści mogą korzystać z rozbudowanej sieci autobusów, tramwajów (w tym szybkiego tramwaju) oraz regionalnych linii kolejowych, co sprawia, że podróżowanie po okolicy to czysta przyjemność. Historia regionu sięga czasów sprze...

Gdynia-Gdańsk. Dni latawca.

Wczoraj obudził mnie hałas kosiarki. Panowie wysłani przez spółdzielnię mieszkaniową, rozpoczęli pracę o 6:55. Pojechałem do Gdańska na USG, później: w transporcie oraz jedząc lunch, nadawałem kody QR na pierdylion paczek. Marcin jeździł do hurtowni po materiały i pakował. O 14:30 ostatnia paczka wylądowała w InPost owej skrzynce. Kurier odebrał 3 minuty później. Pojechaliśmy do kolejnej przychodni, zaszczepić się na grypę. Robimy to nieprzerwanie od 20 lat. Po zastrzyku pojechaliśmy na zakupy, z których musiałem biec do domu, bo o 18 zaczynałem praktyki studenckie (studiuję psychoterapię).  Skończyłem o 21:00, Marcin w tym czasie jeździł po sklepach, bo kupił zły plecak (przecięty na pasku) i musiał reklamować, a następnie kupić inny. Dzwoniłem też do mamy. Powiedziała mi, że śniło jej się, że smażyła smalec. Ma wyobraźnię! Dzisiaj wstałem bez kosiarki. Pogoda za oknem okazała się przecudna. Wziąłem prysznic, wyruszyłem włosy i znów pojechałem do przychodni (centrum diagnostyczne)...

Gdynia. Odpoczynek.

Obudziliśmy się późno. Wziąłem bardzo długi prysznic i zrobiłem sobie śniadanie. Marcin poszedł na poranny spaceyi po kawę. Włączyłem TV i obejrzałem program "Kobieta na krańcu świata",  w którym Martyna Wojciechowska pokazywała Okinawę i wioskę, w której populacja jest najstarsza na świecie. Marcin przyniósł kawę. Postanowiłem nic nie robić. Nie pracować. Poszedłem na spacer, nad morze. Poszedłem przez las. W Gdyni zaczęła się dopiero jesień i drzewa zaczynający żółknąć. Dalej jednak dominuje zieleń. W drodze wysłuchałem nagranych wiadomości od przyjaciół. Później słuchałem muzyki i dotarłem do miejsca, w którym piję zawyczaj kawę. Kawiarenka nazywa się Kofeina i serwuje domowe ciasta. Lubię tu bywać.

Gdynia. Pośpiech.

Gdynia. Widok z gabinetu stomatologicznego. Wczoraj dojechaliśmy na czas. Pociąg był wypełniony po brzegi, nie wiem dlaczego sprzedają bilety bez gwarancji miejsca siedzącego? Osoby z ktorymi współdzieliliśmy podróż, kaszlały i kichały, jakby wszystkie jechały na kwarantannę lub jakby ktoś rozpylił drażniący gaz w powietrzu. W drodze obejrzałem połowę serialu (4 odcinki) Wayward, całkiem niezły thriller, sam raz na dłuższą podróż. W międzyczasie opychalismy się: śliwkami, gruszkami i truskawkami, kanapkami, ciasteczkami i w końcu kabanoskami, na których straciłem plombę. Szlag mnie prawie trafił, bo wypełnienie miało niecały rok. Od razu umówiłem się na wizytę do dentysty. Potem pomyślałem, że może dobrze się stało, bo lepiej teraz, niż za tydzień (w czwartek przeprowadzamy się na stałe, do Hiszpanii).  Wstaliśmy dość wcześnie. Pogoda była znośna. Poszliśmy do zaprzyjaźnionej kawiarni na śniadanie i przede wszystkim odebrać Shilajit, który w końcu dotarł z Nepalu. Marcin zajął się ...

Częstochowa. Pracowity dzień.

Byliśmy wczoraj u Justyny, naszej koleżanki, na plotkach i winie. Wypiliśmy w trójkę, cztery butelki. Do tego: włoskie paluszki, w zasadzie paluchy - takie grube, domowe grzybki marynowane i ogórki kiszone, kabanosy i koreczki serowo-oliwkowe. Pod koniec imprezy dołączyła Kamila on-line. Dużo się śmialiśmy. Rano wyszedłem po kawę i wtedy zadzwonił kurier, informując mnie, że jest "na miejscu", co oznaczało drugi koniec miasta. Zadzwoniłem do mamy, proszący ja aby zeszła pilnować palety, następnie obudziłem Marcina i zadzwoniłem po taksówkę. Pięć minut później, w wyjątkowych humorach jechaliśmy na Raków.  Przerzuciliśmy kilkaset kilogramów książek i pojechałem do mieszkania, zabierając mamę ze sobą, bo musiała załatwić coś w urzędzie. Marcin został w domu teściowej i zajął się rozładowaniem palety i pakowaniem książek, każdej osobno do wysyłkowych pudełek. Ja pracowałem zdalnie, później zadawałem kody QR, Marcin wysyłał. O 17 poszliśmy do kina. Tym razem zobaczyliśmy Aresa. Za...

