Przejdź do głównej zawartości

Posty

Paryż. Jazz i powrót do przeszlosci.

Caveau de la Huchette - najstarszy i najlepszy klub jazzowy w Paryżu to czysta bohema. W tłoku, przy nieskończonej ilości wina, bez czasu, w rytmie jazzu z ubiegłego wieku. Marcin przyjechał z Anetą. 

Paryż. Fetish.

Prosto z pociągu trafiłem na fetish party na Marais. W Szwajcarii zjadłem lekki lunch więc byłem głodny i szampan wszedł mi szybko do głowy. Ja piję raczej dużo i rzadko czuję butelkę czegoś 14-procentowego, jednak tym razem się rozchmurzyłem na różowo. A potem to już był clubbing po całej czwórce (czwartej dzielnicy). Grzechów żadnych nie pamiętam i nie mam czego żałować.

Berlin. Świąteczny żywot zaszczepionego.

W Berlinie, tak jak wcześniej w całej Austrii, święta całą gębą. Roześmiane twarze zachwalają towary, najczęściej: grzane winko i piwko, jabłuszka w karmelu, smażone i oblane czekoladą banany oraz różnego rodzaju kiełbaski. Na licznych lodowiskach, w rytm kolęd łyżwiarze i łyżwiarki suną po lodzie, piruety wyskakują i spadają na dupy, na twardy lód, wśród chichotów i klaków. Niemiecka bajka! Za tymi ogrodami rozkoszy, do których wejść można tylko za okazaniem zielonej karty, stoją liczne budki, a w nich ludzie - ufoludki, robiący testy tym, co w kolejce czekają. Żeby jechać metrem, też potrzeba zielonej karty. Policja to wyrywkowo kontroluje, a z megafonów, oprócz informacji, jaka to stacja, leci komunikat, że "podróżowanie bez zielonej karty jest przestępstwem i że śmiałek bez takiego dokumentu będzie aresztowany". Dla celów statystycznych policzyłem, ile razy musiałem pokazać dowód szczepienia. Więc 17 na 6 godzin. Nie wiem czy każdy tak ma, ale ja dość burzliwie żyję i czę...

Warszawa. Wsiąść do pociągu...

Sweet focia z rana, pół godziny po przebudzeniu - ostatnia w Warszawie. Tylko ja nie mam maski, reszta nosi najczęściej sprane, zmechacone lub zwyczajnie brudne. Oczywiście na brodach, co potwierdza moje przypuszczenia dotyczące zidiocenia społeczeństw. Warszawa dalej mi się podoba, choć jest cholernie droga. Za podcięcie włosów w Old Blade Barbers na Wilczej 28, zapłaciłem trzy stówy. Fryzjer jednak przeszedł moje oczekiwania i wyszedłem uskrzydlony. Polecam. Śniadanie: kawa na mleku owsianymi, kanapka i croissant to wydatek 70 złotych, a za obiad z lampką wina wychodziło mi średnio 150-200 złotych. Kawa w Starbucksie 20 złotych. I tak dalej. Dzienny budżet to minimum czterysta złotych, jeśli nie planuje się zaszaleć wieczorem.

Warszawa. Praca bez granic.

Jak się lubi swoją pracę, świat jest zajebistym miejscem. Myślę, że jestem wystarczająco stary, żeby robić to, co przynosi mi zadowolenie oraz wystarcza na chleb i komfortowe podróże bez limitu. Warsztaty były po prostu zajebiste. Kolejne już są zabukowane, a na zajęcia online, do końca pierwszego kwartału miejsc brak. Cudownie. Tęsknię za Kotem. Jutro mam jeszcze zabiegi, 14 klientów i w środę jadę do Berlina. A potem do Paryża, czego nie mogę się doczekać, bo tam dojedzie do mnie Marcin.

Częstochowa. Tu bije serce narodu, w sercu matki.

