Przejdź do głównej zawartości

Posty

Gdynia. Codzienność.

Dopada mnie jakieś uczucie niezadowolenia. Przemęczenie? Początek wiosny? Brak wystarczającej ilości snu? Wszystko na raz? Być może. Kupiłem sobie wczoraj melatoninę, ale w ogóle nie powstał żaden rezultat. Spałem płytko, krótko, do czego przyczynił się dodatkowo Marcin. Musimy coś zrobić z jego chrapaniem i zespołem niespokojnych nóg. Dzisiaj naprawdę było ciężko. Spałem może trzy godziny i niestety to odczuwam. Muszę odstawić chleb. Znaleźć jakąś jego restaurację bez pieczywa, o co w Polsce nie będzie łatwe. Po tygodniu pobytu w Europie zaczynają męczyć mnie gazy... 

Warszawa. Praca.

Moje ciało ciągle odczuwa czas indyjski: budzę się o 5 i robię się senny po 21. Praca mnie pochłania. Jestem urodzonym nauczycielem, więc zmęczenie wiąże się z poczuciem spełnienia. Jest dobrze. Podobno przyciągam innych, gdy spędzą ze mną trochę czasu. Tak mówią.  Za dużo piję. Gdy przyjechaliśmy do Warszawy, zamiast odpocząć, pojechaliśmy na imprezę. Butelka whisky i dwugodzinny sen. Potem 10 godzin gadania i impreza ze studentami. W niedzielę, nie dość że zaczynaliśmy wcześniej, to jeszcze zmieniano czas, na letni. Ale dałem radę.

Gdynia. Dużo spraw.

  Ostatni tydzień w Indiach wypełniały przygotowania do powrotu do Polski i walka z wirusem. Gdy wracaliśmy z Waranasi do Delhi, w przedziale jechaliśmy z zainfekowaną rodziną. Naprawdę byli chorzy. No i dopadło Marcina. Jednak dałem radę go wyciągnąć w szybkim czasie. A potem był lot, a w zasadzie łączone loty, które rozwaliły nam zatoki (coś było z ciśnieniem w kabinie, bo łzy ludziom leciały podczas ładowania i każdy miał zatkane uszy, do bólu). W Gdyni, nasi przyjaciele przywitali nas jak królów. Zrobili nam obiad i zostawili w lodówce. Wzruszyło mnie to naprawdę. Teraz ludzie są tak płytcy, a przyjaźnie tak plastikowe, że stajemy się dla innych rodzajem newsów w mediach. Na internetach. Generalnie podjąłem decyzję, nieodwołalną, że ludzie którzy przestali pytać co u nas i ci, którzy nie wykazują zainteresowania, idą w odstawkę. Uczę tego innych, mówiąc "nie dzwoń, gdy robisz to zawsze ty; nie pisz jeśli to ty tylko pytasz, co słychać; nie staraj się utrzymać kontaktu z ludźmi...

Waranasi. Miasto przejścia.

Waranasi to chyba najdziwniejsze miejsce na ziemi. Lubię tu przyjeżdżać i być przez kilka dni. Po tygodniu trzeba uciec, bo inaczej, można tym wszystkim przesiąknąć.  Jest taki film "Między piekłem a niebem" i taka scena, gdy mąż idzie po żonę do piekła. Gdy ja znajduje, za wszelką cenę hce ją uratować, ale energia tamtego miejsca zaczyna dominować i biedak zaczyna tracić zmysły. Tutaj jest tak samo. Szaleństwo się udziela. Spotkałem kozła. Patrzył na mnie, więc uznałem, że trzeba się przywitać. Do zdjęć się uśmiechał i chyba mnie polubił.

Kathmandu. Holi

Holi to święto radości i wiosny, obchodzone przeważnie w dniu pełni księżyca. Marcin chory, tak jak większość ludzi wokół. Zadbałem o leki, jedzenie i wodę i poszedłem się bawić. Uwielbiam żyć tak, jakby jutro miał nastąpić koniec świata. Zawsze tak miałem.  Wikipedia podaje, że "święto rozpoczyna się przy ognisku Holika, gdzie ludzie zbierają się żeby śpiewać i tańczyć. Następnego dnia rano odbywa się karnawał kolorów, uczestnicy odgrywają pościg polegający na wzajemnym obrzucaniu się kolorowym proszkiem i wylewaniu na siebie kolorowych farb z wodą, podobnie jak podczas polskiego śmigusa-dyngusa. Ludzie odwiedzają przyjaciół, rodzinę i wrogów, żeby podzielić się radością oraz przysmakami tego święta. Festiwal jest uroczystym dniem, podczas którego ludzie wybaczają sobie błędy z przeszłości i zapominają innym wyrządzone krzywdy".  

