Przejdź do głównej zawartości

Posty

Gdynia. Iksy

  Karma jest dziwna, czasami dojrzewa powoli. Ale taki "slow cooking" pozwala na przygotowanie pełnowartościowej potrawy.  Iksów poznaliśmy piętnaście lat temu, on-line. A potem pojechaliśmy do nich (żeby się poznać) i wydarzyło się tak wiele... wczoraj się z tego śmieliśmy (wtedy przepowiadał to Grzesiu, że tak będzie). Było intensywnie... Potem był Londyn, potem wystawy malarskie, no i po tym bardzo intensywnym czasie karma ucichła. Powód nie ma żadnego znaczenia. Po czternastu latach Marcin zrobił nam wszystkim niespodziankę i zebrał w jednym miejscu. Było wspaniale. Nie tak, jak na zjazdach gdzie ludzie nie wiedzą, o czym gadać, albo prężą się, żeby coś pokazać. Było tak, jakby czas się spłaszczył. *Akurat ja i Grześ kilka dni wcześniej kupiliśmy książkę "Odzyskanie czasu" autorstwa Baoshu...

Gdynia. Praca i koniec remontu.

Pracuję: nagrywam tik toki, Instagrama i krótkie filmy reklamowe. Oprócz tego wykłady dla kolejnych grup online, prowadzę wieczorne zoomy i kilka godzin dziennie, ale nie więcej niż trzy, siedzę w papierach. W sumie, w każdej chwili jestem w pracy, bo dzięki komórce i netowi, każdy ma do mnie dostęp 24h/ dobę. To jest pierwsza rzecz, która od października zmienię. Marcin czuwa nad remontem. Malował mieszkanie, ale farba przebijała i wychodziły jakieś tłuste plamy. Obaj się denerwowaliśmy i w końcu poprosiliśmy o pomoc. Przyszedł chłopak i dzisiaj kończy. Marcin mówi, że cały czas gada i mówi, że ma "drugą babę" no i z nią dzieci. Ja nie mam czasu na takie historie, więc wiem tylko tyle, ile napisałem. Głównie siedzę na plaży i tam pracuję. A jak pada, w kawiarniach, bo są mało zatłoczone tu w Gdyni. W przyszłym tygodniu nasze odświeżone mieszkanka idą pod wynajem, a my wyjeżdżamy. Malta nie wyjdzie, bo mają wprowadzić jakieś nakazy związane z "dramatycznie dynamiczną syt...

Gdynia. Młode zombies.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że jak zacznę odczuwać narastający brak zrozumienia dla pokolenia młodych, będzie to oznaką, że "w końcu zaczynam się starzeć". Myślę jednak,  że nigdy nie pasowałem do żadnych schematów i tym bardziej nie ciągnie mnie do obecnego. Odkryłem fajne miejsce: wyrafinowane, artystyczne wnętrze, fajna muzyka w tle, przyjemny barman. A teraz spójrzcie na tych chłopaków. Każdy gadał i szukał seksu w aplikacjach i nikt, przez ponad godzinę mojego pobytu w tamtym miejscu, nie zamienił ze sobą słowa. Ani jednego. W pomieszczeniu panowała taka cisza, jak w kościele. Zadzwoniłem do Marcina, przyszedł, wypiliśmy po drinku i poszliśmy na gruziński obiad. Bardzo lubię to ich jedzenie.

Niemcy. Kraj, z którym nie mam dobrej karmy.

