Przejdź do głównej zawartości

Posty

Częstochowa. Bye bye.

  Zdjęcie poranne: "Lansik z kawą". A kawa bez cukru, na mleku owsianymi, tak jak lubimy. Do niedawna rarytasy niedostępne w moim mieście rodzinnym.  Idziemy na pociąg do Warszawy, bo od jutra zaczynam kolejny maraton szkoleniowy, następnie wyjeżdżam z Polski, na jakiś (dłuższy) czas. 

Częstochowa. Urodziny mamy.

Jestem w drodze z Wisły do Warszawy, ale że względu na urodziny mamy, na kilka dni zatrzymaliśmy się w Częstochowie. No i było jak zwykle sentymentalnie i ckliwie. Częstochowa wygląda lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej. Miasto jest ładnie oświetlone, a w bramach, szczególnie w weekend tętni życie towarzyskie. Całkiem przyjemne knajpy i puby. Tylko obsługa w sklepach niemrawa i mało przyjemna. Często warczą, a ja wtedy zmieniam się w potwora i w sposób uprzejmy rozwalam im system. Wczoraj spotkałem się z moją byłą, pierwszą żoną. Odwiedziłem ja w domu, w którym mieszkaliśmy razem. Dziwne uczucia. Gadaliśmy o wszystkim, jak zwykle bardzo serdecznie, a ona cały czas wydawała mi się piękna. Lubię ją do tej pory i dalej uważam za najładniejsza kobietę, jaką znam. Oglądaliśmy zdjęcia. Sam nie mogłem uwierzyć, że ja to ja: bujne, kręcone, kasztanowe włosy, okulary i brak zarostu. Bardzo roześmiany, otoczony kobietami. No i na wielu fotkach siedzący z naszymi dzieciakami. K. zazwyczaj ze mną, ...

Wisła. Praca to przyjemność.

Do Wisły pojechaliśmy z Krakowa. Droga straszna, to znaczy tory. Do Kalwarii Zebrzydowskiej pociągiem, potem autobusem do Wadowic i znów pociągiem do Bielska. W końcu uratowała nas moja studentka Halinka i dowiozła do Wisły.  Samo szkolenie było przyjemne. Piec dni wykładów i ćwiczeń, oprócz tego jogi i rytuałów, na przykład powitanie dnia. Było magicznie. W zieloną noc urządziłem ognisko z kiełbaskami i zamówiłem muzyka, który przygrywał na akordeonie i śpiewał zbereźne piosenki. Brał nas w kółeczko i kazał tańczyć, łapiąc się za kolanka. Jak w przedszkolu. Ale chyba wszystkim się podobało. A ja jestem zmęczony. Muszę gdzieś zamieszkać na jakiś czas. Kilka miesięcy bez przeprowadzki.

Kraków. Słońca bez końca.

Wczoraj obejrzałem się za książką, dzisiaj ja mam. Marcin zrobił mi prezent. Cieszę się, choć to kolejna cegła, którą trzeba wozić.  Dzisiaj cały dzień pracowałem. Wyszedłem tylko na kawę, po śniadaniu. Przedtem Kot usmażył jajecznicę i zrobił deskę wędlin i serów. A potem poszedł w długą, a ja spędziłem dzień przed komputerem. Słońce prażyło i było mi dobrze. W sobotę pojechaliśmy do Wieliczki. Film na FB. A potem odpoczęliśmy i poszliśmy na clubbing, zwiedzając chyba wszystkie przybytki LGBT w Krakowie. Bardzo się tu wszystko zmieniło. Ale do piątej chlalismy i tańczyliśmy. W sumie dawno się tak nie naskakalem.

Kraków. Praca i odpoczynek.

Pogoda upalna i sucha. Czuję się cudownie. Trudno mi zrozumieć jak to jest, gdy upały męczą.  Za kilka dni zaczynam pracę z grupą refleksologiw. Kolejne fascynujące warsztaty... Muszę pomyśleć, gdzie przezimujemy. Na razie sam nie wiem...

