Przejdź do głównej zawartości

Posty

Stambuł. Wiosna i nowe...

Wróciliśmy do Stambułu. W końcu wiosna. Błękitne niebo i prawie dwadzieścia stopni, podczas dnia. Noce ciągle chłodne. Zamierzaliśmy jechać dalej, do Gruzji, ale drugie mieszkanie w którym mieliśmy się zatrzymać oddano uchodźcom z Ukrainy, pomyśleliśmy więc, że nie będziemy ryzykować bezdomności, albo konieczności zatrzymania się w hotelu pięciogwiazdkowym. Jutro zrobimy losowanie lub burzę mózgów i zdecydujemy, co dalej. Póki co cieszymy się wiosną. Dzisiaj załatwiam kilka spraw, Marcin zaś wybrał się do kliniki stomatologicznej, na konsultację. W momencie gdy piszę te słowa, Kot gada z profesorem i ustala cenę implantów. Aż się boję... Teraz, gdy już trochę poznałem Stambuł widzę, że transport jest dość skomplikowany. Przemieszczając się z punktu A do punktu B, musiałem jechać tramwajem, promem i autobusem. W drugą stronę wskoczyłem na statek i podjechałem do stacji, z której podjechałem metrem. Czasowo wyszło na to samo. 

Ankara. Stolica bez życia.

Ankara różni się od Stambułu, jak dzień od nocy. Jest mniejsza, pozbawiona artystycznego klimatu, ludzie są tu niżsi i mniej atrakcyjni fizycznie (czemu?), bardziej szarzy, ubrani jednakowo (choć w sklepach ciuchy są kolorowe).  Restauracje są pełne, ale oferują w zasadzie to samo. Lokalne jadłodajnie są zaś szare, zatęchłe i wyglądają mało zachęcająco. Jedynie mauzoleum, usytuowane na najwyższym wzniesieniu jest imponujące, choć martwe jak reszta miasta. Mieszkanie mamy ładne, więc przynajmniej pracuję komfortowo. Słucham radia i jem smakołyki. Marcin obija się na sofie i jak jest znudzony, marudzi. Wtedy wychodzimy i zwiedzamy. Wczoraj byliśmy w muzeum cywilizacji Antolijskich - rzeczywiście imponująca kolekcja. A dzisiaj idziemy na Drag show do gejowskiej knajpy. No zobaczymy...

Stambuł. Film z Polski.

Z powodu nieoczekiwanego ataku zimy, śnieżycy i kataru, który mnie rozwalił (wiatr plus wilgotne zimno to coś, czego staram się za wszelką cenę unikać), zamiast iść na dyskotekę, postanowiliśmy zrobić sobie wieczór filmowy. Bardzo przypadła nam do gustu biografia Kaliny Jędrusik, która weszła na angielskiego Netflixa kilka dni temu, pod tytułem "Autumn Girl" (polski tytuł "Bo we mnie jest seks"; logiki angielskiego "tłumaczenia" nawet nie próbuję zrozumieć ("Jesienna dziewczyna")). Film raczej łatwy, ciekawie nakręcony i z fajną choreografią. Pokazuje niewielki wycinek z życia artystki, gdy stojąc na szczycie, była wszędzie rozpoznawana. Nie jestem jednak pewien, czy moi angielscy koledzy zrozumieli by cokolwiek, czyli kim była i w jakich czasach żyła.

Stambuł. Zima.

Zima rozgościła się na dobre w całej Turcji. Grecy i Włosi mają podobnie. Mnie biały puch i chłód na początku śmieszyły, ale szczerze mówiąc jestem już nim zmęczony, poza tym siadły mi zatoki i leje mi się z nosa i od tego drapie w gardle. Sobota miała być zabawowa, miał być masaż i tańce, a zamiast tego są ciepłe napoje i jakieś tam witaminy, węgle, cynki, pierdulinki i wkurw. Shit! (*・~・*) Wkurzam się też okropnie tym, co w Polsce. Dwa miesiące temu otworzyłem tam konto bankowe, żeby ułatwić ludziom płatności no i każdego dnia na tym tracę. Złotówka leci na pysk... Jak tak dalej będzie, to zwyczajnie zrezygnuję z polskiej waluty. Źle się dzieje. Pomoc bez mądrości jest bezmyślnym rozdawaniem, które na dłuższą metę wszystkim zaszkodzi. Ludzie stracili balans i to, co się w tej chwili dzieje jest obrazem działania histerycznego. Trzeba wiedzieć, że najlepiej dać wędkę, a rybę tylko w wyjątkowej sytuacji i to przez krótki czas. Polacy rozdają same ryby, odejmując sobie od ust. A to już ...

Stambuł. Pieprzyć płeć i zasady.

Turcy (przynajmniej ci z największego miasta) są bardzo elastyczni i nie lubią jakichkolwiek form przymusu. Gdy pojawia się jakaś reguła ograniczająca ich wolność, natychmiast protestują. A widzieliśmy tych protestów wiele. Wczoraj na przykład że trzy i wszystkie bardzo pokojowe, z wyjątkiem krótkiego incydentu, gdzie widziałem i nawet nagrałem bójkę. Biły się dwie  grupy niewiast, za wykrzyczane słowa (których nie rozumiałem), a policja ich ochraniała. Zabawne w sumie. Zaskoczeniem są kluby LGBT. Jest ich więcej niż w Londynie, chociaż są mniejsze powierzchniowo. Ludzie tu od razu tańczą i śpiewają i z ogromną łatwością nawiązują kontakty. Nie mam z tym problemu, ale nigdy tak szybko nie poznawałem ludzi.