  Współczesne Niemcy to kraj chaosu, niespójnych decyzji, bałaganu, niewiarygodnej ilości emigrantów, brzydkich graffiti i zastraszonego (zrobociałego) społeczeństwa. Wciąż tkwią (jako jedyny europejski kraj) w pandemii i muszą  zakrywać twarze maseczką. Ja i facet na zdjęciu, jako jedyni tych masek nie mieliśmy. Są z tym związane dwie, osobne historie. Moja jest krótsza. Po prostu jadłem i piłem przez pięć godzin, gdy tylko widziałem konduktora - faszystę. Widziałem jak go wykręca, ale nie określili regulaminem jak długo można jeść i nic nie mógł zrobić. Facet ze zdjęcia natomiast jechał z niemowlęciem, które dostawało histerii, gdy zasłaniał twarz. W końcu zrobiło się aż czerwone i człowiek zdjął maskę. Dziecko natychmiast się uspokoiło. Konduktor wyrzywal się na nim, chciał nawet policję wezwać, w końcu człowiek wyszedł na korytarz i tam siadł, zakrywając maska twarz gdy kretyn przechodził. Nie będę tego komentował, ale chcę zapamiętać.

Bruksela. Luz - blues.

  Wstałem rano, przed świtem i pojechałem na King's Cross St. Pancras. Stamtąd do Brukseli. Ciepło... W stolicy Belgii same remonty. Wszystko rozmyte, rozwalone, w naprawie. Robią wszystko na raz i trochę to wygląda tak, jakby właśnie skończyła się wojna. Poza tym wali moczem w każdej uliczce i choć śmieci nie widać, to miasto wygląda na brudne. 

Londyn.Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun.

Oglądamy film. Próbuję, ale po pięciu minutach nie daję rady. Zupełnie nie moja bajka. Wes Anderson w ogóle do mnie nie przemówił, a nawet zirytował. Lubię jego "Pociąg do Darjeeling" i "Grand Budapest Hotel", ale wymieniony w nagłówku tytuł mogła strawić tylko Aneta, która lubi takie odjazdy. A może byłem zmęczony... W gruncie rzeczy, całe moje życie składa się z nowel, też często ze sobą nie powiązanych, a życie mam bujne i pełne zaskoczeń. Więc może to o mnie? Muszę podejść do tego filmu jeszcze raz, na spokojnie.

Londyn. Dzień jak codzień.

  Kiedyś zastanawiałem się, jak to będzie, gdy umrze Królowa. Teraz wiem, że będzie tak, jak było. Media budują jakąś ckliwą operę mydlaną, pokazując światu to, co nie istnieje. Tak naprawdę wszyscy mają to głęboko w dupie, a pod pałac się idzie się głodnym sensacji.  Londyn jest brudny, wilgotny i wali ścierą. Po siedmiu.jesiacach nieobecności moje oczy odzwyczaili się od tutejszych alergenów, a w zatokach pojawił się śluz. Żarcie też kiepskie, z ulepszaczami. Wzdęcia pojawiły się już drugiego dnia i trzymają do dziś.  Dyskoteki pękają w szwach. Kluby także. Poszedłem, ale źle się bawiłem bez Kota. Został w Gdyni i ogarnia mieszkania. Znalazł jakiegoś fachowca i jeżdżą po sklepach, kupując okazyjnie sprzęt i akcesoria.  Wyprowadzamy się na Maltę. Wynająłem mieszkanie na zoomie, na rok. Po tym czasie zobaczymy, czy lubimy tam mieszkać. No i miałem jechać z Londynu prosto tam, ale spółdzielnia mieszkaniowa naszych nowych mieszkań wymaga mojego podpisu. Więc pojutrze m...

Londyn. Runął London Bridge.

  Nie wklejam nekrologów osób obcych, jednak dzisiaj robię wyjątek, chyba po raz pierwszy w życiu. Śmierć Królowej poruszyła mnie, bo była moja Królową, była przez całe moje życie, była wszechobecna (jej twarz zdobiła prawie wszystko i prawie wszędzie). Kibicowałem jej, bo była najdłużej panującym monarchą w Wielkiej Brytanii, ale miałem nadzieję (nie wiem czemu, może dlatego że lubię zwycięzców), że pokona Króla Słońce, bo tylko on stał jej na drodze do najdłużej panującego władcy wszechczasów. Poza tym jestem antymonarchistą i nie lubię Windsorów, bo we współczesnym życiu wydają się być pasożytami, stoją ponad prawem i uważają, że mogą więcej od innych. 