Zakopane. Zawsze jest czas na dziarę.

Czarcia Łapa, facet z Gdańska, który zadupcyl w Zakopcu i został w górach, uziemiony córką, spędził ze mną wczorajszy dzień i zostawił ślad na całe życie w postaci motylka z piekła rodem.

Giewont. Szczyt zdobyty.

Szczyt zdobyty. Wyruszyliśmy z domu po 9, na początku szlaku stanęliśmy o 10:30 i dotarliśmy pod krzyż o 14:00. Ponoć zgodnie z planem, więc plan jest układany pod tych z dobrą kondycją.  Szlak zaczyna się niewinnie, potem zaczyna być stromy, ale kamienie są ułożone tak, że wchodzi się jak po schodach. Po godzinie takiego włażenia, zaczyna się wersja hardcore. Następnie idzie się wąska ścieżką nad przepaściami, aż do hodzi do płaskiej wyżyny, skąd trzeba wspiąć się na samą górę. Trzeba trzymać się łańcuchów, bo ostatnie 20 metrów jest pionowe i nie ma żadnych schodów.  Jedna pani spadła. Zabrał ją helikopter. A my zeszliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy do Zakopanego, respektując góry.

Zakopane. Pierwsze chwile.

Zakopane przywitało nas piękną aurą, wbrew temu, czym straszyła prognoza pogody. Ale to, że w telewizji pierdolą głupoty wiadomo nie od dziś, więc rozkoszowaliśmy się w tu i teraz, ja nawet zrobiłem sobie sesję zdjęciową w stylu Pamela Anderson, że Słonecznego Patrolu. Może zostanę ratownikiem górskim? Ludzi na Krupówkach pełno, w sklepach obsługa Ukraińska, a cukier jest. Czyli żyć, nie umierać. 

Warszawa. Party time.

W Warszawie, jak to w stolicy, impreza za imprezą. W piątek byliśmy w kilku klubach i obaj stwierdziliśmy, że życie gejowskie znacznie się tu pogorszyło (zmieniło?). Mniej klubów i rzucający się brak tłumów. Poza tym ludzie w Polsce lubią siedzieć, więc luźna i niezobowiązująca rozmowa jest utrudniona. Ludzie czasami siedzą obok siebie i nie mają śmiałości pogadać. Wydaje mi się, że kiedyś było inaczej. W sobotę, zupełnie przypadkowo, do naszego stolika dosiadł się Rafik. Znam go od lat wirtualnie, ale nigdy nie widziałem go na żywo. Przedstawiłem się i powiedziałem kim jestem, ale chyba nie zajarzył. Dziwne, bo naprawdę wiele razy gadaliśmy i wysyłaliśmy sobie zdjęcia. Dziwna jest pamięć ludzka, albo ja pamiętam za dużo. W sobotę poszliśmy na domówkę. Radek, którego dwie dekady temu poznałem w Londynie, akurat był w Polsce i zaprosił nas do siebie. Niezła impreza z ciekawymi osobami. Dużo ludzi z Ukrainy i Białorusi. A potem poszliśmy na dyskotekę. Za dużo wypiłem. Robię detoks.

Chańcza. Praca i przyjemności.

Kolejne szkolenie dobiegło końca. Tym razem uczyłem nominowanych przeze mnie nauczycieli, umiejętności niezbędnych do wykonywania zawodu i reprezentowania naszej firmy. Szczerze mówiąc, było cudownie: praca na łonie natury, kilka zabiegów z misami, medytacje, wschody i zachody słońca, śpiewy przy ognisku, mnóstwo śmiechu, ale także łzy wzruszenia. Pogoda znów dopisała. Było gorąco, tak że do pierwszej w nocy mogliśmy leżeć na trawie, słuchać muzyki i patrzeć w gwiazdy. Fantastyczne doznania.

Hel. Początek Polski.

