Przejdź do głównej zawartości

Madryt. Wielokolorowa jesień.

Jesień tutaj, na wyżynie Kastylijskiej jest wyjątkowo urocza. Niektóre drzewa jeszcze mają kwiaty. Widziałem ukwiecone hibiskusy oraz oleandry. 

Róże też są w pełni żywe i  niecierpki, i dalie, i cynie. Owady wśród tych kwiatów i pojedyncze motyle... 


A z drugiej strony liście żółkną i czerwienieją, kasztany i żołędzie spadają, tak jak inne, zupełnie nie znane mi owoce, zjadane przez lokalne zwierzęta. Dużo gołębi i wron. Małych ptaków jakoś mało, a może nawet wcale? Nie pamiętam, czy widziałem choć jednego wróbla.

Wstałem o 7:45, niebo było szafirowe, a później całkiem błękitne. Marcin wyszedł do sklepu, a później na spacer, bo musiałem z rana pracować, a polegało to na rozmowach mocno intymnych, które nie mogą mieć świadków. Tutaj w Madrycie mamy małe mieszkanie, w którym sypialnia jest razem z niewielkim pokojem dziennym, gdzie pracowałem. Musiałem więc być sam. Później nagrałem wykład i przed południem skończyłem. 

Poszliśmy na długi spacer znanymi uliczkami, postanawiając nie mieć celu tego chodzenia. Trafialiśmy na różne interesujące wystawy, gubiliśmy się i później znów trafialiśmy na znane nam uliczki. Piliśmy kilka razy kawy, za każdym razem z mlekiem, bo tu w Hiszpanii mleko jest bardzo smaczne. Muszę tylko wybierać takie, bez laktozy. Raz zjedliśmy nawet desery: Marcin ciastko z pistacjami bez cukru, a ja lody wegańskie, słodzone erytrytolem. 

Tak nam upłynął dzień. Wieczór postanowiliśmy spędzić w mieszkaniu, obejrzeć jakieś seriale, zjeść domową kolację i zwyczajnie odpocząć. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Alicante. Halloween.

Po szkole* zjedliśmy lunch w lokalnej sieciówce** i pojechaliśmy do domu. Musiałem odpocząć i zrobić kilka rzeczy, związanych z pracą. Ufarbowalem włosy, nałożyłem maseczkę i pograłem w ulubioną grę na telefonie***. A wieczorem, zgodnie z planem pojechaliśmy do centrum. Nasza znajoma z którą byliśmy umówieni napisała, że mocno się spóźni. Musiała jeszcze jechać do parku, nazbierać granatów i wysłać do Polski. Trochę nas to rozbawiło, ale ok. Poszliśmy na kolację sami. Zamówiliśmy pad thai, wiosenne bułeczki z krewetkami i butelkę lokalnego wina. Pycha i bardzo tanio (€31 łącznie). Później dołączyła Kasia i w ramach rekompensaty przyprowadziła czterech chłopaków, żebyśmy od razu mieli znajomych. Faceci okazali się bardzo zabawowi i ciągle kupowali wszystkim kolejki, tak więc dość szybko rzuciliśmy się w wir zabawy. Po jakimś czasie dołączyli do nas kolejni znajomi i jacyś Chińczycy, którzy z uwielbieniem wychwalali "naszą Hiszpanię".  Poza tym wszyscy składali nam życzenia, bo...

Koniec lata

W Gdyni pogodnie, ale w powietrzu czuć jesień.  Spałem do 8:49. Wypiłem kawę i zacząłem pracować. Marcin poszedł do centrum, odebrać nowy paszport. Wrócił niedługo po południu i zjedliśmy lunch, po którym dalej pracowałem. Nagrywałem informacje zwrotne dla kursantek z grupy Mindfulness. Dość pracochłonne zajęcie. Po pracy, w okolicach 14, poszedłem na siłownię, następnie na saunę. Odpocząłem i jednocześnie opadłem z sił. Chyba znów za dużo wszystkiego. W drodze powrotnej kupiłem ciastka bez cukru i bez glutenu. Babeczki na mące migdałowej i brownie z kremem, chyba na zmielonych nasionach babki lancetowatej z kakao. W smaku słodkie i naprawdę pyszne. Mają kilkukrotnie mniejszą ilość kalorii, niż zwykle wypieki i wyjątkowo niski indeks glikemiczny. Marcin zaś eksperymentował w kuchni, co zaowocowało wyjątkowo smaczną potrawką. Rodzaj zapiekanki. Spód z mielonych migdałów, jajka i startej cukinii z wyczuwalnym smakiem czosnku i dużą ilość indyczego udźca, długo duszonego na wolnym ogn...

Gdynia. Noc Kupały.

Rano dostaliśmy alert, że burze z piorunami będą. Nie wiedziałem, że będzie to proroctwo dotyczące naszego życia, a nie pogody.  Po lunchu pojechaliśmy do Jelitkowa kolejką SKM i poszliśmy spacerem, w stronę Gdyni. To daleko, ale mieliśmy ochotę na spacer. Mimo głupawych ostrzeżeń, niebo było błękitne, a temperatura przyjemnie wysoka. Doszliśmy do Sopotu i poszliśmy do bezcukrowej kawiarnii na ciastko. Fot Cake robi takie że akurat 0% tłuszczu, z erytrytolem. Smak jest naprawdę dobry. Następnie postanowiliśmy oddać butelki w Żabce, mieszczącej się na sopockim "monciaku". Sprzedawca od początku był agresywny. Odmówił przyjęcia butelek. Powiedział że maszyna jest pełna i nie ma żadnego obowiązku i opróżniać. Na nic się zdało moje tłumaczenie. W końcu otworzyłem tą małą maszynkę i chciałem ją upchać butelki. W tym czasie jedna pracownica zamknęła drzwi, uniemożliwiając wyjście wszystkim klientom a sprzedawca wstrzymał obsługiwanie i wezwał policję. Przyjechali na sygnale po 10 m...