Przejdź do głównej zawartości

Posty

Kathmandu. Therapy Camp.

  Ostatnio ciągle pracuję. Ludzie mi piszą, że nam fajnie, bo mamy czas na wypoczynek. Ale my nie jesteśmy na wakacjach i tego ludzie nie potrafią zrozumieć, bo praca kojarzy im się z wstawaniem o tej samej porze i wykonywaniem rutynowych czynności. A ja pracuję online, choć jak widać nie tylko. Przyjmuję też pacjentów odpłatnie i jak tylko mogę, pracuję charytatywnie, co sprawia mi wiele przyjemności. Lubię to, co robię. Więcej  tutaj.

Kathmandu. Lekarze i fizjoterapeuci

Spotkaliśmy się z naszą zaprzyjaźnioną ekipą specjalistów z Poznania, którzy pomagają Nepalczykom odzyskać zdrowie lub czynią, że ich życie jest bardziej znośne. Mnóstwo fajnych ludzi założyło tu Kathmandu Therapy Camp, przywozi protezy, wózki i inne przedmioty usprawniające poruszanie. Wielki szacunek!

Kathmandu. Thamel.

Thamel jest rozrywkową dzielnicą Kathmandu. Znajdują się tu dziesiątki muzycznych klubów, salony masażu, domy uciech, sklepy z pamiątkami i zagranicznymi towarami. Jest raczej drogo i zawsze głośno. Z dzielnicy, na której mieszkamy, jedzie się 20-30 motorem. Taksówką o 10 minut więcej.  Namówiliśmy Chandrani na wynajęcie hotelu na Thamelu, bo gdy jest się w Kathmandu kilka dni, to najlepsze miejsce. Thamel znajduje się w samym środku miasta i dojazd do wszystkich innych miejsc jest stąd najłatwiejszy. 

Kathmandu. Chandrani.

  Rudrani Chandrani poznaliśmy w New Delhi, wiele lat temu. Oprowadzała wtedy polską wycieczkę wojskowo - lekarską, po stolicy Indii. Zatrzymali się w tym samym podłym hotelu, w którym mieszkaliśmy, no i tak się wszystko zaczęło. Chandrani jest praktykującą hinduską pochodzenia polskiego. Przyjechała do Nepalu, żeby się z nami spotkać. Pokazaliśmy jej ładny Nepal, ten jeszcze nie zniszczony przez zafascynowanych zachodnim światem ludzi. 

Kathmandu. Powrót do brudnego domu.

Nasze mieszkanie zostało odnowione (budynek) i gdy przyjechaliśmy, poszerzali bramę wjazdową. Tego właśnie potrzebowałem. Hałasu i dźwięku piły od ósmej rano. Dodatkowo sąsiedzi sprzedali dom i nabywca rozpoczął remont. Dodatkowo powietrza w Kathmandu praktycznie nie ma a poziom zapylenia jest tak wysoki, że nie widać nawet wzgórz (za którymi piętrzą się Himalaje, których widok pamiętam z lat dawno ubiegłych). Wokół stupy ludzie chodzą w maseczkach. Ale to nie pomaga.  Denerwuje mnie ludzka głupota i brak poszanowania przyrody. Rok temu krakałem, że w Nepalu katastrofa ekologiczna wydarzy się jako pierwsza. W tym roku nie mam już co do tego wątpliwości...

Gorakhpur-Sonauli. Podróż do Nepalu.

W czasach postkowidowych, podróżowanie bywa kuriozalne a głupota i brak dobrej woli urzędników nie mają sobie równych. Z Gorakhpur, do granicy dojechaliśmy taksówką, za 2000 indyjskich rupii (108 złotych). Tanio, bo to ponad sto kilometrów. Urzędnik nie chciał nas wypuścić z Indii, bo nie mieliśmy... paszportów kowidowych (których nikt już oficjalnie nie wymaga). Ostatecznie po awanturze, zażądałem pieczątki w paszporcie, choć celnik krzyczał, że utkniemy na granicy nepalskiej i do Indii też nas nie wpuszczą. Aplikacje NHS (angielskie odpowiedniki polskiego NFZ) już chyba nie działają, musiałem więc wyczarować przepustki, co zrobiłem w drodze, na telefonie. No i tyle...

Nowe Delhi. Urodziny Marcina.