Jakaś nostalgia pojawiła się w moim sercu. Najpierw kupiłem wielki wisior: połączenie węgla i bursztynu (północ z południem, dwa kamienne symbole Polski itd.), następnie zacząłem we wszystkim doszukiwać się połączeń z dzieciństwem (smaki, zapachy) i w końcu kupiłem mieszkanie, choć nie zamierzam w Polsce mieszkać... Zakolegowalismy się ze sprzedawcą bursztynów. Brodaty chłopak ze wschodu. Te wszystkie rozmowy, prawie codzienne, coraz głębsze, prowadzące w końcu do mojej najbliższej sercu książki "Nad Niemnem". Marzą mi się pola uprawne, zsiadłe mleko i chyba nieco inne czasy (coś, co dawno przeminęło). Mam nadzieję, że nie odwali mi kompletnie i nie stanę się rolnikiem (choć coraz częściej pojawia mi się w myślach wizja domku, otoczonego łąkami).  Hel będę wspominać ciepło i z nostalgią. Cisza i lasy. Szum morza i kilometry bezludnych plaż. Piękne wschody i zachody słońca...

Hel-Gdynia. Zakupy.

Na Helu cudnie, poza nim zbierają się chmury. Temperatura oscyluje w granicach 20°C, więc chłodno jak dla mnie.  Jedziemy do Gdyni w sprawach inwestycyjnych i mam nadzieję, że zakończymy wyprawę sukcesem. I jeszcze na żurek i placki ziemniaczane. Ostatnio odkryliśmy Pyrę, czy jakoś tak i wszystko bardzo nam smakowało. A na Hel wracamy wieczorem statkiem, lub pociągiem, jeśli się nie wyrobimy do 16. Wada pociągu jest to, że droższe się permanentnie spóźniają, a osobowe czekają na te opóźnione. 

Malbork. Powrót do przeszłości.

W lipcu 1987 roku umarł mój wujek Wiesiek. Zaraz po pogrzebie, pojechałem do Malborka, zaopiekować się Cudkiem, psem-półsierotą. Wdowa po wujku, ciotka Henia pojechała wtedy do Częstochowy, spokojna o psa. Dla mnie był to fajny okres i wstęp do wolności, jaką daje niezależność. Przypadek sprawił, że pojawiła się okazja pracy w budce z kiełbaskami. Znałem już wtedy dość dobrze język niemiecki i po próbnym dniu okazało się, że świetnie sobie radzę z niemieckimi klientami. Zarabiałem mnóstwo pieniędzy i dostawałem naprawdę ogromne napiwki. To był naprawdę świetny czas.  Kolejnego lata znów wymieniłem się z ciotką i spędziłem miesiąc wakacji w Malborku, zabierając ze sobą moje dwie przyjaciółki - Glancki. Imprezy były legendarne i duch, który prześladował jedną z dziewczyn mrozi krew w żyłach do dnia dzisiejszego. To było dziwne... Teraźniejszość: Malbork wyłaniał. Centrum jest czyste, kolorowe i pełne turystów. Dość mało tu jednak restauracji. Zamek wygląda tak jak wcześniej, zmieniły...

Sopot. Na bogato.

Przypłynęliśmy do Sopotu na koncert Steczkowskiej. Najpierw do Gdyni, gdzie załatwiliśmy kilka ważnych spraw (między innymi umówiliśmy się na oglądanie mieszkań na inwestycje), a potem kolejką SKM do hotelu. Udało mi się też dostać do fryzjerki, starszej pani, która naprawdę zrobiła mi fajna fryzurę. A to bardzo ważne. A teraz, oczekując na koncert, napawamy się pogodą i atmosferą. Sopot jak zwykle na bogato. Rokoko i ceny kosmiczne.

Hel. Powyżej oczekiwań.