Puby, kawiarnie i restauracje puste. Kościoły pełne. Ludzie jednokolorowi. Jesienne społeczeństwo częstochowskie wygląda tak, jakby wybierało się na pogrzeb. Gdyby nie rodzice, nigdy bym się tu nie pojawiał.

Wiedeń. Nie dziwię się, że narodził się tu kiedyś faszyzm.

Mówią, że Wiedeń to piękne miasto. A ja czuję się fatalnie wśród przepysznych, ociekających złotem wystaw, pod którym nawet z głodu zdechnąć nie można, bo wygodną i z wyrzutem jeszcze powiedzą, nie nie wypada tak się obnosić z biedą czy umieraniem. Niestety nie ma przesady w tym, co piszę. Wszystko jest tu wymuskane i sztywne. W polecanej restauracji, gdzie zjadłem sławnego schnitzela, kelnerzy zachowywali się jak roboty, co na początku mnie bawiło, a potem odbierało apetyt. Najgorsza jednak była bezustanna kontrola i sprawdzanie "statusu kowidowego". Nawet gdy kupowałem wino grzane od uśmiechniętej barmaneczki, na Stephansplatz, musiałem pokazać kod zapewniający, że wstrzyknięto mi dwie dawki eksperymentalnego preparatu w ramię. I do kibla też. I do parku. Masakra.

Rzym. Lato w listopadzie.

W newsach jak zwykle pierdolą. Mówili, że w Rzymie lać i wiać będzie tak, że parasoli nie utrzymamy, a świeci słońce i jest 26°C. A w ogóle to było pięknie i słodko. Przesadziliśmy tylko z lodami, bo jedliśmy wielkie porcje codziennie, co z pewnością nie wpływa dobrze na rozmiar naszych opon. Ludzie wyluzowali. Bawią się, ignorują przepisy i maski władają tylko wtedy, gdy naprawdę muszą. A muszą coraz rzadziej, bo ci co mają kontrolować też mają dosyć. Ileż można słuchać tego samego gówna? Marcin wraca do Londynu, ja jadę do Wiednia. Jestem na wakacjach, ale też pracuję, w sumie to dobre połączenie.

Pompeje. Kolejne marzenie spełnione.

Dopisało nam wszystko: pogoda i cała reszta. A same Pompeje okazały się większe, niż nasze oczekiwania. Jednym słowem udany dzień.

Neapol. Miasto chaosu.

  Wszystko w Neapolu jest podobne do chaotycznych miast indyjskich: wąskie, brudne uliczki, ludzie spędzający czas grupkami gdzie popadnie,walające się śmieci i wszędzie wiszące pranie. Z tym praniem, to chyba jakaś tradycja, bo nawet wystrój niektórych restauracji to właśnie wiszące, kolorowe majty i staniki. Jedzenie dobre. Zjedliśmy fantastyczną pizzę na lunch i spaghetti z małżami na kolację. Aperol spritz przed każdym posiłkiem i wino w trakcie. Sycylijskie czerwone, nieco kwaśne, leje się tu strumieniami. Na koniec podają limonette - słodkie cudo 34% alkoholu. Na haju miasto nie jest brzydkie. Wszystko zmienia się rano i trzeba pić.

Sycylia. Przemijające piękno.

Włoska prowincja nie jest już tak słodka, jak kiedyś. Biednieje w oczach. Mnóstwo pustych domów, a hotele za ćwierć ceny prześcigają się w ofertach. W dwie godziny, dopłynęliśmy do Pozzallo promem z Valletty. Nasza willa przerosła oczekiwania: marmurowe posadzki, kuchnia wielkości naszego londyńskiego mieszkania, trzy sypialnie, prysznic pod którym można się zagubić... Cena - trzydzieści euro za dobę! W kawiarniach pustki. Dopiero wieczorem zbierają się ludzie. Przychodzą grupami i siadają razem, przekrzykując się nad stołami. Kawa €1,50. Ciastko za euro. Ze sklepu wychodzimy z prowiantem na dwa dni i wydajemy mniej niż dwadzieścia jednostek europejskich. Rano pociąg do Neapolu. Wolę Sycylię w wielkomiejskim wydaniu. Przynajmniej tak myślę.