Urodziny Marcina świętowaliśmy w stolicy. Zjedliśmy dużo, za dużo, ale było smacznie.  Temperatura w Delhi jest o wiele niższa niż w Kerali i ludzie chodzą tu w kurtkach. My jednak nigdy nie ubieramy się do pory roku, tylko do warunków (28°C). I jest nam dobrze.

Fort Kochi. Upały.

Każdego wieczoru, na plażę schodzą się mieszkańcy i żegnają dzień. Nikt raczej słońca nie wita oficjalnie. W sumie to dziwne.  Upały w Kerali sięgają szczytów naszych tolerancji. Dzisiaj było już raczej nieznośnie. Siedziałem pod wiatrakiem i dałem się wyciągnąć Marcinowi na kawę, do klimatyzowanej ciastkarni. Chcieliśmy zamówić piernik, ale okazało się, że był zapleśniały... Wypliliśmy tylko kawę.

Fort Kochi. Nocne wizyty.

Ten kot na zdjęciu, jest złośliwym Hindusem (a nie wygląda). Wchodzi nam do walizek, pudeł i nie pozwala spać. A dzisiaj przeszedł samego siebie. Wyłamał moskitierę i wszedł przez wywietrznik, zaplątując się w jakieś kable. Krzyku narobił... Pomogłem. Ale jak zrobił to drugi raz o czwartej w nocy, dostał ścierą w łeb i na szczęście się obraził.

Fort Kochi. Po deszczu.

Deszcz padał kilka dni temu, przez kilka godzin, ale skutki tej anomalii pogodowej czuć do dziś. Przede wszystkim pojawiły się chmary komarów, z którymi nikt nie może sobie poradzić. My sami palimy kadzidła na tarasie i musieliśmy zdecydować się na silny środek owadobójczy - niestety działa połowicznie. Śpimy więc w namiotach z drobnej siateczki. W nocy zbliżyłem palec do materiału i natychmiast zostałem ugryziony. Teraz więc nawet na noc smarujemy się DEET'em. Masakra. Studzienki zapełniły się wodą i chyba się zapchały, bo woda w nich stoi. Całe szczęście, nie mieszkamy przy żadnej, bo walą tak, że odechciewa się oddychać. Poza tym jest gorąco i strasznie wilgotno, co wbrew pozorom nie jest takie fajne. Dzięki temu dostaliśmy potówek na ciele. Jednym słowem, zrobiło się kiepsko. No i z każdym dniem jest cieplej. Artyści uliczni zaczęli malować mury i stare budynki. Lubię graffiti, gdy nie są to tylko mazy.

Fort Kochi. Deszcz.

Spadł deszcz. Po dwóch miesiącach błękitnego nieba, nagle się zachmurzyło, a potem niebo rozbłysło i zaczęła się prawdziwą burza z ulewą. Było to całkiem przyjemne, bo deszcz ciepły a powietrze rozgrzane do czterdziestu stopni. Z uśmiechem mokliśmy, do przysłowiowych majtek. Ale martwię się. Bo deszcz w styczniu tu nie pada. Poza tym nikt go nie zapowiadał, ani się nie spodziewał. Ludzie zachowywali się dziwacznie. W pośpiechu zdejmowali pranie i zasłaniali tarasy... Od ponad trzydziestu lat nie padało w styczniu. Byliśmy tu wiele razy zimą i rzeczywiście, zawsze było tylko upalnie. A tu nagle trzy godziny deszczu. Niby nic, a jednak... kolejna anomalia pogodowa. Zanieczyszczenie powietrza w Indiach przekracza wszelkie normy, a śmieci walają się wszędzie. Gdy po raz pierwszy byłem tu kilka dekad temu, brud był ekologiczny. A teraz wszystko jest zanieczyszczone. Ryby pływają do góry brzuchami, psy i koty chorują na dziwne choroby skóry, a ptaki spadają z nieba. Widzieliście wcześniej, ż...

Fort Kochi. Życie nocne.

Życie nocne w nie turystycznych częściach Indii, nie istnieje. Są sklepy monopolowe, najczęściej jeden na miasto, gdzie trzeba jechać o określonej porze i kupić alkohol. Sklepy podzielone są na sekcje: lokalną i międzynarodową. Alkohol jest drogi. Butelka whisky to wydatek 150-200 złotych, więc dwa razy więcej niż w Europie. A moje życie nocne to zazwyczaj wykłady i spotkania ze studentami. Od 22-2 w nocy jestem na łączach. Niestety różnica czasu jest dla mnie niekorzystna. Chyba wygodniej byłoby mi mieszkać w Nowej Zelandii. Poznaliśmy fajne dziewczyny, też emigrantki. Przyjechały tu ćwiczyć jogę i jak spojrzałem na zdjęcia, to robią nieźle wygibasy...

