Przejdź do głównej zawartości

Posty

Fort Kochi. Wigilia.

Wigilia świat Bożego Narodzenia jest w Kerali obchodzona hucznie. Wszystkie domy prześcigają się w nieobwieszczonym konkursie na najbardziej rozmigotany taras, a ludzie mimo upału chodzą w czerwonych czapeczkach. Zjedliśmy śniadanie: ciapaty z masą ziemniaczaną i dwa, duże serca smoka (owoce). Teraz jedziemy do kina, zobaczyć Avatara. Kupiliśmy sobie wczoraj rowery, więc dojedziemy do promu, a potem, ostatni odcinek, pokonamy autobusem, albo metrem. Kochi jest wyspą wiec, żeby dostać się do stolicy, potrzeba promu (10 minut). Kocica urodziła małe. Osiem naliczyłem. Wszystkie wygrzewają się na słupach, odgradzających willę w której mieszkamy, od ulicy. Koty, tak jak my - lubią upały. Przed południem słupek rtęci wskazuje 31 stopni. I to niebo, zawsze to niebieskie...

Bodh Gaya. Mahabodhi.

Gdy byłem tu pierwszy raz kilka dekad temu, świątynia i cała okolica była dostępna bez ograniczeń. Wokół rozciągały się same pola i jak uchem sięgnąć - panowała cisza.  Teraz są bramki, jak na lotnisko. Zaraz przed lockdownem była jedna bramka, teraz są dwie. Dwa razy przechodzi się kontrolę i nie można wnieść niczego elektronicznego. Indyjscy żołnierze obmacują dwa razy, a każdy bagaż musi być dwukrotnie prześwietlony. Dodatkowo jest smog, hałas i straszny zamęt, tam i wszędzie wokół. Poza tym mnóstwo "zalegalizowanych" naciągaczy. A mnisi często przeszkadzają w medytacji, rozpoczynając bezsensowną gadkę o niczym, prowadzącą do próby wyciągnięcia kasy. Czy naprawdę świat tak oszalał? Poważnie. Nie wiem o co chodzi. Przecież to tylko trzydzieści lat...

Bodh Gaya. Grota Mahakali

Zanim Siddhartha Gautama osiągnął stan Buddy, był synem władcy z rodu Śakjów. Jego ojciec chciał, aby syn zarządzał tym, co do niego z racji urodzenia należało, ale młody mężczyzna odkrył, że w świecie wszystko przemija i niczego nie można mieć na stałe. Dlatego podążanie za materialnymi dobrami uznał za bezzasadne i pewnego dnia, odszedł z domu rodzinnego. Dołączył do ascetów i zaczął uczyć się od nich medytacji. Ich drogą było wyrzeczenie i asceza. Całymi dniami siedzieli nago pod drzewami, prawie nie jedli i oddawali się medytacji, szukając absolutu. Siddhartha prawie się zagłodził. Jego ciało było wychudzone i nie miał siły chodzić. Złoty pomnik za nami przedstawia człowieka dążącego do rozwoju wszelkimi metodami, pokazując przyszłego Buddę na jednym z przedostatnich etapów jego rozwoju. Wyrzeczenie nie było dobrym pomysłem. Osłabienie ciała powodowało, że myśli nie były jasne a organizm nie mógł się odprężyć. Legenda mówi, że pewnego dnia dziewczyna z wioski, podarowała Siddharcie...

Delhi. Życie nocne.

Trochę za dużo wina, ale może dlatego klub jazzowy i band nas oczarowały. Metro nam uciekło i wracaliśmy rikszą bez drzwi. Ale w sumie było to zabawne. Mniej zabawne są rozliczenia podatkowe. Mam coraz mniej czasu i naprawdę nienawidzę tego robić. Ale wyjścia nie mam. Siadam więc i wypisuję faktury. W sumie to ten liberalny brytyjski system, nakazujący rozliczenie raz w roku, rozleniwia ludzi. Bo jakbym musiał robić to raz w roku, nie byłoby dramatu...