Peaceville. Imprezy bez limitu.

  Na Malcie dyskotek jest tyle, co na Soho w Londynie. I tłumy takie same.  Myślałem, że chociaż tutaj nie będzie trzeba stać w kolejkach do klubów nocnych, niestety ilość chętnych na balety jest taka, że stać trzeba. Nawet największa gay disco na Malcie, Michael Angelo, dwupoziomowy moloch, ledwie mieściła rozbrykanych i podpitych już wcześniej klientów. Po wszystkim wylądowaliśmy z Marcinem na czymś w rodzaju after-party, gdzie dobry człowiek dał nam deskę serów i wędlin oraz piwa na dobre trawienie...

Malta. Wszyscy znają Papaja.

Wszyscy znają Papaja. Tylko nie ja. Odkryłem go przeżywszy pół wieku...  

Birgu. Stare miasto z historią

Malta podbiła nasze serca. Już prawie jesteśmy pewni, że chcemy kupić tutaj dom. Z całą pewnością do remontu, bo tylko na taki będzie nas stać, ale to nie ma znaczenia.  

Malta. Zdjęcia robią się same.

Marcin dojechał. Czekałem jak na szpilkach, a on najpierw się odprawił, potem poszedł do toalety i dopiero, gdy wyszedł na zewnątrz, zadzwonił do mnie. Poczułem się z tym źle.  Mamy szczęście do pogody. Panują tutaj listopadowe upały i można wygrzewać się na plaży tak, jak latem. Poza tym Malta przerosła nasze oczekiwania pod każdym względem. Już prawie podjęliśmy decyzję o przeprowadzce.  Valletta - stolica Malty - jest naprawdę niezwykła. Nie do zamieszkania, bo bym się zanudził, ale do zwiedzania. Poza tym jest tam zatrzęsienie jazz clubów. 

Sliema. Szum morza.

  Wieczór na Malcie składał się z: pobytu w pubie, filozoficznych dyskusji o niczym i całkiem okropnej, podgrzewanej pizzy za 3 euro. Miało być inaczej, no ale życie jest niedoskonałe. Mieliśmy jechać razem, ale Marcin oznajmił mi, że musi zostać w pracy. Na anulowanie biletu było za późno, więc poleciałem sam i rozwaliłem się na dwóch miejscach.  A Kot doleci jutro rano. Co będzie, to będzie, ja się bawię.

Londyn. Sztuka tatuażu.

  Dziesięć godzin przesiedziałem w Kinky Ink, w uniesieniu, jednak w pozycji niewygodnej na tyle, że dzisiaj po przebudzeniu, bolały mnie całe plecy. Ale nie narzekam, bo Sasà dał z siebie wszystko i z całą pewnością był bardziej zmęczony ode mnie. W nagrodę za wytrwałość kupiłem sobie kubraczek, w kolorze rdzawym i zjadłem ciastko z malinami. Tak się rozpieszczam!

Londyn. Życie codzienne.

Tak się zastanawiam, co wydarza się, jako pierwsze i myślę, że są to wrony. Nie wiem, czemu tak kraczą nad ranem, ale zawsze mnie tym budzą. Następnie kłócą się ze sobą: lisy i lokalne koty. Brzmią jak płaczące dzieci. Potem wychodzi sąsiadka, nasza przyjaciółka, ze starą suczką i wtedy mniej więcej jest siódma rano. Wstaję dużo wcześniej od Marcina i zazwyczaj idę na siłownię. Piję kawę na rogu i rozmawiam z właścicielką zazwyczaj o jakimś kuriozum, których teraz więcej niż trzeba. Gdy wracam do domu, Marcin jest już przebudzony i idziemy na lunch. A potem rozchodzimy się do swoich prac. Kończymy późno. Ale obaj lubimy to, co robimy. Dzisiaj siłownię udekorowali pajęczynami. A trenerzy personalni poprzebierali się za ufoludki. Chyba im się pomyliły święta, albo z powodu Brexitu zabrakło kostiumów zombiaków. 