Na Helu przywitał nas deszcz i porywisty wiatr, ale zaraz później się wypogodziło. Kolejne dni były i są słoneczne, a temperatura idealna. Wypożyczyliśmy dwa rowery i codziennie pokonujemy nimi ponad 30 kilometrów, rewelacyjnie rozplanowanymi ścieżkami rowerowymi. Najszersza biegnie wzdłuż całego Półwyspu Helskiego, równolegle do ulicy, ale w lesie. Inne rozgałęziają się tak, żeby móc dotrzeć do ciekawych miejsc historycznych (militarnych) i na plażę. Piasek jest miękki i czysty, a plaże do wyboru: z ludźmi i wakacyjnym hałasem (w Chałupach, Jastarni, Juracie) lub prawie bezludne (na Helu i pomiędzy miejscowościami). Lasy zdrowe, pełne jagód i grzybów, można się tam położyć na miękkim mchu i patrzeć w błękitne niebo. Mieszkamy na Helu. Miasteczko jest idealne. Mnóstwo kawiarni, restauracji i wakacyjnych atrakcji, z których najlepsza to knajpa Hello, w której codziennie odbywają się koncerty. Wczoraj wysłuchaliśmy jakiegoś początkowego piosenkarza, którego śpiew, po trzeciej karafce win...

Warszawa. Praca, praca, praca...

Pracuję już dwa tygodnie bez żadnej przerwy. Zaczynam czuć zmęczenie. Zaczynam dzień o 7 i kończę o 23 lub później, przez cały czas będąc w fazie nadaktywnosci. Wiem, że jestem niepowtarzalny pod tym wzgledem, ale zmęczenie u mnie przejawia się coraz mniejsza tolerancją na słabości innych... Ludzie zadowoleni. To ważne. Przekazuję I'm tyle wiedzy, że nie tylko oni ale i ja jestem zdziwiony.

Warszawa. Praca.

Utknąłem na Wilanowie na ponad dwa tygodnie. Od 9-19 każdego dnia będę prowadził warsztaty. Ponad stu pięćdziesięciu studentów będzie uczestniczyć na wielu kursach. Kocham swoją pracę. Ojciec podobno lepiej. Po kilku(nastu?) transfuzjach krwi odżył, ale nie wypuścili go ze szpitala. Obserwują i wydają się nie rozumieć o co chodzi. Nie oni pierwsi i nie ostatni...

Warszawa. Służbowo.

W Warszawie ciepło i fajnie. Temperatury takie jak wszędzie, gdzie byliśmy (no może nieco niższe). Ale ludzie i tak narzekają... Byliśmy na piwie w Ramonie, barman odczytał moje tatuaże i powiedział, że widać po mnie, że jestem okultystą. Pomachałem głową z uznaniem i śmiejąc się w duchu dokończyłem piwo. A potem poszliśmy na zapiekanki, takie prawdziwe, kaloryczne i smaczne. Od jutra pracuję. Ponad 140 studentów pojawi się na warsztatach i zabiegach. Czeka mnie naprawdę wiele pracy. Na szczęście Marcin pomaga mi, jak może i dba, żebym się nie odwodnił, gdy pracuję. 

Węgry-Polska. Pociąg.

Wszystko zaczęło się od przygody. Bilet z Bydgoszczy do Warszawy kupiłem na stronie intercity, jeszcze w Nepalu. Pociąg miał odjeżdżać o 8:26 z dworca oddalonego od naszego hotelu o 20 minut taksówką. Zamówiliśmy transport i o 7:10 pojechaliśmy na dworzec.  Tam coś mnie tknęło, bo nie mogłem znaleźć informacji o naszym pociągu. Poszedłem do okienka i po odstaniu swojego dowiedziałem się, że "do Warszawy to stąd nic nie jeździ od roku" (brawo intercity).  Takiego przyspieszenia z bagażami 53 kilo plus, nie miałem wcześniej w życiu.  W końcu na horyzoncie pojawiła się taksówka. Mieliśmy 16 minut i resztkę pieniędzy, w tym wiele monet. Wysypaliśmy wszystko na fotel taksówkarza, który stwierdził, że to za mało (5300 forintów, a przyjazd - ten sam dystans - kosztował nas 4000). Na szczęście mieliśmy jeszcze 7 euro w monetach. Dojechaliśmy jedną minutę przed odjazdem pociągu. Wagon pierwszej klasy był na samym początku, a wagonów było że czterdzieści...  Śniadanie dobre. I...