Warszawa - New Delhi. Lot

Warszawa - Helsinki, bez turbulencji. W zasadzie, chyba nie doświadczyłem tak spokojnego lotu. Jakbyśmy stali na ziemi. Obiad w Helsinkach - koreański. Smaczna, duża zupa. Helsinki - New Delhi, turbulencje tylko nad morzami, ale znośne i bez konieczności zapalania kontrolki z nakazem zapinania pasów bezpieczeństwa. Nowość - internet na pokładzie. Nie korzystałem, ale pograłem w jakieś gry, obejrzałem nową, kinową cześć Downtown Abbey i odcinek serialu "Doctor House". Marcin raczej spał, choć czasami wpatrywał się w mój ekran (jakby swojego nie miał). Odprawa szybka, z rezydencji mi wizami omija się wszelkie procedury. Acha. I covid "zniesiono".

Gdynia. Zima.

Zasiedzieliśmy się w Polsce. Śnieg jest tego najlepszym znakiem. Zwiedziliśmy Hel, Zakopane, Wisłę i wiele muzeów w wielkich miastach. Pora wyjeżdżać. A ja muszę nauczyć się kilku rzeczy i kilka rzeczy zmienić. W sobie, bo wtedy świat się dostosuje. Tak to działa.

Gdynia. Sielanka.

Jak już wiadomo, żyjemy w bańce, którą sobie sami wyczarowaliśmy. To kwestia naszego wyboru i nie będę się nad tym rozpisywał.  Była u nas Aneta. Przyleciała na cztery dni i odleciała. Widzieliśmy się z nią w tym roku w Paryżu, Istambule i Katmandu, pomijając Londyn. Fajnie, że podróżuje z nami (odwiedza nas). Jest jedną z niewielu osób, które zupełnie nie wiedzą, co się dzieje na świecie, dlatego mamy szansę rozmawiać o rzeczach bardziej istotnych. A tu w Polsce ludzie raczej smutni. Żyją lękami, polityką i chorobami. Jak ktoś mnie zna, to wie że smutek wysysa że mnie energię, a w Polsce dużo takich emocji... I po co? Przecież wiadomo, że wszyscy skończymy w piachu, nie widzę jednak sensu, żeby o tym rozmyślać.  Ja, jak idę na imprezę, to tańczę, śpiewam i bawię się do końca, a przynajmniej do czasu, gdy sprawia mi to frajdę. A życie to impreza. No i tyle, żeby się nie rozpisywać. 

Warszawa -Gdynia. Pendolino.

Pendolino (z włoskiego "wahadełko") to włoskiej produkcji zespoły trakcji, dużych prędkości. W Polsce cena pociągu jest irracjonalna, a prędkość w porównaniu z innymi krajami - niezbyt imponująca. Do Warszawy pojechaliśmy pociągiem IC i za drugą i całkiem wygodną klasę zapłaciliśmy 108.60 złotych, za dwa bilety. Podróż trwała cztery godziny. Drogę powrotną,z czystej ciekawości, przejechaliśmy pierwszą klasą słynnego Pendolino i zapłaciliśmy 440 złotych. Podróż trwała trzy godziny. Dostaliśmy napoje ciepłe, oraz całkiem smaczne przekąski (Marcin sałatkę z kurczakiem, a ja broszki z serem pleśniowym i marynowaną gruszką). Podsumowując: zupełnie nie warto. Ps. Za dużo komunikatów, wygłaszanych automatycznym i przesłodzonym głosem. Na każdej stacji katowani byliśmy tym samym fragmentem mazurka Chopina, co przypominało tortury ze szpitala dla obłąkanych z American Horror Story. Poza tym na ekranach leciały infantylne informacje dotyczące pociągowego savoir vivre.

Warszawa. Praca i szał ciał.