Fort Kochi. Stabilność.

Piszę książkę profesjonalną i pracuję. Dużo, ale raczej bezstresowo. Osiągnąłem rutynę. Budzę się o 8:30, idę do łazienki i spędzam tam bardzo leniwy czas. Robię wszystko wolno. O 9:30 Marcin domaga się, bym go wpuścił do środka. Zazwyczaj jestem wtedy gotowy. Wychodzę na taras i smaruję się różnego rodzaju mazidłami. Potem schodzimy na śniadanie. Sophie robi wymyślne śniadania. Znamy ja dekady. Niczego nie zmieniła. Gotuję tak, jak kiedyś. Też rutynowo. Podaję nam potrawy i trochę z nami rozmawia. O 10:30 siadam za komputerem. Marcin wychodzi a ja pracuję nad książką. Piszę do 16:30. Potem biorę prysznic i wychodzimy na obiad. Najczęściej do włoskiej knajpy, prowadzonej przez Hindusa. Wyjechał do Szwajcarii, tam skończył szkołę, dorobił się i wrócił. Jedzenie robi dobre. Następnie idziemy na plażę, a potem na kawę.  O 19:00 wracam do domu. Czytam dla przyjemności i gdy nie mam zajęć ze studentami, czyli trzy razy w tygodniu, albo wracam do pisania, albo czytam książki lub oglądam ...

Fort Kochi. Nowy Rok.

Pochorowaliśmy się w Sylwestra. Zamówiliśmy sobie szejki lodowe (wiele razy wcześniej je jedliśmy) i kilka godzin później dopadło nas wszystko na raz. Marcina pierwszego, a mnie drugiego. Wymioty, wodnista biegunka, temperatura 39 stopni... Super. Siłą woli, korzystając z mojej magii, poszedłem zobaczyć przygotowania do zabawy. Natrafiłem na tysiące młodych i zamrożonych ludzi, szaloną muzykę i mnóstwo nieprofesjonalnie umieszczonych fajerwerków. A reszta po indyjsku, czyli słonie, wielbłądy, kozy, krowy, łażące pomiędzy ludźmi z paniką w oczach. Nowy Rok 2023 przywitaliśmy na dachu naszego domu i stąd obserwacja tego szaleństwa była całkiem przyjemna. Najbardziej podobały mi się czerwone lampiony, puszczane ku czarnemu niebu (ciekawe jak to później spada). Dzisiaj mamy dietę wodną i bierzemy leki tutejsze, mając nadzieję, że szybko przejdzie. Do Siego Roku!

Fort Kochi. Wigilia.

Wigilia świat Bożego Narodzenia jest w Kerali obchodzona hucznie. Wszystkie domy prześcigają się w nieobwieszczonym konkursie na najbardziej rozmigotany taras, a ludzie mimo upału chodzą w czerwonych czapeczkach. Zjedliśmy śniadanie: ciapaty z masą ziemniaczaną i dwa, duże serca smoka (owoce). Teraz jedziemy do kina, zobaczyć Avatara. Kupiliśmy sobie wczoraj rowery, więc dojedziemy do promu, a potem, ostatni odcinek, pokonamy autobusem, albo metrem. Kochi jest wyspą wiec, żeby dostać się do stolicy, potrzeba promu (10 minut). Kocica urodziła małe. Osiem naliczyłem. Wszystkie wygrzewają się na słupach, odgradzających willę w której mieszkamy, od ulicy. Koty, tak jak my - lubią upały. Przed południem słupek rtęci wskazuje 31 stopni. I to niebo, zawsze to niebieskie...

Bodh Gaya. Mahabodhi.

Gdy byłem tu pierwszy raz kilka dekad temu, świątynia i cała okolica była dostępna bez ograniczeń. Wokół rozciągały się same pola i jak uchem sięgnąć - panowała cisza.  Teraz są bramki, jak na lotnisko. Zaraz przed lockdownem była jedna bramka, teraz są dwie. Dwa razy przechodzi się kontrolę i nie można wnieść niczego elektronicznego. Indyjscy żołnierze obmacują dwa razy, a każdy bagaż musi być dwukrotnie prześwietlony. Dodatkowo jest smog, hałas i straszny zamęt, tam i wszędzie wokół. Poza tym mnóstwo "zalegalizowanych" naciągaczy. A mnisi często przeszkadzają w medytacji, rozpoczynając bezsensowną gadkę o niczym, prowadzącą do próby wyciągnięcia kasy. Czy naprawdę świat tak oszalał? Poważnie. Nie wiem o co chodzi. Przecież to tylko trzydzieści lat...