Budapeszt. Upały.

Na Węgrzech ciepłej niż w Nepalu. Powietrze suche i gorące, tworzy złudzenie falowania, gdy patrzy się na odległe budynki. Podczas upałów czuję się najlepiej. Suchych upałów rzecz jasna. Jestem jedną nogą na wakacjach, druga w pracy. Staram się z całych sił znaleźć kompromis. Ale jak się ma własną firmę... Mam kilka zaległości. Koncentruje się na najważniejszych rzeczach. Muszę zatrudnić pracownika biurowego, albo nie będę miał czasu na zabawę. W Polsce też ponoć upały. Jutro tam jadę. Będę pracował i zostanę miesiąc, może dwa. Ostatnio trochę za dużo stresu miałem i chciałbym wypocząć, choć nic tego wypoczynku nie zapowiada. Praca, praca... Ojciec znów trafił do szpitala. Matka nic nie mówiła, żeby "nie psuć nam dnia". Brak mi słów... W każdym razie rano dostał krwotoku tak silnego, że poziom hemoglobiny spadł mu do 6%. Jak ktoś choć trochę się zna na tych sprawach, wie że to bardzo kiepsko. Ale miał transfuzję, no i ponoć czuje się lepiej... No zobaczymy... Ostatnio ciągle ...

Serbia. Powitanie.

Człowiek się uczy i doświadcza przez całe życie. Rano pojechaliśmy do Serbii. Na granicy kolejki były takie, że zdążyliśmy się przespać, zanim nastała nasza kolej. Ale warto było czekać, bo blondwlosa celniczka wybrała nas z całej grupy i przetrzepała. Jak zobaczyłam rozmiar naszych walizek, chyba pożałowała. Wyciagała każdy krem, paczuszkę, zawiniątko i wąchała. Bardzo żałowałem, że nie miałem dildo. Ale nadszedł punkt kulminacyjny: miedziane misy. Zadziałały tak, jak powinny. Celnicy chodzili z nimi i słuchali jak grają, w końcu wszyscy zaczęliśmy się bawić i nawet w przepraszających oczach celniczki było wybaczenie za to, że ją zrugałem.

Sofia. Lato.

Przyjechaliśmy z trzygodzinnym opóźnieniem. Wszystko z winy kierowcy, który potraktował autokar jak swój, robił postoje, kiedy mu się podobało, przeciągał przerwy, a gdy prowadził, przez cały czas siedział na czatach i robił sobie zdjęcia. Nie zostawię tego bez echa. Sofia upalna. Mniej niż Turcja, ale termometry pokazywały idealną temperaturę 27 stopni w cieniu. Ale tak do końca pięknie być nie może, bo nagle dostałem rozwolnienia (oczywiście, że w autobusie) i niefajnie mi się odbija. Nie wiem co zjadłem, ale na pewno mi zaszkodziło. Póki co, leczę się konikiem.

Turcja. Precle.

Unikam pieczywa, a w zasadzie dodatków, które w pieczywie się znajdują. Nie dotyczy to jednak precli, bo ani nie mam po nich gazów, ani uczucia ciężkości. Precle w Turcji sprzedawane są na każdym kroku. Najczęściej jada się je na śniadanie lub po południu, z herbatą. Rano serwowane są z serem kozim, pomidorami i ogórkiem, później zjada się je raczej same, popijając herbatą. Zawsze świeże, jeszcze ciepłe. Jedziemy do Sofii. Jest gorąco i raczej wilgotno. W autokarze (prawie pustym) szaleje klimatyzacja, chociaż ja nie odczuwam chłodu, może dlatego, że nie śpię. Sypiam tylko nocami, w łóżku.  Zadziwia mnie, że ludzie wolą latać samolotami. Autokar ze Stambułu do Sofii jedzie sześć godzin, nie trzeba być wcześniej na dworcu i można mieć dowolnie ciężkie bagaże. Samolot leci 1.5 godziny, podróż na lotnisko jest droga i długotrwała. Trzeba się stawić dwie godziny wcześniej i przechodzić różne procedury, dodatkowo samoloty są ciągle opóźniane (jeśli nie odwoływane). Nie ma to dla mnie se...