Kathmandu. Wiosna w pełni.

Spadł deszcz, nad ranem. No i nagle wszystko zakwitło. Święto wiosny niebawem (Holi), więc przyroda się stroi. Uwielbiam ten czas.

Kathmandu. Trekking.

Sanjeeb (nasz przyjaciel od lat) wyciągnął nas na trekking w znajome miejsca. Tym razem przygotowałem prowiant sam, bo lokalne sklepiki oferują prawdziwe okropności. Zrobiłem kanapki z jajkiem i majonezem oraz z serem (z mleka jaka). No i banany jeszcze nepalskie kupiliśmy. Pycha. W Nepalu zaczyna się wiosna (tutaj jest to stan, gdy zaczyna być nieco wilgotno i wtedy zakwitają drzewa). Temperatura 27 stopni. Pięknie jest.

Kathmandu. Dom opieki.

  Praca z dziećmi, to jedna z moich pasji. Są wdzięczne i prawdziwe. Poza tym widząc pozytywny rezultat swoich działań, sam się uskrzydlam. Tak praca dodaje mi energii. Jak chcecie pomóc, przyjedźcie i pomóżcie, albo wpłaćcie kasę na ich konto. Te dzieciaki naprawdę potrzebują wsparcia. Ich strona:  New Life A o tym co tam robiłem, napisano  tu.

Kathmandu. Therapy Camp.

  Ostatnio ciągle pracuję. Ludzie mi piszą, że nam fajnie, bo mamy czas na wypoczynek. Ale my nie jesteśmy na wakacjach i tego ludzie nie potrafią zrozumieć, bo praca kojarzy im się z wstawaniem o tej samej porze i wykonywaniem rutynowych czynności. A ja pracuję online, choć jak widać nie tylko. Przyjmuję też pacjentów odpłatnie i jak tylko mogę, pracuję charytatywnie, co sprawia mi wiele przyjemności. Lubię to, co robię. Więcej  tutaj.

Kathmandu. Lekarze i fizjoterapeuci

Spotkaliśmy się z naszą zaprzyjaźnioną ekipą specjalistów z Poznania, którzy pomagają Nepalczykom odzyskać zdrowie lub czynią, że ich życie jest bardziej znośne. Mnóstwo fajnych ludzi założyło tu Kathmandu Therapy Camp, przywozi protezy, wózki i inne przedmioty usprawniające poruszanie. Wielki szacunek!

Kathmandu. Thamel.

Thamel jest rozrywkową dzielnicą Kathmandu. Znajdują się tu dziesiątki muzycznych klubów, salony masażu, domy uciech, sklepy z pamiątkami i zagranicznymi towarami. Jest raczej drogo i zawsze głośno. Z dzielnicy, na której mieszkamy, jedzie się 20-30 motorem. Taksówką o 10 minut więcej.  Namówiliśmy Chandrani na wynajęcie hotelu na Thamelu, bo gdy jest się w Kathmandu kilka dni, to najlepsze miejsce. Thamel znajduje się w samym środku miasta i dojazd do wszystkich innych miejsc jest stąd najłatwiejszy. 

Kathmandu. Chandrani.

  Rudrani Chandrani poznaliśmy w New Delhi, wiele lat temu. Oprowadzała wtedy polską wycieczkę wojskowo - lekarską, po stolicy Indii. Zatrzymali się w tym samym podłym hotelu, w którym mieszkaliśmy, no i tak się wszystko zaczęło. Chandrani jest praktykującą hinduską pochodzenia polskiego. Przyjechała do Nepalu, żeby się z nami spotkać. Pokazaliśmy jej ładny Nepal, ten jeszcze nie zniszczony przez zafascynowanych zachodnim światem ludzi. 