Londyn. Festiwal śmierci.

  W dzień pierwszy Festiwalu Śmierci przebrałem się za ociekającego krwią doktora, Marcin zaś za połączenie Drakuli z Hellboyem. Muszę powiedzieć, że pudry z supermarketów całkiem niezłe są. Dobrze się trzymają i nie powodują uczuleń. Nie wiem, czy się ubawiliśmy, a już na pewno nie za te pieniądze. Imprezy na sześć tysięcy ludzi powinny mieć lepszą organizację. Kilkanaście barów nie dawało rady napoić spragnionych, a w kiblach faceci szczali do umywalek, w towarzystwie tych, którzy poprawiali makijaże. A potem w metrze zombi ze wszystkich imprez wracali do domu. W tym my. I znów ten zbędny kebab z frytkami nad ranem.

Londyn. Wszyscy kochają Drag Queens.

  Wszystkie drogi prowadzą na Soho. Jakoś tak jest, bo poszliśmy w zupełnie innym kierunku, zrobiliśmy po 35 tysięcy kroków, a i tak wylądowaliśmy sami wiecie gdzie. Przyczynił się do tego co prawda odmóżdżony manager Nandosa, każąc nam czekać pół godziny na stolik, przy połowie pustej sali, ale tak naprawdę to bez znaczenia. Soho kwitnie. Dawno nie było tylu ludzi w pubach. W pierwszym poznaliśmy dwie zagubione siostry z Isle of Wight. Ale po drinku przestały być nieśmiałe i nawet opowiedziały o dziadku - Polaku. Przez całe życie nauczyły się jednego słowa "dzień dobry", które powiedziały na pożegnanie. Zdolne bestie. A potem oczywiście poszliśmy pościskać się w rytmie muzyki retro. Wypiliśmy morze piw, a potem jak głodne wilki rzuciliśmy się na pizzę i makaron z kurczakiem. Przed domem jeszcze zahaczyliśmy o nocny sklep, z którego wyszliśmy z żelkami i ciastkami. Gumek dużo nie zjadłem, bo opakowanie wyrwał mi z dłoni Marcin i je zeżarł. Ciastka kupiliśmy po paczce na głowę...

Londyn. Extrawaganza and sex.

  Idąc wąskimi uliczkami Soho, trudno przeoczyć: dilerów, nawalonych w trupa, bezdomnych i ukradkiem robiących loda. Londyn był taki zawsze, a teraz po lockdownie potrzeby ludzi są bardziej nasycone. Mniej jest obcokrajowców. Dzisiaj Marsha Mallow - lokalna drag queen, pytała ze sceny, skąd jest publiczność. Prawie sami lokalsi! Kiedyś proporcje były odwrotne. Bar Italia, malutka i zupełnie niepopularna wśród Anglików włoska kawiarnia prawie upadła. Właściciel zaparkował ekstrawagancką brykę, ale przyciągnął samych gapiów. Na kawę chodzi się tutaj do Starbucksa. 

Londyn. Siewcy strachu.

  Głupim społeczeństwem łatwiej jest zarządzać. Historyczni przywódcy świata wiedzieli o tym od dawna. Poza tym jeśli zabiera się wszystko, tworzy się niewolnika, którego lojalność uzyskuje się, oddając mu warunkowo część skradzionych rzeczy. Niewolnik wówczas wierzy, że ma szczęście, bo mogło być gorzej, a syndrom sztokholmski robi resztę. W Londynie powstała "Narodowa Ściana Pamięci Ofiar Kowida". Ogłupieni ludzie rysują tam serduszka, w które wpisują imiona i daty: narodzin i śmierci ludzi, którzy umarli w okresie ostatniego roku. Nikt z nich nie pomyśli, że gdyby ktoś leczył tych ludzi, zamiast kazać im zostawać w domach, nie musiałaby taka ściana powstać. Kiedyś to oceni historia...