Istambuł. Lato.

Stambuł latem jest niebieski. Woda otaczająca miasto z każdej strony ma niespotykany kolor, chyba dlatego, że odbija się w niej bezchmurne niebo. Poza tym powietrze jest czyste i pachnie świeżością. Byliśmy dzisiaj na zakupach. W Nepalu zostawiliśmy trzy worki ubrań jesienno-zimowych. Rzeczy letnie, które przywieźliśmy w walizkach, okazały się zbyt ciepłe i chyba niezbyt modne. Dlatego zaopatrzyliśmy się w nowe rzeczy, które będziemy musieli jakoś upchnąć. Nie wiem tylko, jak to zrobimy. Moją walizka waży 29.80 kilo i nie da się już niczego do niej włożyć, a 25-kilogramowy plecak, w którym wiozę 15 miedzianych mis*, nie może być cięższy. Marcin ma podobnie, choć lżej. Jutro jedziemy jeszcze kupić buty, bo zwyczajnie nie mamy odpowiednich. Wiele par zostało w Kathmandu, a my na teraz potrzebujemy jakiś na lato. Będę szukał sandałów i crocsów.  * Misy średniowieczne, pochodzące głównie z Rishikeshu, kupiliśmy w celach zawodowych. Bojąc się że zginą w transporcie, postanowiliśmy je pr...

Istambuł. Powrót.

Marcin wstał o 4-tej, ja w ogóle się nie kładłem, bo pracowałem do 3-ciej i spanie byłoby bez sensu. Na lotnisku w Kathmandu czas jakoś zleciał. Kupiliśmy niesmaczną kawę i wypiliśmy ją oglądając powtarzającą się reklamę na wielkim ekranie. A potem poszło szybko i sprawnie, choć musiałem dopłacić ponad sto dolców za to, żebyśmy siedzieli obok siebie, bo komputer przy wydawaniu kart pokładowych postanowił nas rozdzielić. Lot długi i dość męczący, dlatego mimo zmęczenia nie mogłem usnąć. Gdy tylko "odpływałem", samolot wpadał w turbulencje, to spadał, to się wznosił i tak przez dziewięć godzin. Marcin spał... A w Istambule niekończąca się impreza. Jak zawsze, tylko teraz bardziej, bo zniesiono wszystkie restrykcje. I w ogóle muszę powiedzieć, że aż głupio się czułem, gdy nikt mnie o zdrowie na granicy nie pytał...

Kathmandu. Gay Pride.

Tutaj nikt nie rzucał w ludzi kamieniami, ani nie mówił o boskiej karze... Tutaj ludzie, zwyczajnie się bawili, a obserwatorzy zwyczajnie się gapili. Problem leży gdzie indziej. Ludzie powyżej trzydziestego roku życia bardzo rzadko pokazują się publicznie. Cały czas szukam powodu. Bo, gdy pojawiam się w gejowskim lokalu, ludzie starają się mnie podrywać i chętnie przyjęliby zaproszenie na nocne bara bara. Więc to nie o dyskryminację że względu na wiek chodzi... Nie jest to również problem finansowy, ponieważ w Nepalu wyłoniła się już klasa średnia, którą stać na zabawę. Może po prostu tracą chęć?

Kathmandu. Psy.