Kathmandu. Powrót do brudnego domu.

Nasze mieszkanie zostało odnowione (budynek) i gdy przyjechaliśmy, poszerzali bramę wjazdową. Tego właśnie potrzebowałem. Hałasu i dźwięku piły od ósmej rano. Dodatkowo sąsiedzi sprzedali dom i nabywca rozpoczął remont. Dodatkowo powietrza w Kathmandu praktycznie nie ma a poziom zapylenia jest tak wysoki, że nie widać nawet wzgórz (za którymi piętrzą się Himalaje, których widok pamiętam z lat dawno ubiegłych). Wokół stupy ludzie chodzą w maseczkach. Ale to nie pomaga.  Denerwuje mnie ludzka głupota i brak poszanowania przyrody. Rok temu krakałem, że w Nepalu katastrofa ekologiczna wydarzy się jako pierwsza. W tym roku nie mam już co do tego wątpliwości...

Gorakhpur-Sonauli. Podróż do Nepalu.

W czasach postkowidowych, podróżowanie bywa kuriozalne a głupota i brak dobrej woli urzędników nie mają sobie równych. Z Gorakhpur, do granicy dojechaliśmy taksówką, za 2000 indyjskich rupii (108 złotych). Tanio, bo to ponad sto kilometrów. Urzędnik nie chciał nas wypuścić z Indii, bo nie mieliśmy... paszportów kowidowych (których nikt już oficjalnie nie wymaga). Ostatecznie po awanturze, zażądałem pieczątki w paszporcie, choć celnik krzyczał, że utkniemy na granicy nepalskiej i do Indii też nas nie wpuszczą. Aplikacje NHS (angielskie odpowiedniki polskiego NFZ) już chyba nie działają, musiałem więc wyczarować przepustki, co zrobiłem w drodze, na telefonie. No i tyle...

Nowe Delhi. Urodziny Marcina.

Urodziny Marcina świętowaliśmy w stolicy. Zjedliśmy dużo, za dużo, ale było smacznie.  Temperatura w Delhi jest o wiele niższa niż w Kerali i ludzie chodzą tu w kurtkach. My jednak nigdy nie ubieramy się do pory roku, tylko do warunków (28°C). I jest nam dobrze.

Fort Kochi. Upały.

Każdego wieczoru, na plażę schodzą się mieszkańcy i żegnają dzień. Nikt raczej słońca nie wita oficjalnie. W sumie to dziwne.  Upały w Kerali sięgają szczytów naszych tolerancji. Dzisiaj było już raczej nieznośnie. Siedziałem pod wiatrakiem i dałem się wyciągnąć Marcinowi na kawę, do klimatyzowanej ciastkarni. Chcieliśmy zamówić piernik, ale okazało się, że był zapleśniały... Wypliliśmy tylko kawę.

Fort Kochi. Nocne wizyty.

Ten kot na zdjęciu, jest złośliwym Hindusem (a nie wygląda). Wchodzi nam do walizek, pudeł i nie pozwala spać. A dzisiaj przeszedł samego siebie. Wyłamał moskitierę i wszedł przez wywietrznik, zaplątując się w jakieś kable. Krzyku narobił... Pomogłem. Ale jak zrobił to drugi raz o czwartej w nocy, dostał ścierą w łeb i na szczęście się obraził.

Fort Kochi. Po deszczu.

Deszcz padał kilka dni temu, przez kilka godzin, ale skutki tej anomalii pogodowej czuć do dziś. Przede wszystkim pojawiły się chmary komarów, z którymi nikt nie może sobie poradzić. My sami palimy kadzidła na tarasie i musieliśmy zdecydować się na silny środek owadobójczy - niestety działa połowicznie. Śpimy więc w namiotach z drobnej siateczki. W nocy zbliżyłem palec do materiału i natychmiast zostałem ugryziony. Teraz więc nawet na noc smarujemy się DEET'em. Masakra. Studzienki zapełniły się wodą i chyba się zapchały, bo woda w nich stoi. Całe szczęście, nie mieszkamy przy żadnej, bo walą tak, że odechciewa się oddychać. Poza tym jest gorąco i strasznie wilgotno, co wbrew pozorom nie jest takie fajne. Dzięki temu dostaliśmy potówek na ciele. Jednym słowem, zrobiło się kiepsko. No i z każdym dniem jest cieplej. Artyści uliczni zaczęli malować mury i stare budynki. Lubię graffiti, gdy nie są to tylko mazy.