Londyn. Babie lato.

  W Londynie nadeszła ciepła jesień. Indian Summer, podczas którego liście na drzewach żółcą się i czerwienią, na tle błękitnego nieba. Jest ciepło. Można nawet poleżeć na trawie. Wieczorami, jak to w Londynie, chla się na potęgę. Imprezy się nie kończą, ale o tym już pisałem. Dla mnie to raj, bo nigdy nie jestem zmęczony i po dziesięciu godzinach zapieprzu, mogę się wytańczyć i wykrzyczeć (bo śpiewaniem nie wypada tego nazwać). Muszę zamówić "testy polityczne". Znowu wyjeżdżamy i musimy zapłacić podatek koronkowy. Ale PCR znoszą, więc tylko te "testy ciążowe", dopiero dwa dni po przyjeździe. Wynik zazwyczaj przychodzi po kolejnych kilku dniach, więc nawet jak człowiek przeziębiony, zdąży innych zarazić, a sam wyzdrowieć. Dzisiejsza królowa sceny, odśpiewała basem piosenki Tiny Turner. Nawet uwieczniłem na telefonie i poprzesyłałem do znajomych. 

Londyn. Sardynki.

  Niedługo na wzór japoński zatrudnią upychaczy do metra. Jadąc do centrum wyczuwa się narządy wewnętrzne współpasażerów. Nie mówiąc o tych zewnętrznych. Powody są dwa. Rząd zachęcił ludzi do ponownego korzystania z transportu publicznego, po drugie brakuje benzyny, czego jednak nie widać na ulicach.  Ludzie szczepią się na grypę. Masowo. Po raz pierwszy w życiu widzę kolejki do szczepień. A o koronce przestało się mówić. Otworzyli nam świat i wszędzie można jechać. Tylko że srandemia nas wszystkich splukała i nie mamy za co.

Londyn. Dupy rosną.

Cieplej się zrobiło, co od razu widać po kieckach, w jakie wciskają się damy różnych płci. Ważne, że nerki przykryte.  The Glory, do którego wczoraj pojechałem, żeby poważnie pogadać o życiu z Anetą było zbyt głośne na jakiekolwiek rozmowy. Paplaliśmy trochę, ale z przerażeniem stwierdzam, że nie mam pojęcia o czym.  Przyjechałem do siebie koło pierwszej w nocy i poszedłem zjeść jagnięcinę z surówką. Bardzo smaczna. Poczekałem na Marcina, bo myślałem, że też będzie chciał zjeść małe co nieco, ale nie chciał. Wróciliśmy więc do domu. No i usnąłem. Musiałem być poważnie zmęczony, bo nawet telefonu nie podpiąłem do ładowarki.

Londyn. Koniec pandemii.

  Sala gimnastyczna o 8 rano jest całkiem znośna. Swobodnie wybieram urządzenia i wyciskam z siebie poty. Na jednej tylko maszynie siedzi czarnoskóry olbrzymek na tyle długo, że muszę zagadnąć. - Mogę skorzystać? - Ćwiczę - odmrukuje. - To popatrzę na Ciebie i poczekam - odpowiadam. Po chwili odchodzi. Na próżno szukam jakichkolwiek środków dezynfekujących. Nie ma nic. Tak samo jest w każdym innym miejscu. Koniec pandemii. Koronawirus pozostał, jednak na upstrzony debilizmem teatrzyk nie ma już kasy. Pozostały długi, choroby nerwowe i mnóstwo rozbitych rodzin. Gdy dwie godziny później kończę wygibasy, w klubie fitness panuje tłok. Biorę prysznic i nakładam krem z kolagenem i witaminami na twarz. Wcześniej poznany olbrzymek patrzy z zainteresowaniem jak wklepuję serum w czoło. - Chcesz spróbować? - pytam. Nadstawia rękę i z zadowoleniem wsmarowuje przezroczystą maź w twarz.