Na zdjęciu pijemy sok z grapefruita i pietruszki. Zaskakująco dobre połączenie. No i dobre na zbyt małą ilość krwi w alkoholu. Przyjechaliśmy do stolicy na trzy dni. Zaczęliśmy od przed Halloweenowej imprezy w Ramonie. Barman polewał nam całe szklanki whisky (chyba pomylił ze sztuką nalewania browara). No i po trzech takich 250ml z czubkiem poczuliśmy odlot. Poranek był bez kaca, z prostej przyczyny - byliśmy nadal wstawieni... Cel naszej wyprawy został jednak osiągnięty, zjawiliśmy się o czasie w Ambasadzie Indii, zrobiono nam zdjęcia (mam nadzieję, że oglądać ich nie będę musiał) i pobrano odciski palców. Oddaliśmy paszporty i poszliśmy jeść. A dzień był naprawdę fajny i dobrze go spędziliśmy. Byliśmy w zoo. Dopiero wieczorem pracowałem.

Gdańsk. Elektryków czyli życie nocne

Życie nocne w Trójmieście kwitnie, ale trzeba wiedzieć, gdzie pójść. Wszystkie queerowe knajpy zniknęły, pozostał co prawda jeden w Sopocie, ale jest do bani. Wykupił go człowiek, który przeobraził wszystkie indywidualne kluby w bezduszne HaH, pozbawione duszy i klimatu.  Ulica Elektryków to wielki klub w Gdańsku Stocznia, gdzie przychodzą wszyscy. W ogóle jest taka tendencja teraz w Polsce, że kluby stały się uniwersalne, typu "open minded", a orientacją jest kwestią dużo szerzej pojmowaną i drugorzędną. Występy nagrałem i umieściłem na FB. Była to niezwykła i dziwna noc.

Gdynia. Złota jesień.

Stwierdziłem, że muszę odpocząć. Przede wszystkim od ludzi, ich oczekiwań i pytań. Jestem zmęczony psychicznie. Rano wstałem, zrobiłem co musiałem i wyciszyłem telefon.

Gdynia. Iksy

  Karma jest dziwna, czasami dojrzewa powoli. Ale taki "slow cooking" pozwala na przygotowanie pełnowartościowej potrawy.  Iksów poznaliśmy piętnaście lat temu, on-line. A potem pojechaliśmy do nich (żeby się poznać) i wydarzyło się tak wiele... wczoraj się z tego śmieliśmy (wtedy przepowiadał to Grzesiu, że tak będzie). Było intensywnie... Potem był Londyn, potem wystawy malarskie, no i po tym bardzo intensywnym czasie karma ucichła. Powód nie ma żadnego znaczenia. Po czternastu latach Marcin zrobił nam wszystkim niespodziankę i zebrał w jednym miejscu. Było wspaniale. Nie tak, jak na zjazdach gdzie ludzie nie wiedzą, o czym gadać, albo prężą się, żeby coś pokazać. Było tak, jakby czas się spłaszczył. *Akurat ja i Grześ kilka dni wcześniej kupiliśmy książkę "Odzyskanie czasu" autorstwa Baoshu...

Gdynia. Praca i koniec remontu.

Pracuję: nagrywam tik toki, Instagrama i krótkie filmy reklamowe. Oprócz tego wykłady dla kolejnych grup online, prowadzę wieczorne zoomy i kilka godzin dziennie, ale nie więcej niż trzy, siedzę w papierach. W sumie, w każdej chwili jestem w pracy, bo dzięki komórce i netowi, każdy ma do mnie dostęp 24h/ dobę. To jest pierwsza rzecz, która od października zmienię. Marcin czuwa nad remontem. Malował mieszkanie, ale farba przebijała i wychodziły jakieś tłuste plamy. Obaj się denerwowaliśmy i w końcu poprosiliśmy o pomoc. Przyszedł chłopak i dzisiaj kończy. Marcin mówi, że cały czas gada i mówi, że ma "drugą babę" no i z nią dzieci. Ja nie mam czasu na takie historie, więc wiem tylko tyle, ile napisałem. Głównie siedzę na plaży i tam pracuję. A jak pada, w kawiarniach, bo są mało zatłoczone tu w Gdyni. W przyszłym tygodniu nasze odświeżone mieszkanka idą pod wynajem, a my wyjeżdżamy. Malta nie wyjdzie, bo mają wprowadzić jakieś nakazy związane z "dramatycznie dynamiczną syt...