Fort Kochi. Deszcz.

Spadł deszcz. Po dwóch miesiącach błękitnego nieba, nagle się zachmurzyło, a potem niebo rozbłysło i zaczęła się prawdziwą burza z ulewą. Było to całkiem przyjemne, bo deszcz ciepły a powietrze rozgrzane do czterdziestu stopni. Z uśmiechem mokliśmy, do przysłowiowych majtek. Ale martwię się. Bo deszcz w styczniu tu nie pada. Poza tym nikt go nie zapowiadał, ani się nie spodziewał. Ludzie zachowywali się dziwacznie. W pośpiechu zdejmowali pranie i zasłaniali tarasy... Od ponad trzydziestu lat nie padało w styczniu. Byliśmy tu wiele razy zimą i rzeczywiście, zawsze było tylko upalnie. A tu nagle trzy godziny deszczu. Niby nic, a jednak... kolejna anomalia pogodowa. Zanieczyszczenie powietrza w Indiach przekracza wszelkie normy, a śmieci walają się wszędzie. Gdy po raz pierwszy byłem tu kilka dekad temu, brud był ekologiczny. A teraz wszystko jest zanieczyszczone. Ryby pływają do góry brzuchami, psy i koty chorują na dziwne choroby skóry, a ptaki spadają z nieba. Widzieliście wcześniej, ż...

Fort Kochi. Życie nocne.

Życie nocne w nie turystycznych częściach Indii, nie istnieje. Są sklepy monopolowe, najczęściej jeden na miasto, gdzie trzeba jechać o określonej porze i kupić alkohol. Sklepy podzielone są na sekcje: lokalną i międzynarodową. Alkohol jest drogi. Butelka whisky to wydatek 150-200 złotych, więc dwa razy więcej niż w Europie. A moje życie nocne to zazwyczaj wykłady i spotkania ze studentami. Od 22-2 w nocy jestem na łączach. Niestety różnica czasu jest dla mnie niekorzystna. Chyba wygodniej byłoby mi mieszkać w Nowej Zelandii. Poznaliśmy fajne dziewczyny, też emigrantki. Przyjechały tu ćwiczyć jogę i jak spojrzałem na zdjęcia, to robią nieźle wygibasy...

Fort Kochi. Stabilność.

Piszę książkę profesjonalną i pracuję. Dużo, ale raczej bezstresowo. Osiągnąłem rutynę. Budzę się o 8:30, idę do łazienki i spędzam tam bardzo leniwy czas. Robię wszystko wolno. O 9:30 Marcin domaga się, bym go wpuścił do środka. Zazwyczaj jestem wtedy gotowy. Wychodzę na taras i smaruję się różnego rodzaju mazidłami. Potem schodzimy na śniadanie. Sophie robi wymyślne śniadania. Znamy ja dekady. Niczego nie zmieniła. Gotuję tak, jak kiedyś. Też rutynowo. Podaję nam potrawy i trochę z nami rozmawia. O 10:30 siadam za komputerem. Marcin wychodzi a ja pracuję nad książką. Piszę do 16:30. Potem biorę prysznic i wychodzimy na obiad. Najczęściej do włoskiej knajpy, prowadzonej przez Hindusa. Wyjechał do Szwajcarii, tam skończył szkołę, dorobił się i wrócił. Jedzenie robi dobre. Następnie idziemy na plażę, a potem na kawę.  O 19:00 wracam do domu. Czytam dla przyjemności i gdy nie mam zajęć ze studentami, czyli trzy razy w tygodniu, albo wracam do pisania, albo czytam książki lub oglądam ...

Fort Kochi. Nowy Rok.