Bodh Gaya. Grota Mahakali

Zanim Siddhartha Gautama osiągnął stan Buddy, był synem władcy z rodu Śakjów. Jego ojciec chciał, aby syn zarządzał tym, co do niego z racji urodzenia należało, ale młody mężczyzna odkrył, że w świecie wszystko przemija i niczego nie można mieć na stałe. Dlatego podążanie za materialnymi dobrami uznał za bezzasadne i pewnego dnia, odszedł z domu rodzinnego. Dołączył do ascetów i zaczął uczyć się od nich medytacji. Ich drogą było wyrzeczenie i asceza. Całymi dniami siedzieli nago pod drzewami, prawie nie jedli i oddawali się medytacji, szukając absolutu. Siddhartha prawie się zagłodził. Jego ciało było wychudzone i nie miał siły chodzić. Złoty pomnik za nami przedstawia człowieka dążącego do rozwoju wszelkimi metodami, pokazując przyszłego Buddę na jednym z przedostatnich etapów jego rozwoju. Wyrzeczenie nie było dobrym pomysłem. Osłabienie ciała powodowało, że myśli nie były jasne a organizm nie mógł się odprężyć. Legenda mówi, że pewnego dnia dziewczyna z wioski, podarowała Siddharcie...

Delhi. Życie nocne.

Trochę za dużo wina, ale może dlatego klub jazzowy i band nas oczarowały. Metro nam uciekło i wracaliśmy rikszą bez drzwi. Ale w sumie było to zabawne. Mniej zabawne są rozliczenia podatkowe. Mam coraz mniej czasu i naprawdę nienawidzę tego robić. Ale wyjścia nie mam. Siadam więc i wypisuję faktury. W sumie to ten liberalny brytyjski system, nakazujący rozliczenie raz w roku, rozleniwia ludzi. Bo jakbym musiał robić to raz w roku, nie byłoby dramatu...

Warszawa - New Delhi. Lot

Warszawa - Helsinki, bez turbulencji. W zasadzie, chyba nie doświadczyłem tak spokojnego lotu. Jakbyśmy stali na ziemi. Obiad w Helsinkach - koreański. Smaczna, duża zupa. Helsinki - New Delhi, turbulencje tylko nad morzami, ale znośne i bez konieczności zapalania kontrolki z nakazem zapinania pasów bezpieczeństwa. Nowość - internet na pokładzie. Nie korzystałem, ale pograłem w jakieś gry, obejrzałem nową, kinową cześć Downtown Abbey i odcinek serialu "Doctor House". Marcin raczej spał, choć czasami wpatrywał się w mój ekran (jakby swojego nie miał). Odprawa szybka, z rezydencji mi wizami omija się wszelkie procedury. Acha. I covid "zniesiono".

Gdynia. Zima.

Zasiedzieliśmy się w Polsce. Śnieg jest tego najlepszym znakiem. Zwiedziliśmy Hel, Zakopane, Wisłę i wiele muzeów w wielkich miastach. Pora wyjeżdżać. A ja muszę nauczyć się kilku rzeczy i kilka rzeczy zmienić. W sobie, bo wtedy świat się dostosuje. Tak to działa.

Gdynia. Sielanka.

Jak już wiadomo, żyjemy w bańce, którą sobie sami wyczarowaliśmy. To kwestia naszego wyboru i nie będę się nad tym rozpisywał.  Była u nas Aneta. Przyleciała na cztery dni i odleciała. Widzieliśmy się z nią w tym roku w Paryżu, Istambule i Katmandu, pomijając Londyn. Fajnie, że podróżuje z nami (odwiedza nas). Jest jedną z niewielu osób, które zupełnie nie wiedzą, co się dzieje na świecie, dlatego mamy szansę rozmawiać o rzeczach bardziej istotnych. A tu w Polsce ludzie raczej smutni. Żyją lękami, polityką i chorobami. Jak ktoś mnie zna, to wie że smutek wysysa że mnie energię, a w Polsce dużo takich emocji... I po co? Przecież wiadomo, że wszyscy skończymy w piachu, nie widzę jednak sensu, żeby o tym rozmyślać.  Ja, jak idę na imprezę, to tańczę, śpiewam i bawię się do końca, a przynajmniej do czasu, gdy sprawia mi to frajdę. A życie to impreza. No i tyle, żeby się nie rozpisywać. 