Gdynia. Młode zombies.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że jak zacznę odczuwać narastający brak zrozumienia dla pokolenia młodych, będzie to oznaką, że "w końcu zaczynam się starzeć". Myślę jednak,  że nigdy nie pasowałem do żadnych schematów i tym bardziej nie ciągnie mnie do obecnego. Odkryłem fajne miejsce: wyrafinowane, artystyczne wnętrze, fajna muzyka w tle, przyjemny barman. A teraz spójrzcie na tych chłopaków. Każdy gadał i szukał seksu w aplikacjach i nikt, przez ponad godzinę mojego pobytu w tamtym miejscu, nie zamienił ze sobą słowa. Ani jednego. W pomieszczeniu panowała taka cisza, jak w kościele. Zadzwoniłem do Marcina, przyszedł, wypiliśmy po drinku i poszliśmy na gruziński obiad. Bardzo lubię to ich jedzenie.

Niemcy. Kraj, z którym nie mam dobrej karmy.

  Współczesne Niemcy to kraj chaosu, niespójnych decyzji, bałaganu, niewiarygodnej ilości emigrantów, brzydkich graffiti i zastraszonego (zrobociałego) społeczeństwa. Wciąż tkwią (jako jedyny europejski kraj) w pandemii i muszą  zakrywać twarze maseczką. Ja i facet na zdjęciu, jako jedyni tych masek nie mieliśmy. Są z tym związane dwie, osobne historie. Moja jest krótsza. Po prostu jadłem i piłem przez pięć godzin, gdy tylko widziałem konduktora - faszystę. Widziałem jak go wykręca, ale nie określili regulaminem jak długo można jeść i nic nie mógł zrobić. Facet ze zdjęcia natomiast jechał z niemowlęciem, które dostawało histerii, gdy zasłaniał twarz. W końcu zrobiło się aż czerwone i człowiek zdjął maskę. Dziecko natychmiast się uspokoiło. Konduktor wyrzywal się na nim, chciał nawet policję wezwać, w końcu człowiek wyszedł na korytarz i tam siadł, zakrywając maska twarz gdy kretyn przechodził. Nie będę tego komentował, ale chcę zapamiętać.

Bruksela. Luz - blues.

  Wstałem rano, przed świtem i pojechałem na King's Cross St. Pancras. Stamtąd do Brukseli. Ciepło... W stolicy Belgii same remonty. Wszystko rozmyte, rozwalone, w naprawie. Robią wszystko na raz i trochę to wygląda tak, jakby właśnie skończyła się wojna. Poza tym wali moczem w każdej uliczce i choć śmieci nie widać, to miasto wygląda na brudne. 

Londyn.Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun.

Oglądamy film. Próbuję, ale po pięciu minutach nie daję rady. Zupełnie nie moja bajka. Wes Anderson w ogóle do mnie nie przemówił, a nawet zirytował. Lubię jego "Pociąg do Darjeeling" i "Grand Budapest Hotel", ale wymieniony w nagłówku tytuł mogła strawić tylko Aneta, która lubi takie odjazdy. A może byłem zmęczony... W gruncie rzeczy, całe moje życie składa się z nowel, też często ze sobą nie powiązanych, a życie mam bujne i pełne zaskoczeń. Więc może to o mnie? Muszę podejść do tego filmu jeszcze raz, na spokojnie.

Londyn. Dzień jak codzień.

