Skończyłem. Najpierw album, potem magazyn. Wczoraj resztką sił dopisałem podsumowanie, a następnie z dziką rozkoszą zabezpieczyłem plik i od razu wrzuciłem na dysk drukarni. Później usnąłem. Śniło mi się dobrze i trochę głupio. Używając słownika Marcina - śniłem kocopoły.
Rano sprawdziłem pliki i napisałem do drukarni e-maila, z prośbą o fakturę. Otrzymałem - zapłaciłem. Pogoda była wspaniała. Spacerem przeszedłem przez las i udałem się do banku, bo musiałem przelać pieniądze za tłumaczenia dokumentów, niezbędnych do spraw urzędowych w Paragwaju. Potem wykupiłem leki i suplementy na 9 miesięcy. Cały plecak! Wydałem na to majątek. Marcin zaś spokojnie czekał w domu na kominiarza, który okazał się elektrykiem, bo sprawdzał kontakty, a nie kominy. Po wszystkim spotkaliśmy się w domu handlowym i zrobiliśmy wspólnie kolejne, duże zakupy.
Co najdziwniejszego kupiłem? Mieszankę na keto naleśniki. Kilka opakowań, bo nie wiem, czy tam w tropikach mają cokolwiek oprócz mąki i yerba maty.
Ach! Zrobiłem też badania krwi. Rano, gdy wyszedłem z domu, uzmysłowiłem sobie, że miałem sprawdzić, co w życiu komórkowym słychać. Wszedłem do laboratorium, wybrałem z listy rzeczy, które chciałem sprawdzić, zapłaciłem 475 złotych i pozwoliłem sobie odessać 4 małe ampułki krwi. Na szczęście nie jest słodka. Wyniki sobie wkleję tu, dzięki czemu będę pamiętał, gdzie są.











Komentarze
Prześlij komentarz