Marcin uwielbia psy i zawsze do nich mówi czule. Klepie je po głowie, zmienia głos i traktuje je tak, jakby były ludźmi. Ja zwierzęta traktuję również z miłością, ale właściwą dla zwierząt. Nie opowiadam im historii i tylko w wyjątkowych sytuacjach się z nimi bawię. Jestem raczej od ratowania ich z opresji, ostatnio wyciągałem kość z gardła psa, wkładając dłoń w środek pyska (i jeszcze, w międzyczasie, musiałem mu zdjąć kaganiec). Psy w Katmandu zajmują całkiem dobre miejsce w hierarchii społecznej, najczęściej należą do grupy ludzi, choć w Europie uważano by je za bezdomne. Ta grupa ludzi, opiekuje się nimi, daje im resztki jedzenia lub czasami smakołyki. Rzeźnicy rzucają im skrawki mięsa, ciastkarze dzielą się słodkościami a zwykli mieszkańcy tym co mają i wodą... Czasami psy atakują ludzi. Najczęściej pijaków, brudnych bezdomnych i zagubionych obcych. Mówi się, że to źli ludzie, ja jednak uważam, że to źle psy.

Kathmandu. Tęczowe kluby.

Prawa LGBT+ w Nepalu, nie są do końca określone, ale sytuacja poprawia się z roku, na rok. Wiele osób tej samej płci decyduje się na śluby, jednak nie są one oficjalnie uznawane. Co dziwaczne, para tej samej płci, może adoptować dziecko! Nepal jest też krajem, który uznał istnienie "trzeciej płci" i chyba dlatego mieszka tu wiele osób transpłciowych. Najważniejsze jest jednak to, że nikt tutaj nie dyskryminuje inności i każdy może żyć tak, jak chce. Centrum rozrywki w Kathmandu jest ठमेल (czytaj tamel). Ulice są zawsze tłoczne, nawet w okresie takim jak teraz, gdy nie ma wielu turystów. Uliczni sprzedawcy oferują wszystko co można sobie wyobrazić, oraz to, co wyobraźnię przekracza (na przykład fujarki, które podczas grania pompują balon). Na każdym rogu, można również nabyć marihuanę, kokainę, LSD i inne używki, wliczając domowej roboty raksi (którą piliśmy ostatnio na wsi z butelek po fancie).  Pojechaliśmy z Anetą do Pink Tiffany, najbardziej popularnego klubu gejowskiego. ...

Chautara. Rodzina Ghale.

Pojechaliśmy na kilka dni na wieś: na wschód, a potem do góry, na północ, pod granicę z Tybetem. do swojego rodzinnego domu, do Chautary (zupełnie nieturystycznego miejsca), zaprosił nas Sanjeeb, nasz wieloletni przyjaciel. Poznaliśmy go wiele lat temu w Kathmandu i od razu się polubiliśmy. Jest Tamangiem, przedstawicielem jednej z licznych grup etnicznych w Nepalu, którą można porównać do polskich górali. Tamangowie to ludzie gór i w dawnych czasach prawie tylko oni bronili północnych granic kraju. Okolice Chautary okazały się cudowne. Zielone wzgórza, za którymi wznosiły się białe Himalaje, liczne strumienie, urocze zakątki i całe hektary lasów, z ukrytymi wśród drzew świątyniami. Sama farma była niezwykle interesująca, bo znajdował się tam ogromny staw rybny, farma świń, kóz i krów. Wszystko otoczone było polami kukurydzy i plantacjami bananów, pomarańczy i pomelo.  Budził nas krzyk świń, domagających się jedzenia, a następnie wrzaski ludzi, przeganiających małpy z pól kukurydzy...

Kathmandu. Aneta.

Aneta przyjechała do na kilka dni temu. Podoba jej się prawie wszystko, tak jak nam. Pewnie dlatego, że jesteśmy podobni, a przynajmniej podobnie widzimy i odbieramy świat.  Myślę, że powinniśmy otaczać się ludźmi, pasującymi do naszej bajki, a innych, zwłaszcza tych z dramatów i horrorów, wymazywać zarówno z życia, jak i pamięci. Robię tak od lat i dobrze mi z tym.