Berlin. Chaos.

Obserwuję jak Niemcy staczają się w muł, po równi pochyłej, osiągając zawrotną szybkość w bezmyślnym turlaniu się z górki. A tak na poważnie, to jest strasznie: jest upał, a ludzie w tych maskach, w tych takich "prawidłowych" - dyszą. A te maski się ruszają... Dalej wszędzie stoją "budki kowidowe", gdzie jeszcze niedawno, żeby wejść do metra bez szczepienia, trzeba było zrobić test. Wszędzie jest propaganda. To naprawdę wygląda jak inny świat. "Zrób z maski coś zwyczajnego, jakby była twoim ubraniem. Dalej możesz czuć się swobodnie i bezpiecznie". Takie rzeczy im sączą. No i jeszcze ukraińska propaganda. Wszędzie zolto-blekitne flagi i puste hasła 'Pomagamy Ukrainie". Niech w Niemczech nie działa. Widać wyraźne braki personelu, chaos, rosnące w ludziach zobojętnienie, smutek. I to naprawdę taki głęboki. Poza tym nic nie działa. Chaos w transporcie, masakryczne kolejki wszędzie i wszystko w remoncie, tylko że nikt niczego nie remontuje, a przecież ...

Warszawa. Praca.

Kolejne warsztaty w tym roku. Osiemnaste (chyba). Po raz pierwszy byłem zmęczony. Poza tym, przy dźwiganiu walizki w nierozsądnej pozycji, coś się stało i bolało mnie tak, że każdy ruch wiązał się z cierpieniem. Ale prowadzić warsztaty musiałem, z uśmiechem i nonszalancją. Udało się. Marcin pomagał mi we wszystkim. Jest cudowny, choć gubi się w papierach i wtedy się złoszczę. Najpierw na niego, a potem na siebie. Na siebie bardziej, bo nie lubię być na niego zły i zrzędzić.  Z tym złym samopoczuciem mam jeszcze jedną teorię, bo czułem się dziwnie. Najpierw, jeszcze przed przyjazdem do Warszawy, kilkakrotnie zrobiło mi się słabo i czułem się naprawdę fatalnie. Trwało to kilka chwil, ale zanotowałem. Potem bolało mnie gardło. Następnie miałem bóle stawow, jakieś łamanie w kościach i senność. Gdy zaczęły boleć mnie plecy, przypominało to zapalenie nerwów. Następnie, pod koniec szkolenia doświadczyłem "mgły mózgowej". Słowa wydobywały się z moich ust i traciłem nad nimi kontrolę....

Częstochowa. Bye bye.

  Zdjęcie poranne: "Lansik z kawą". A kawa bez cukru, na mleku owsianymi, tak jak lubimy. Do niedawna rarytasy niedostępne w moim mieście rodzinnym.  Idziemy na pociąg do Warszawy, bo od jutra zaczynam kolejny maraton szkoleniowy, następnie wyjeżdżam z Polski, na jakiś (dłuższy) czas. 

Częstochowa. Urodziny mamy.

Jestem w drodze z Wisły do Warszawy, ale że względu na urodziny mamy, na kilka dni zatrzymaliśmy się w Częstochowie. No i było jak zwykle sentymentalnie i ckliwie. Częstochowa wygląda lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej. Miasto jest ładnie oświetlone, a w bramach, szczególnie w weekend tętni życie towarzyskie. Całkiem przyjemne knajpy i puby. Tylko obsługa w sklepach niemrawa i mało przyjemna. Często warczą, a ja wtedy zmieniam się w potwora i w sposób uprzejmy rozwalam im system. Wczoraj spotkałem się z moją byłą, pierwszą żoną. Odwiedziłem ja w domu, w którym mieszkaliśmy razem. Dziwne uczucia. Gadaliśmy o wszystkim, jak zwykle bardzo serdecznie, a ona cały czas wydawała mi się piękna. Lubię ją do tej pory i dalej uważam za najładniejsza kobietę, jaką znam. Oglądaliśmy zdjęcia. Sam nie mogłem uwierzyć, że ja to ja: bujne, kręcone, kasztanowe włosy, okulary i brak zarostu. Bardzo roześmiany, otoczony kobietami. No i na wielu fotkach siedzący z naszymi dzieciakami. K. zazwyczaj ze mną, ...

