Jesień tutaj, na wyżynie Kastylijskiej jest wyjątkowo urocza. Niektóre drzewa jeszcze mają kwiaty. Widziałem ukwiecone hibiskusy oraz oleandry.
Róże też są w pełni żywe i niecierpki, i dalie, i cynie. Owady wśród tych kwiatów i pojedyncze motyle...
A z drugiej strony liście żółkną i czerwienieją, kasztany i żołędzie spadają, tak jak inne, zupełnie nie znane mi owoce, zjadane przez lokalne zwierzęta. Dużo gołębi i wron. Małych ptaków jakoś mało, a może nawet wcale? Nie pamiętam, czy widziałem choć jednego wróbla.
Wstałem o 7:45, niebo było szafirowe, a później całkiem błękitne. Marcin wyszedł do sklepu, a później na spacer, bo musiałem z rana pracować, a polegało to na rozmowach mocno intymnych, które nie mogą mieć świadków. Tutaj w Madrycie mamy małe mieszkanie, w którym sypialnia jest razem z niewielkim pokojem dziennym, gdzie pracowałem. Musiałem więc być sam. Później nagrałem wykład i przed południem skończyłem.
Poszliśmy na długi spacer znanymi uliczkami, postanawiając nie mieć celu tego chodzenia. Trafialiśmy na różne interesujące wystawy, gubiliśmy się i później znów trafialiśmy na znane nam uliczki. Piliśmy kilka razy kawy, za każdym razem z mlekiem, bo tu w Hiszpanii mleko jest bardzo smaczne. Muszę tylko wybierać takie, bez laktozy. Raz zjedliśmy nawet desery: Marcin ciastko z pistacjami bez cukru, a ja lody wegańskie, słodzone erytrytolem.
Tak nam upłynął dzień. Wieczór postanowiliśmy spędzić w mieszkaniu, obejrzeć jakieś seriale, zjeść domową kolację i zwyczajnie odpocząć.






Komentarze
Prześlij komentarz