Londyn. Wieczna impreza.

  Home sweet home.  Londyn nie zna umiaru. Angielska flegma jest tylko przykrywką i być może oficjalnym wizerunkiem, jednak prawda jest taka, że chla się tu więcej niż na wschodzie Europy, a jedynym powodem, dla którego przestaje się pić, jest utrata przytomności. Kultura picia jest też specyficzna. Do zerzygania. Trzeba się ubrudzić, sponiewierać, zgubić majtki lub perukę (gdy jest się czarną niewiastą).  Zrobiłem unik rodem z Matrixa - tego filmu Wachowskich. Sikałem i nagle czerwony rzyg przeleciał nade mną. Chłopak zamiast się zawstydzić poradził mi, żebym nie pił czerwonych szotów od hosta. Nigdy nie piję drinków... Wszędzie tłumy. Metro przypomina puszkę sardynek. Ludzie kaszlący odzyskali status "przeziębionych" i już nikt nie zwraca na nich uwagi. Tylko benzyny brakuje. I coraz więcej europejskich produktów z importu. 

Paryż. Kulinaria.

  W pokowidowym Paryżu mniej radości. Otwierane na nowo sklepy przypominają poranek staruszka, który próbuje rozciągnąć unieruchomione artretyzmem stawy. Lepiej radzą sobie Żydzi i Arabowie. Oni mają wyjebane na bolączki białej klasy rządzącej.  Ale jest spokojnie. Żadnych spięć. Kebab u Żyda, gdzie dawno temu pomagałem ustawiać stoły i sprzątać w soboty - zamknięty. Jakieś święto mają, więc wesoły powód. Stołuję się więc u jego szwagra, choć szwagier pewnie już umarł, a biznes prowadzi jakiś młodszy członek rodziny. Wino za rogiem. Karafka. Lubię to przelewanie trunków do karafek. To takie francuskie i wyrafinowane.

Paryż. Paczki nie do wysłania.

  W Paryżu zapakowano Łuk Tryumfalny. Ludzie patrzą i motoryką ciała przypominają kury, którym ktoś za siatką rozsypał proso.  Kiwają się głupole, szczególnie azjatyccy turyści. A Azjatów w Paryżu się nie lubi. Do tego stopnia, że czasami ludzie na nich plują.   Wieża Eiffla stoi, tam gdzie stała od 1889 roku. Tylko teraz bramki pod nią poustawiali, żeby wybuchów nie było. Ale ani wybuchów, ani turystów. Jedynie pani z pieskiem różowym i jakieś rumuńskie modelki, robiące się na Marilyn Monroe. Może im się powiedzie i nagle wypłynie taka jedna z Sekwany na świat? A jeśli chodzi o rzekę główną Paryża, to pusto nad nią. Poszedłem znajomymi ścieżkami, tam gdzie piłem kiedyś wino z kloszardami i było miło i nostalgicznie. Ale wina nie piłem, tylko poszedłem na Pastis (anyżkowy) w okolice Sacré-Cœur.

Berlin. Bio-robotyka.

Nie znam bardziej ogłupionego narodu niż Niemcy. Kretyni w maskach, związani jakimś przeświadczeniem, że trzeba postępować zgodnie z wytycznymi, niezależnie od ich sensu, intencji a nawet wydźwięku etycznego. Rasiści z urzędu. W pociągach sprawdzają tylko osoby o ciemniejszym kolorze skóry. Służbiści bez polotu. Nie rozumieją niczego, co nie jest opisane w regulaminie. To naprawdę bio-roboty, sterowane przez system. Kupiłem Marcinowi metalowego misia. Breloczek. Rusza rączkami. Fajny i skrzypi.