Wisła. Praca to przyjemność.

Do Wisły pojechaliśmy z Krakowa. Droga straszna, to znaczy tory. Do Kalwarii Zebrzydowskiej pociągiem, potem autobusem do Wadowic i znów pociągiem do Bielska. W końcu uratowała nas moja studentka Halinka i dowiozła do Wisły.  Samo szkolenie było przyjemne. Piec dni wykładów i ćwiczeń, oprócz tego jogi i rytuałów, na przykład powitanie dnia. Było magicznie. W zieloną noc urządziłem ognisko z kiełbaskami i zamówiłem muzyka, który przygrywał na akordeonie i śpiewał zbereźne piosenki. Brał nas w kółeczko i kazał tańczyć, łapiąc się za kolanka. Jak w przedszkolu. Ale chyba wszystkim się podobało. A ja jestem zmęczony. Muszę gdzieś zamieszkać na jakiś czas. Kilka miesięcy bez przeprowadzki.

Kraków. Słońca bez końca.

Wczoraj obejrzałem się za książką, dzisiaj ja mam. Marcin zrobił mi prezent. Cieszę się, choć to kolejna cegła, którą trzeba wozić.  Dzisiaj cały dzień pracowałem. Wyszedłem tylko na kawę, po śniadaniu. Przedtem Kot usmażył jajecznicę i zrobił deskę wędlin i serów. A potem poszedł w długą, a ja spędziłem dzień przed komputerem. Słońce prażyło i było mi dobrze. W sobotę pojechaliśmy do Wieliczki. Film na FB. A potem odpoczęliśmy i poszliśmy na clubbing, zwiedzając chyba wszystkie przybytki LGBT w Krakowie. Bardzo się tu wszystko zmieniło. Ale do piątej chlalismy i tańczyliśmy. W sumie dawno się tak nie naskakalem.

Kraków. Praca i odpoczynek.

Pogoda upalna i sucha. Czuję się cudownie. Trudno mi zrozumieć jak to jest, gdy upały męczą.  Za kilka dni zaczynam pracę z grupą refleksologiw. Kolejne fascynujące warsztaty... Muszę pomyśleć, gdzie przezimujemy. Na razie sam nie wiem...

Zakopane. Zawsze jest czas na dziarę.

Czarcia Łapa, facet z Gdańska, który zadupcyl w Zakopcu i został w górach, uziemiony córką, spędził ze mną wczorajszy dzień i zostawił ślad na całe życie w postaci motylka z piekła rodem.

Giewont. Szczyt zdobyty.

Szczyt zdobyty. Wyruszyliśmy z domu po 9, na początku szlaku stanęliśmy o 10:30 i dotarliśmy pod krzyż o 14:00. Ponoć zgodnie z planem, więc plan jest układany pod tych z dobrą kondycją.  Szlak zaczyna się niewinnie, potem zaczyna być stromy, ale kamienie są ułożone tak, że wchodzi się jak po schodach. Po godzinie takiego włażenia, zaczyna się wersja hardcore. Następnie idzie się wąska ścieżką nad przepaściami, aż do hodzi do płaskiej wyżyny, skąd trzeba wspiąć się na samą górę. Trzeba trzymać się łańcuchów, bo ostatnie 20 metrów jest pionowe i nie ma żadnych schodów.  Jedna pani spadła. Zabrał ją helikopter. A my zeszliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy do Zakopanego, respektując góry.

Zakopane. Pierwsze chwile.