  Kiedyś zastanawiałem się, jak to będzie, gdy umrze Królowa. Teraz wiem, że będzie tak, jak było. Media budują jakąś ckliwą operę mydlaną, pokazując światu to, co nie istnieje. Tak naprawdę wszyscy mają to głęboko w dupie, a pod pałac się idzie się głodnym sensacji.  Londyn jest brudny, wilgotny i wali ścierą. Po siedmiu.jesiacach nieobecności moje oczy odzwyczaili się od tutejszych alergenów, a w zatokach pojawił się śluz. Żarcie też kiepskie, z ulepszaczami. Wzdęcia pojawiły się już drugiego dnia i trzymają do dziś.  Dyskoteki pękają w szwach. Kluby także. Poszedłem, ale źle się bawiłem bez Kota. Został w Gdyni i ogarnia mieszkania. Znalazł jakiegoś fachowca i jeżdżą po sklepach, kupując okazyjnie sprzęt i akcesoria.  Wyprowadzamy się na Maltę. Wynająłem mieszkanie na zoomie, na rok. Po tym czasie zobaczymy, czy lubimy tam mieszkać. No i miałem jechać z Londynu prosto tam, ale spółdzielnia mieszkaniowa naszych nowych mieszkań wymaga mojego podpisu. Więc pojutrze m...

Londyn. Runął London Bridge.

  Nie wklejam nekrologów osób obcych, jednak dzisiaj robię wyjątek, chyba po raz pierwszy w życiu. Śmierć Królowej poruszyła mnie, bo była moja Królową, była przez całe moje życie, była wszechobecna (jej twarz zdobiła prawie wszystko i prawie wszędzie). Kibicowałem jej, bo była najdłużej panującym monarchą w Wielkiej Brytanii, ale miałem nadzieję (nie wiem czemu, może dlatego że lubię zwycięzców), że pokona Króla Słońce, bo tylko on stał jej na drodze do najdłużej panującego władcy wszechczasów. Poza tym jestem antymonarchistą i nie lubię Windsorów, bo we współczesnym życiu wydają się być pasożytami, stoją ponad prawem i uważają, że mogą więcej od innych. 

Berlin. Chaos.

Obserwuję jak Niemcy staczają się w muł, po równi pochyłej, osiągając zawrotną szybkość w bezmyślnym turlaniu się z górki. A tak na poważnie, to jest strasznie: jest upał, a ludzie w tych maskach, w tych takich "prawidłowych" - dyszą. A te maski się ruszają... Dalej wszędzie stoją "budki kowidowe", gdzie jeszcze niedawno, żeby wejść do metra bez szczepienia, trzeba było zrobić test. Wszędzie jest propaganda. To naprawdę wygląda jak inny świat. "Zrób z maski coś zwyczajnego, jakby była twoim ubraniem. Dalej możesz czuć się swobodnie i bezpiecznie". Takie rzeczy im sączą. No i jeszcze ukraińska propaganda. Wszędzie zolto-blekitne flagi i puste hasła 'Pomagamy Ukrainie". Niech w Niemczech nie działa. Widać wyraźne braki personelu, chaos, rosnące w ludziach zobojętnienie, smutek. I to naprawdę taki głęboki. Poza tym nic nie działa. Chaos w transporcie, masakryczne kolejki wszędzie i wszystko w remoncie, tylko że nikt niczego nie remontuje, a przecież ...

Warszawa. Praca.