Warszawa -Gdynia. Pendolino.

Pendolino (z włoskiego "wahadełko") to włoskiej produkcji zespoły trakcji, dużych prędkości. W Polsce cena pociągu jest irracjonalna, a prędkość w porównaniu z innymi krajami - niezbyt imponująca. Do Warszawy pojechaliśmy pociągiem IC i za drugą i całkiem wygodną klasę zapłaciliśmy 108.60 złotych, za dwa bilety. Podróż trwała cztery godziny. Drogę powrotną,z czystej ciekawości, przejechaliśmy pierwszą klasą słynnego Pendolino i zapłaciliśmy 440 złotych. Podróż trwała trzy godziny. Dostaliśmy napoje ciepłe, oraz całkiem smaczne przekąski (Marcin sałatkę z kurczakiem, a ja broszki z serem pleśniowym i marynowaną gruszką). Podsumowując: zupełnie nie warto. Ps. Za dużo komunikatów, wygłaszanych automatycznym i przesłodzonym głosem. Na każdej stacji katowani byliśmy tym samym fragmentem mazurka Chopina, co przypominało tortury ze szpitala dla obłąkanych z American Horror Story. Poza tym na ekranach leciały infantylne informacje dotyczące pociągowego savoir vivre.

Warszawa. Praca i szał ciał.

Na zdjęciu pijemy sok z grapefruita i pietruszki. Zaskakująco dobre połączenie. No i dobre na zbyt małą ilość krwi w alkoholu. Przyjechaliśmy do stolicy na trzy dni. Zaczęliśmy od przed Halloweenowej imprezy w Ramonie. Barman polewał nam całe szklanki whisky (chyba pomylił ze sztuką nalewania browara). No i po trzech takich 250ml z czubkiem poczuliśmy odlot. Poranek był bez kaca, z prostej przyczyny - byliśmy nadal wstawieni... Cel naszej wyprawy został jednak osiągnięty, zjawiliśmy się o czasie w Ambasadzie Indii, zrobiono nam zdjęcia (mam nadzieję, że oglądać ich nie będę musiał) i pobrano odciski palców. Oddaliśmy paszporty i poszliśmy jeść. A dzień był naprawdę fajny i dobrze go spędziliśmy. Byliśmy w zoo. Dopiero wieczorem pracowałem.

Gdańsk. Elektryków czyli życie nocne

Życie nocne w Trójmieście kwitnie, ale trzeba wiedzieć, gdzie pójść. Wszystkie queerowe knajpy zniknęły, pozostał co prawda jeden w Sopocie, ale jest do bani. Wykupił go człowiek, który przeobraził wszystkie indywidualne kluby w bezduszne HaH, pozbawione duszy i klimatu.  Ulica Elektryków to wielki klub w Gdańsku Stocznia, gdzie przychodzą wszyscy. W ogóle jest taka tendencja teraz w Polsce, że kluby stały się uniwersalne, typu "open minded", a orientacją jest kwestią dużo szerzej pojmowaną i drugorzędną. Występy nagrałem i umieściłem na FB. Była to niezwykła i dziwna noc.

Gdynia. Złota jesień.

Stwierdziłem, że muszę odpocząć. Przede wszystkim od ludzi, ich oczekiwań i pytań. Jestem zmęczony psychicznie. Rano wstałem, zrobiłem co musiałem i wyciszyłem telefon.

Gdynia. Iksy

  Karma jest dziwna, czasami dojrzewa powoli. Ale taki "slow cooking" pozwala na przygotowanie pełnowartościowej potrawy.  Iksów poznaliśmy piętnaście lat temu, on-line. A potem pojechaliśmy do nich (żeby się poznać) i wydarzyło się tak wiele... wczoraj się z tego śmieliśmy (wtedy przepowiadał to Grzesiu, że tak będzie). Było intensywnie... Potem był Londyn, potem wystawy malarskie, no i po tym bardzo intensywnym czasie karma ucichła. Powód nie ma żadnego znaczenia. Po czternastu latach Marcin zrobił nam wszystkim niespodziankę i zebrał w jednym miejscu. Było wspaniale. Nie tak, jak na zjazdach gdzie ludzie nie wiedzą, o czym gadać, albo prężą się, żeby coś pokazać. Było tak, jakby czas się spłaszczył. *Akurat ja i Grześ kilka dni wcześniej kupiliśmy książkę "Odzyskanie czasu" autorstwa Baoshu...