Zakopane przywitało nas piękną aurą, wbrew temu, czym straszyła prognoza pogody. Ale to, że w telewizji pierdolą głupoty wiadomo nie od dziś, więc rozkoszowaliśmy się w tu i teraz, ja nawet zrobiłem sobie sesję zdjęciową w stylu Pamela Anderson, że Słonecznego Patrolu. Może zostanę ratownikiem górskim? Ludzi na Krupówkach pełno, w sklepach obsługa Ukraińska, a cukier jest. Czyli żyć, nie umierać. 

Warszawa. Party time.

W Warszawie, jak to w stolicy, impreza za imprezą. W piątek byliśmy w kilku klubach i obaj stwierdziliśmy, że życie gejowskie znacznie się tu pogorszyło (zmieniło?). Mniej klubów i rzucający się brak tłumów. Poza tym ludzie w Polsce lubią siedzieć, więc luźna i niezobowiązująca rozmowa jest utrudniona. Ludzie czasami siedzą obok siebie i nie mają śmiałości pogadać. Wydaje mi się, że kiedyś było inaczej. W sobotę, zupełnie przypadkowo, do naszego stolika dosiadł się Rafik. Znam go od lat wirtualnie, ale nigdy nie widziałem go na żywo. Przedstawiłem się i powiedziałem kim jestem, ale chyba nie zajarzył. Dziwne, bo naprawdę wiele razy gadaliśmy i wysyłaliśmy sobie zdjęcia. Dziwna jest pamięć ludzka, albo ja pamiętam za dużo. W sobotę poszliśmy na domówkę. Radek, którego dwie dekady temu poznałem w Londynie, akurat był w Polsce i zaprosił nas do siebie. Niezła impreza z ciekawymi osobami. Dużo ludzi z Ukrainy i Białorusi. A potem poszliśmy na dyskotekę. Za dużo wypiłem. Robię detoks.

Chańcza. Praca i przyjemności.

Kolejne szkolenie dobiegło końca. Tym razem uczyłem nominowanych przeze mnie nauczycieli, umiejętności niezbędnych do wykonywania zawodu i reprezentowania naszej firmy. Szczerze mówiąc, było cudownie: praca na łonie natury, kilka zabiegów z misami, medytacje, wschody i zachody słońca, śpiewy przy ognisku, mnóstwo śmiechu, ale także łzy wzruszenia. Pogoda znów dopisała. Było gorąco, tak że do pierwszej w nocy mogliśmy leżeć na trawie, słuchać muzyki i patrzeć w gwiazdy. Fantastyczne doznania.

Hel. Początek Polski.

Jakaś nostalgia pojawiła się w moim sercu. Najpierw kupiłem wielki wisior: połączenie węgla i bursztynu (północ z południem, dwa kamienne symbole Polski itd.), następnie zacząłem we wszystkim doszukiwać się połączeń z dzieciństwem (smaki, zapachy) i w końcu kupiłem mieszkanie, choć nie zamierzam w Polsce mieszkać... Zakolegowalismy się ze sprzedawcą bursztynów. Brodaty chłopak ze wschodu. Te wszystkie rozmowy, prawie codzienne, coraz głębsze, prowadzące w końcu do mojej najbliższej sercu książki "Nad Niemnem". Marzą mi się pola uprawne, zsiadłe mleko i chyba nieco inne czasy (coś, co dawno przeminęło). Mam nadzieję, że nie odwali mi kompletnie i nie stanę się rolnikiem (choć coraz częściej pojawia mi się w myślach wizja domku, otoczonego łąkami).  Hel będę wspominać ciepło i z nostalgią. Cisza i lasy. Szum morza i kilometry bezludnych plaż. Piękne wschody i zachody słońca...

Hel-Gdynia. Zakupy.

Na Helu cudnie, poza nim zbierają się chmury. Temperatura oscyluje w granicach 20°C, więc chłodno jak dla mnie.  Jedziemy do Gdyni w sprawach inwestycyjnych i mam nadzieję, że zakończymy wyprawę sukcesem. I jeszcze na żurek i placki ziemniaczane. Ostatnio odkryliśmy Pyrę, czy jakoś tak i wszystko bardzo nam smakowało. A na Hel wracamy wieczorem statkiem, lub pociągiem, jeśli się nie wyrobimy do 16. Wada pociągu jest to, że droższe się permanentnie spóźniają, a osobowe czekają na te opóźnione. 