Kolejne warsztaty w tym roku. Osiemnaste (chyba). Po raz pierwszy byłem zmęczony. Poza tym, przy dźwiganiu walizki w nierozsądnej pozycji, coś się stało i bolało mnie tak, że każdy ruch wiązał się z cierpieniem. Ale prowadzić warsztaty musiałem, z uśmiechem i nonszalancją. Udało się. Marcin pomagał mi we wszystkim. Jest cudowny, choć gubi się w papierach i wtedy się złoszczę. Najpierw na niego, a potem na siebie. Na siebie bardziej, bo nie lubię być na niego zły i zrzędzić.  Z tym złym samopoczuciem mam jeszcze jedną teorię, bo czułem się dziwnie. Najpierw, jeszcze przed przyjazdem do Warszawy, kilkakrotnie zrobiło mi się słabo i czułem się naprawdę fatalnie. Trwało to kilka chwil, ale zanotowałem. Potem bolało mnie gardło. Następnie miałem bóle stawow, jakieś łamanie w kościach i senność. Gdy zaczęły boleć mnie plecy, przypominało to zapalenie nerwów. Następnie, pod koniec szkolenia doświadczyłem "mgły mózgowej". Słowa wydobywały się z moich ust i traciłem nad nimi kontrolę....

Częstochowa. Bye bye.

  Zdjęcie poranne: "Lansik z kawą". A kawa bez cukru, na mleku owsianymi, tak jak lubimy. Do niedawna rarytasy niedostępne w moim mieście rodzinnym.  Idziemy na pociąg do Warszawy, bo od jutra zaczynam kolejny maraton szkoleniowy, następnie wyjeżdżam z Polski, na jakiś (dłuższy) czas. 

Częstochowa. Urodziny mamy.

Jestem w drodze z Wisły do Warszawy, ale że względu na urodziny mamy, na kilka dni zatrzymaliśmy się w Częstochowie. No i było jak zwykle sentymentalnie i ckliwie. Częstochowa wygląda lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej. Miasto jest ładnie oświetlone, a w bramach, szczególnie w weekend tętni życie towarzyskie. Całkiem przyjemne knajpy i puby. Tylko obsługa w sklepach niemrawa i mało przyjemna. Często warczą, a ja wtedy zmieniam się w potwora i w sposób uprzejmy rozwalam im system. Wczoraj spotkałem się z moją byłą, pierwszą żoną. Odwiedziłem ja w domu, w którym mieszkaliśmy razem. Dziwne uczucia. Gadaliśmy o wszystkim, jak zwykle bardzo serdecznie, a ona cały czas wydawała mi się piękna. Lubię ją do tej pory i dalej uważam za najładniejsza kobietę, jaką znam. Oglądaliśmy zdjęcia. Sam nie mogłem uwierzyć, że ja to ja: bujne, kręcone, kasztanowe włosy, okulary i brak zarostu. Bardzo roześmiany, otoczony kobietami. No i na wielu fotkach siedzący z naszymi dzieciakami. K. zazwyczaj ze mną, ...

Wisła. Praca to przyjemność.

Do Wisły pojechaliśmy z Krakowa. Droga straszna, to znaczy tory. Do Kalwarii Zebrzydowskiej pociągiem, potem autobusem do Wadowic i znów pociągiem do Bielska. W końcu uratowała nas moja studentka Halinka i dowiozła do Wisły.  Samo szkolenie było przyjemne. Piec dni wykładów i ćwiczeń, oprócz tego jogi i rytuałów, na przykład powitanie dnia. Było magicznie. W zieloną noc urządziłem ognisko z kiełbaskami i zamówiłem muzyka, który przygrywał na akordeonie i śpiewał zbereźne piosenki. Brał nas w kółeczko i kazał tańczyć, łapiąc się za kolanka. Jak w przedszkolu. Ale chyba wszystkim się podobało. A ja jestem zmęczony. Muszę gdzieś zamieszkać na jakiś czas. Kilka miesięcy bez przeprowadzki.

Kraków. Słońca bez końca.