Pochorowaliśmy się w Sylwestra. Zamówiliśmy sobie szejki lodowe (wiele razy wcześniej je jedliśmy) i kilka godzin później dopadło nas wszystko na raz. Marcina pierwszego, a mnie drugiego. Wymioty, wodnista biegunka, temperatura 39 stopni... Super. Siłą woli, korzystając z mojej magii, poszedłem zobaczyć przygotowania do zabawy. Natrafiłem na tysiące młodych i zamrożonych ludzi, szaloną muzykę i mnóstwo nieprofesjonalnie umieszczonych fajerwerków. A reszta po indyjsku, czyli słonie, wielbłądy, kozy, krowy, łażące pomiędzy ludźmi z paniką w oczach. Nowy Rok 2023 przywitaliśmy na dachu naszego domu i stąd obserwacja tego szaleństwa była całkiem przyjemna. Najbardziej podobały mi się czerwone lampiony, puszczane ku czarnemu niebu (ciekawe jak to później spada). Dzisiaj mamy dietę wodną i bierzemy leki tutejsze, mając nadzieję, że szybko przejdzie. Do Siego Roku!

Fort Kochi. Wigilia.

Wigilia świat Bożego Narodzenia jest w Kerali obchodzona hucznie. Wszystkie domy prześcigają się w nieobwieszczonym konkursie na najbardziej rozmigotany taras, a ludzie mimo upału chodzą w czerwonych czapeczkach. Zjedliśmy śniadanie: ciapaty z masą ziemniaczaną i dwa, duże serca smoka (owoce). Teraz jedziemy do kina, zobaczyć Avatara. Kupiliśmy sobie wczoraj rowery, więc dojedziemy do promu, a potem, ostatni odcinek, pokonamy autobusem, albo metrem. Kochi jest wyspą wiec, żeby dostać się do stolicy, potrzeba promu (10 minut). Kocica urodziła małe. Osiem naliczyłem. Wszystkie wygrzewają się na słupach, odgradzających willę w której mieszkamy, od ulicy. Koty, tak jak my - lubią upały. Przed południem słupek rtęci wskazuje 31 stopni. I to niebo, zawsze to niebieskie...

Bodh Gaya. Mahabodhi.

Gdy byłem tu pierwszy raz kilka dekad temu, świątynia i cała okolica była dostępna bez ograniczeń. Wokół rozciągały się same pola i jak uchem sięgnąć - panowała cisza.  Teraz są bramki, jak na lotnisko. Zaraz przed lockdownem była jedna bramka, teraz są dwie. Dwa razy przechodzi się kontrolę i nie można wnieść niczego elektronicznego. Indyjscy żołnierze obmacują dwa razy, a każdy bagaż musi być dwukrotnie prześwietlony. Dodatkowo jest smog, hałas i straszny zamęt, tam i wszędzie wokół. Poza tym mnóstwo "zalegalizowanych" naciągaczy. A mnisi często przeszkadzają w medytacji, rozpoczynając bezsensowną gadkę o niczym, prowadzącą do próby wyciągnięcia kasy. Czy naprawdę świat tak oszalał? Poważnie. Nie wiem o co chodzi. Przecież to tylko trzydzieści lat...

Bodh Gaya. Grota Mahakali

Zanim Siddhartha Gautama osiągnął stan Buddy, był synem władcy z rodu Śakjów. Jego ojciec chciał, aby syn zarządzał tym, co do niego z racji urodzenia należało, ale młody mężczyzna odkrył, że w świecie wszystko przemija i niczego nie można mieć na stałe. Dlatego podążanie za materialnymi dobrami uznał za bezzasadne i pewnego dnia, odszedł z domu rodzinnego. Dołączył do ascetów i zaczął uczyć się od nich medytacji. Ich drogą było wyrzeczenie i asceza. Całymi dniami siedzieli nago pod drzewami, prawie nie jedli i oddawali się medytacji, szukając absolutu. Siddhartha prawie się zagłodził. Jego ciało było wychudzone i nie miał siły chodzić. Złoty pomnik za nami przedstawia człowieka dążącego do rozwoju wszelkimi metodami, pokazując przyszłego Buddę na jednym z przedostatnich etapów jego rozwoju. Wyrzeczenie nie było dobrym pomysłem. Osłabienie ciała powodowało, że myśli nie były jasne a organizm nie mógł się odprężyć. Legenda mówi, że pewnego dnia dziewczyna z wioski, podarowała Siddharcie...

Delhi. Życie nocne.