Malbork. Powrót do przeszłości.

W lipcu 1987 roku umarł mój wujek Wiesiek. Zaraz po pogrzebie, pojechałem do Malborka, zaopiekować się Cudkiem, psem-półsierotą. Wdowa po wujku, ciotka Henia pojechała wtedy do Częstochowy, spokojna o psa. Dla mnie był to fajny okres i wstęp do wolności, jaką daje niezależność. Przypadek sprawił, że pojawiła się okazja pracy w budce z kiełbaskami. Znałem już wtedy dość dobrze język niemiecki i po próbnym dniu okazało się, że świetnie sobie radzę z niemieckimi klientami. Zarabiałem mnóstwo pieniędzy i dostawałem naprawdę ogromne napiwki. To był naprawdę świetny czas.  Kolejnego lata znów wymieniłem się z ciotką i spędziłem miesiąc wakacji w Malborku, zabierając ze sobą moje dwie przyjaciółki - Glancki. Imprezy były legendarne i duch, który prześladował jedną z dziewczyn mrozi krew w żyłach do dnia dzisiejszego. To było dziwne... Teraźniejszość: Malbork wyłaniał. Centrum jest czyste, kolorowe i pełne turystów. Dość mało tu jednak restauracji. Zamek wygląda tak jak wcześniej, zmieniły...

Sopot. Na bogato.

Przypłynęliśmy do Sopotu na koncert Steczkowskiej. Najpierw do Gdyni, gdzie załatwiliśmy kilka ważnych spraw (między innymi umówiliśmy się na oglądanie mieszkań na inwestycje), a potem kolejką SKM do hotelu. Udało mi się też dostać do fryzjerki, starszej pani, która naprawdę zrobiła mi fajna fryzurę. A to bardzo ważne. A teraz, oczekując na koncert, napawamy się pogodą i atmosferą. Sopot jak zwykle na bogato. Rokoko i ceny kosmiczne.

Hel. Powyżej oczekiwań.

Na Helu przywitał nas deszcz i porywisty wiatr, ale zaraz później się wypogodziło. Kolejne dni były i są słoneczne, a temperatura idealna. Wypożyczyliśmy dwa rowery i codziennie pokonujemy nimi ponad 30 kilometrów, rewelacyjnie rozplanowanymi ścieżkami rowerowymi. Najszersza biegnie wzdłuż całego Półwyspu Helskiego, równolegle do ulicy, ale w lesie. Inne rozgałęziają się tak, żeby móc dotrzeć do ciekawych miejsc historycznych (militarnych) i na plażę. Piasek jest miękki i czysty, a plaże do wyboru: z ludźmi i wakacyjnym hałasem (w Chałupach, Jastarni, Juracie) lub prawie bezludne (na Helu i pomiędzy miejscowościami). Lasy zdrowe, pełne jagód i grzybów, można się tam położyć na miękkim mchu i patrzeć w błękitne niebo. Mieszkamy na Helu. Miasteczko jest idealne. Mnóstwo kawiarni, restauracji i wakacyjnych atrakcji, z których najlepsza to knajpa Hello, w której codziennie odbywają się koncerty. Wczoraj wysłuchaliśmy jakiegoś początkowego piosenkarza, którego śpiew, po trzeciej karafce win...

Warszawa. Praca, praca, praca...

Pracuję już dwa tygodnie bez żadnej przerwy. Zaczynam czuć zmęczenie. Zaczynam dzień o 7 i kończę o 23 lub później, przez cały czas będąc w fazie nadaktywnosci. Wiem, że jestem niepowtarzalny pod tym wzgledem, ale zmęczenie u mnie przejawia się coraz mniejsza tolerancją na słabości innych... Ludzie zadowoleni. To ważne. Przekazuję I'm tyle wiedzy, że nie tylko oni ale i ja jestem zdziwiony.