Wczoraj obejrzałem się za książką, dzisiaj ja mam. Marcin zrobił mi prezent. Cieszę się, choć to kolejna cegła, którą trzeba wozić.  Dzisiaj cały dzień pracowałem. Wyszedłem tylko na kawę, po śniadaniu. Przedtem Kot usmażył jajecznicę i zrobił deskę wędlin i serów. A potem poszedł w długą, a ja spędziłem dzień przed komputerem. Słońce prażyło i było mi dobrze. W sobotę pojechaliśmy do Wieliczki. Film na FB. A potem odpoczęliśmy i poszliśmy na clubbing, zwiedzając chyba wszystkie przybytki LGBT w Krakowie. Bardzo się tu wszystko zmieniło. Ale do piątej chlalismy i tańczyliśmy. W sumie dawno się tak nie naskakalem.

Kraków. Praca i odpoczynek.

Pogoda upalna i sucha. Czuję się cudownie. Trudno mi zrozumieć jak to jest, gdy upały męczą.  Za kilka dni zaczynam pracę z grupą refleksologiw. Kolejne fascynujące warsztaty... Muszę pomyśleć, gdzie przezimujemy. Na razie sam nie wiem...

Zakopane. Zawsze jest czas na dziarę.

Czarcia Łapa, facet z Gdańska, który zadupcyl w Zakopcu i został w górach, uziemiony córką, spędził ze mną wczorajszy dzień i zostawił ślad na całe życie w postaci motylka z piekła rodem.

Giewont. Szczyt zdobyty.

Szczyt zdobyty. Wyruszyliśmy z domu po 9, na początku szlaku stanęliśmy o 10:30 i dotarliśmy pod krzyż o 14:00. Ponoć zgodnie z planem, więc plan jest układany pod tych z dobrą kondycją.  Szlak zaczyna się niewinnie, potem zaczyna być stromy, ale kamienie są ułożone tak, że wchodzi się jak po schodach. Po godzinie takiego włażenia, zaczyna się wersja hardcore. Następnie idzie się wąska ścieżką nad przepaściami, aż do hodzi do płaskiej wyżyny, skąd trzeba wspiąć się na samą górę. Trzeba trzymać się łańcuchów, bo ostatnie 20 metrów jest pionowe i nie ma żadnych schodów.  Jedna pani spadła. Zabrał ją helikopter. A my zeszliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy do Zakopanego, respektując góry.

Zakopane. Pierwsze chwile.

Zakopane przywitało nas piękną aurą, wbrew temu, czym straszyła prognoza pogody. Ale to, że w telewizji pierdolą głupoty wiadomo nie od dziś, więc rozkoszowaliśmy się w tu i teraz, ja nawet zrobiłem sobie sesję zdjęciową w stylu Pamela Anderson, że Słonecznego Patrolu. Może zostanę ratownikiem górskim? Ludzi na Krupówkach pełno, w sklepach obsługa Ukraińska, a cukier jest. Czyli żyć, nie umierać. 

Warszawa. Party time.

W Warszawie, jak to w stolicy, impreza za imprezą. W piątek byliśmy w kilku klubach i obaj stwierdziliśmy, że życie gejowskie znacznie się tu pogorszyło (zmieniło?). Mniej klubów i rzucający się brak tłumów. Poza tym ludzie w Polsce lubią siedzieć, więc luźna i niezobowiązująca rozmowa jest utrudniona. Ludzie czasami siedzą obok siebie i nie mają śmiałości pogadać. Wydaje mi się, że kiedyś było inaczej. W sobotę, zupełnie przypadkowo, do naszego stolika dosiadł się Rafik. Znam go od lat wirtualnie, ale nigdy nie widziałem go na żywo. Przedstawiłem się i powiedziałem kim jestem, ale chyba nie zajarzył. Dziwne, bo naprawdę wiele razy gadaliśmy i wysyłaliśmy sobie zdjęcia. Dziwna jest pamięć ludzka, albo ja pamiętam za dużo. W sobotę poszliśmy na domówkę. Radek, którego dwie dekady temu poznałem w Londynie, akurat był w Polsce i zaprosił nas do siebie. Niezła impreza z ciekawymi osobami. Dużo ludzi z Ukrainy i Białorusi. A potem poszliśmy na dyskotekę. Za dużo wypiłem. Robię detoks.