Trochę za dużo wina, ale może dlatego klub jazzowy i band nas oczarowały. Metro nam uciekło i wracaliśmy rikszą bez drzwi. Ale w sumie było to zabawne. Mniej zabawne są rozliczenia podatkowe. Mam coraz mniej czasu i naprawdę nienawidzę tego robić. Ale wyjścia nie mam. Siadam więc i wypisuję faktury. W sumie to ten liberalny brytyjski system, nakazujący rozliczenie raz w roku, rozleniwia ludzi. Bo jakbym musiał robić to raz w roku, nie byłoby dramatu...

Warszawa - New Delhi. Lot

Warszawa - Helsinki, bez turbulencji. W zasadzie, chyba nie doświadczyłem tak spokojnego lotu. Jakbyśmy stali na ziemi. Obiad w Helsinkach - koreański. Smaczna, duża zupa. Helsinki - New Delhi, turbulencje tylko nad morzami, ale znośne i bez konieczności zapalania kontrolki z nakazem zapinania pasów bezpieczeństwa. Nowość - internet na pokładzie. Nie korzystałem, ale pograłem w jakieś gry, obejrzałem nową, kinową cześć Downtown Abbey i odcinek serialu "Doctor House". Marcin raczej spał, choć czasami wpatrywał się w mój ekran (jakby swojego nie miał). Odprawa szybka, z rezydencji mi wizami omija się wszelkie procedury. Acha. I covid "zniesiono".

Gdynia. Zima.

Zasiedzieliśmy się w Polsce. Śnieg jest tego najlepszym znakiem. Zwiedziliśmy Hel, Zakopane, Wisłę i wiele muzeów w wielkich miastach. Pora wyjeżdżać. A ja muszę nauczyć się kilku rzeczy i kilka rzeczy zmienić. W sobie, bo wtedy świat się dostosuje. Tak to działa.

Gdynia. Sielanka.

Jak już wiadomo, żyjemy w bańce, którą sobie sami wyczarowaliśmy. To kwestia naszego wyboru i nie będę się nad tym rozpisywał.  Była u nas Aneta. Przyleciała na cztery dni i odleciała. Widzieliśmy się z nią w tym roku w Paryżu, Istambule i Katmandu, pomijając Londyn. Fajnie, że podróżuje z nami (odwiedza nas). Jest jedną z niewielu osób, które zupełnie nie wiedzą, co się dzieje na świecie, dlatego mamy szansę rozmawiać o rzeczach bardziej istotnych. A tu w Polsce ludzie raczej smutni. Żyją lękami, polityką i chorobami. Jak ktoś mnie zna, to wie że smutek wysysa że mnie energię, a w Polsce dużo takich emocji... I po co? Przecież wiadomo, że wszyscy skończymy w piachu, nie widzę jednak sensu, żeby o tym rozmyślać.  Ja, jak idę na imprezę, to tańczę, śpiewam i bawię się do końca, a przynajmniej do czasu, gdy sprawia mi to frajdę. A życie to impreza. No i tyle, żeby się nie rozpisywać. 

Warszawa -Gdynia. Pendolino.

Pendolino (z włoskiego "wahadełko") to włoskiej produkcji zespoły trakcji, dużych prędkości. W Polsce cena pociągu jest irracjonalna, a prędkość w porównaniu z innymi krajami - niezbyt imponująca. Do Warszawy pojechaliśmy pociągiem IC i za drugą i całkiem wygodną klasę zapłaciliśmy 108.60 złotych, za dwa bilety. Podróż trwała cztery godziny. Drogę powrotną,z czystej ciekawości, przejechaliśmy pierwszą klasą słynnego Pendolino i zapłaciliśmy 440 złotych. Podróż trwała trzy godziny. Dostaliśmy napoje ciepłe, oraz całkiem smaczne przekąski (Marcin sałatkę z kurczakiem, a ja broszki z serem pleśniowym i marynowaną gruszką). Podsumowując: zupełnie nie warto. Ps. Za dużo komunikatów, wygłaszanych automatycznym i przesłodzonym głosem. Na każdej stacji katowani byliśmy tym samym fragmentem mazurka Chopina, co przypominało tortury ze szpitala dla obłąkanych z American Horror Story. Poza tym na ekranach leciały infantylne informacje dotyczące pociągowego savoir vivre.