Warszawa. Praca.

Utknąłem na Wilanowie na ponad dwa tygodnie. Od 9-19 każdego dnia będę prowadził warsztaty. Ponad stu pięćdziesięciu studentów będzie uczestniczyć na wielu kursach. Kocham swoją pracę. Ojciec podobno lepiej. Po kilku(nastu?) transfuzjach krwi odżył, ale nie wypuścili go ze szpitala. Obserwują i wydają się nie rozumieć o co chodzi. Nie oni pierwsi i nie ostatni...

Warszawa. Służbowo.

W Warszawie ciepło i fajnie. Temperatury takie jak wszędzie, gdzie byliśmy (no może nieco niższe). Ale ludzie i tak narzekają... Byliśmy na piwie w Ramonie, barman odczytał moje tatuaże i powiedział, że widać po mnie, że jestem okultystą. Pomachałem głową z uznaniem i śmiejąc się w duchu dokończyłem piwo. A potem poszliśmy na zapiekanki, takie prawdziwe, kaloryczne i smaczne. Od jutra pracuję. Ponad 140 studentów pojawi się na warsztatach i zabiegach. Czeka mnie naprawdę wiele pracy. Na szczęście Marcin pomaga mi, jak może i dba, żebym się nie odwodnił, gdy pracuję. 

Węgry-Polska. Pociąg.

Wszystko zaczęło się od przygody. Bilet z Bydgoszczy do Warszawy kupiłem na stronie intercity, jeszcze w Nepalu. Pociąg miał odjeżdżać o 8:26 z dworca oddalonego od naszego hotelu o 20 minut taksówką. Zamówiliśmy transport i o 7:10 pojechaliśmy na dworzec.  Tam coś mnie tknęło, bo nie mogłem znaleźć informacji o naszym pociągu. Poszedłem do okienka i po odstaniu swojego dowiedziałem się, że "do Warszawy to stąd nic nie jeździ od roku" (brawo intercity).  Takiego przyspieszenia z bagażami 53 kilo plus, nie miałem wcześniej w życiu.  W końcu na horyzoncie pojawiła się taksówka. Mieliśmy 16 minut i resztkę pieniędzy, w tym wiele monet. Wysypaliśmy wszystko na fotel taksówkarza, który stwierdził, że to za mało (5300 forintów, a przyjazd - ten sam dystans - kosztował nas 4000). Na szczęście mieliśmy jeszcze 7 euro w monetach. Dojechaliśmy jedną minutę przed odjazdem pociągu. Wagon pierwszej klasy był na samym początku, a wagonów było że czterdzieści...  Śniadanie dobre. I...

Budapeszt. Upały.

Na Węgrzech ciepłej niż w Nepalu. Powietrze suche i gorące, tworzy złudzenie falowania, gdy patrzy się na odległe budynki. Podczas upałów czuję się najlepiej. Suchych upałów rzecz jasna. Jestem jedną nogą na wakacjach, druga w pracy. Staram się z całych sił znaleźć kompromis. Ale jak się ma własną firmę... Mam kilka zaległości. Koncentruje się na najważniejszych rzeczach. Muszę zatrudnić pracownika biurowego, albo nie będę miał czasu na zabawę. W Polsce też ponoć upały. Jutro tam jadę. Będę pracował i zostanę miesiąc, może dwa. Ostatnio trochę za dużo stresu miałem i chciałbym wypocząć, choć nic tego wypoczynku nie zapowiada. Praca, praca... Ojciec znów trafił do szpitala. Matka nic nie mówiła, żeby "nie psuć nam dnia". Brak mi słów... W każdym razie rano dostał krwotoku tak silnego, że poziom hemoglobiny spadł mu do 6%. Jak ktoś choć trochę się zna na tych sprawach, wie że to bardzo kiepsko. Ale miał transfuzję, no i ponoć czuje się lepiej... No zobaczymy... Ostatnio ciągle ...