Częstochowa. Chwila wytchnienia.

Mama wyszła po nas, na dworzec i przywitała chlebem i solą. Marcin oczywiście wkładając chleb do plecaka, rozsypał sól, na szczęście nie całą. Zrzuciliśmy bagaże i poszliśmy na kawę. Potem Marcin pojechał z mamą odebrać paczki, które przesłałem z Gdyni i został tam na kolację, a ja odpocząłem. Kolejnego dnia wstałem późno. Otrzymałem życzenia z okazji dnia nauczyciela i kilka miłych wiadomości, potem przeczytałem e-maile służbowe obw końcu poszedłem do łazienki. Marcina tym czasie ogarnął pranie i poszedł po kawę, którą wypiłem, szykując się na lunch z mamą. Poszliśmy do japońskiej restauracji.  Porcja sushi okazała się za duża. Ostatni talerz (w sumie były trzy) wzięliśmy na wynos i jako, że stołowaliśmy się blisko domu, Marcin zaniósł paczkę i włożył do naszej lodówki, na wieczór. Ja z mamą wolnym spacerem poszedłem do kina. Kot dotarł jeszcze podczas reklam, które ignorowaliśmy, rozmawiając o pierdołach. "Chopin, Chopin" okazał się genialnym filmem, pokazującym kompozytora...

Cieszyn. Warsztaty, dzień 2.

Udało się. Warsztaty naprawdę były udane. Tym razem kosztowały mnie dużo energii, bo jestem padnięty. Wypompowany. Flak! Wejście na trzecie piętro, do apartamentu w którym się zatrzymaliśmy było dla mnie całkiem trudne. Polozylem się na sofie i zapadłem się w nią, bez chęci robienia czegokolwiek innego, oprócz leżenia.

Cieszyn. Warsztaty.

Uczę pracy grającymi misami. To fenomen naturoterapii z Azji. Te instrumenty muzyczne potrafią wprowadzić w trans, lub stan podobny do głębokiej medytacji, co działa na organizm jak wielogodzinny wypoczynek, dobry sen i długotrwały relaks. Efekty są widoczne od razu. A ja? Sam nie wiem. Może przydałby mi się taki zabieg?

Trójmiasto. Weekend.

Brakowało mi buddyjskich wibracji. Lubię je, w europejskim wydaniu, gdzie zamiast zakurzonego przepychu panuje czystość i minimalizm. Dawno nie uczestniczyliśmy w takich wydarzeniach w Europie. Po sobotniej inicjacji Diamentowego Umysłu, spałem jak dziecko. W niedzielę, Marcin wstał przede mną i wziął prysznic, ja nie mogłem się dobudzić, co praktycznie nigdy mi się nie zdarza. Zmusiłem się jednak do działania i 40 minut później siedzieliśmy w taksówce*   Na miejscu były już tłumy (sprzedano 1350 biletów) , ale nasze siedzenia nie były zajęte. To miłe. Mniej fajny był fakt, że większość ludzi była przeziębiona. Podczas śpiewów i błogosławieństw rozpraszało mnie smarkanie wielu ludzi dookoła - szczególnie kobieta siedząca przede mną, chciała się chyba pozbyć mózgu przez nos.  Uczestniczenie w wydarzeniu kosztowało mnie niewiarygodnie dużo energii. Spotkałem ludzi z przeszłości. Większość spotkań było miłych lub nawet serdecznych, ale jednak wyczerpujących. Mój stary kolega...

Sopot. Buddyjski weekend.

Od piątku do niedzieli uczestniczymy w buddyjskich inicjacjach i wykładach, w Sopocie.  Z Nepalu przyjechał Dziamgon Kongtrul Rinpocze, który postanowił udzielić dwóch niezwykłych inicjacji: Dordże Sempy i Mahakali. Niezwykłe połączenie! Dordże Sempa to wywracajaca do góry nogami, oczyszczająca energia. Mahakala zaś to strażnik (ochrona) naszej   buddyjskiej linii, nauk i nas samych. Nie będę jednak wyjaśniał buddyjskich zawiłości.