Gdynia. Praca i koniec remontu.

Pracuję: nagrywam tik toki, Instagrama i krótkie filmy reklamowe. Oprócz tego wykłady dla kolejnych grup online, prowadzę wieczorne zoomy i kilka godzin dziennie, ale nie więcej niż trzy, siedzę w papierach. W sumie, w każdej chwili jestem w pracy, bo dzięki komórce i netowi, każdy ma do mnie dostęp 24h/ dobę. To jest pierwsza rzecz, która od października zmienię. Marcin czuwa nad remontem. Malował mieszkanie, ale farba przebijała i wychodziły jakieś tłuste plamy. Obaj się denerwowaliśmy i w końcu poprosiliśmy o pomoc. Przyszedł chłopak i dzisiaj kończy. Marcin mówi, że cały czas gada i mówi, że ma "drugą babę" no i z nią dzieci. Ja nie mam czasu na takie historie, więc wiem tylko tyle, ile napisałem. Głównie siedzę na plaży i tam pracuję. A jak pada, w kawiarniach, bo są mało zatłoczone tu w Gdyni. W przyszłym tygodniu nasze odświeżone mieszkanka idą pod wynajem, a my wyjeżdżamy. Malta nie wyjdzie, bo mają wprowadzić jakieś nakazy związane z "dramatycznie dynamiczną syt...

Gdynia. Młode zombies.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że jak zacznę odczuwać narastający brak zrozumienia dla pokolenia młodych, będzie to oznaką, że "w końcu zaczynam się starzeć". Myślę jednak,  że nigdy nie pasowałem do żadnych schematów i tym bardziej nie ciągnie mnie do obecnego. Odkryłem fajne miejsce: wyrafinowane, artystyczne wnętrze, fajna muzyka w tle, przyjemny barman. A teraz spójrzcie na tych chłopaków. Każdy gadał i szukał seksu w aplikacjach i nikt, przez ponad godzinę mojego pobytu w tamtym miejscu, nie zamienił ze sobą słowa. Ani jednego. W pomieszczeniu panowała taka cisza, jak w kościele. Zadzwoniłem do Marcina, przyszedł, wypiliśmy po drinku i poszliśmy na gruziński obiad. Bardzo lubię to ich jedzenie.

Niemcy. Kraj, z którym nie mam dobrej karmy.

  Współczesne Niemcy to kraj chaosu, niespójnych decyzji, bałaganu, niewiarygodnej ilości emigrantów, brzydkich graffiti i zastraszonego (zrobociałego) społeczeństwa. Wciąż tkwią (jako jedyny europejski kraj) w pandemii i muszą  zakrywać twarze maseczką. Ja i facet na zdjęciu, jako jedyni tych masek nie mieliśmy. Są z tym związane dwie, osobne historie. Moja jest krótsza. Po prostu jadłem i piłem przez pięć godzin, gdy tylko widziałem konduktora - faszystę. Widziałem jak go wykręca, ale nie określili regulaminem jak długo można jeść i nic nie mógł zrobić. Facet ze zdjęcia natomiast jechał z niemowlęciem, które dostawało histerii, gdy zasłaniał twarz. W końcu zrobiło się aż czerwone i człowiek zdjął maskę. Dziecko natychmiast się uspokoiło. Konduktor wyrzywal się na nim, chciał nawet policję wezwać, w końcu człowiek wyszedł na korytarz i tam siadł, zakrywając maska twarz gdy kretyn przechodził. Nie będę tego komentował, ale chcę zapamiętać.

Bruksela. Luz - blues.

  Wstałem rano, przed świtem i pojechałem na King's Cross St. Pancras. Stamtąd do Brukseli. Ciepło... W stolicy Belgii same remonty. Wszystko rozmyte, rozwalone, w naprawie. Robią wszystko na raz i trochę to wygląda tak, jakby właśnie skończyła się wojna. Poza tym wali moczem w każdej uliczce i choć śmieci nie widać, to miasto wygląda na brudne.