Stambuł. Miasto przyjazne zwierzętom.

W Istambule ludzie zwracają się do siebie z szacunkiem. Tak samo, traktują zwierzęta. Budują psom i kotom budy, ptakom stawiają karmniki. Jest to powszechne, wszędzie obecne i naturalne. Piękna cecha! Wszyscy (bo Aneta jest wciąż z nami) stwierdziliśmy, że panuje tu harmonijną atmosfera. Czuć ją w powietrzu. Poza tym nikt się tu nie spieszy, a ludzie pracują w naturalnym rytmie, są życzliwi, uśmiechają się do siebie i jest to uśmiech naturalny. Przyjechaliśmy tu z Europy, w której grzeczność jest wymuszona. Tutaj jest czymś naturalnym. Dzisiaj obserwowałem ludzi, bardziej uważnie niż wcześniej i zobaczyłem, że są szczęśliwi. Ja też tu jestem szczęśliwy. I Marcin.

Stambuł. Miłość od pierwszego wejrzenia.

Wiedzieliśmy, że Stambuł jest miastem pełnym życia, gdzie kultury, płynnie mieszają się ze sobą. Jednak nie myśleliśmy, że tak nam się tu spodoba. Dzięki temu, bardzo przychylnie i z nadzieją patrzymy na Turcję. Podoba nam się tu wszystko. Są tutaj miejsca, gdzie można znaleźć spokój oraz takie, w których jest jak w ulu. Można żyć w świecie świata zachodniego, lub przenieść się do azjatyckiej rzeczywistości. Można wszystko. 

Sofia. Czas szybko płynie.

Tak, jak w tytule. Czas płynie jak zwariowany i chociaż nie widać tego w ciągu dnia, to gdy miesiąc się kończy, zawsze się dziwimy.  Jednym z pomysłów Marcina, jest kupienie domu w Bułgarii. Nie jestem przekonany, czy to najlepszy pomysł, ale postanowiłem się nie wtrącać, mimo że nie mamy rozdzielności majątkowej. Chcę jednak, żeby ta część pieniędzy i decyzje z nią związane należały do niego. Tak myślę, jako mąż. Ale jako przyjaciel kręcę nosem, bo bułgarska wieś jest naprawdę uboga i niewiele się tam dzieje. Tylko Sofia (i być może kilka innych, turystycznych miast) są pełne życia. Wsie przez które przejeżdżaliśmy, wydają się opuszczone lub bardzo biedne. Z drugiej strony w takich spokojnych i niedrogich miejscach, może można by było otworzyć centrum jogi, ośrodki szkoleniowe, lub inne podobne rzeczy? Sam nie wiem. Weekend miałem wolny, ale dzisiaj pracuję. Przygotowuję się do zajęć. Szkolenia on-line mam już wyprzedane do końca roku, więc jako takiego, dłuższego urlopu nie będę ...

Sofia. Jak w kurorcie.

Sofia jest póki co największym zaskoczeniem w naszej teraźniejszej podróży. Ta sytuacja pokazuje, jak bardzo się mylimy, myśląc o krajach wschodniej Europy i jak różna jest rzeczywistość od naszych wyobrażeń i oczekiwań. To co zobaczyliśmy to miasto pełne szerokich deptaków, obszernych placów, gdzie kawiarnie i restauracje znajdują się na każdym kroku. Ludzie świetnie się tu ubierają i mają bardzo dobrą prezencję. Mówią w wielu językach i czują się częścią świata. Jest tu czyste powietrze, a z okien widać wysokie, ośnieżone szczyty górskie (co już w ogóle spowodowało głośny opad szczęki). Woda z kranu jest smaczna, a w niektórych miejscach znajdują się publiczne krany, z których czerpie się "wodę leczniczą", zawierającą wiele minerałów. Ludzie podchodzą tam z butelkami lub kubkami i wypijają mineralna na miejscu (musimy spróbować).

Bukareszt. Willa Ceaușescu.

Willa Ceaușescu z zewnątrz wygląda na mniejszą, niż jest w rzeczywistości. Na Facebooku, na grupie "Podróże małe i duże" zamieściłem kilkadziesiąt fotek, które pokazują wnętrza większości apartamentów, znajdujących się w tym niezwykłym budynku. Małżeństwo Ceaușescu mieszkało w willi z trójką dzieci: córką Zoią i synami, Valentinem i Nicu. Każde z nich miało tam swój apartament, składający się z minimum: sypialni, salonu, garderoby i łazienki. Garderoba Eleny była największa i naprawdę imponująca. W posiadłości pracowało jedenaście osób, które przychodziły rano i kończyły pracę wieczorem. Dyktator nie miał zbyt dużej ochrony, ponieważ uważał, że jest kochany przez swój lud. Historię wszyscy znają, więc nie muszę pisać, jak się to wszystko skończyło. Pamiętam transmisję egzekucji dyktatorskiej pary w polskiej telewizji. W chwili obecnej żyje Valentin Ceaușescu, który (skoro piszę o willi) zajmował pokoje na parterze. Ma 74 lata i jest fizykiem. Gdy stracono jego rodziców, zosta...

Bukareszt. Muzeum wsi.

Bukareszt i Rumunia bardzo nam przypadły do gustu. Marcin stwierdził nawet, że podoba mu się tu bardziej, niż na Węgrzech. Ja postanowiłem lubić oba kraje tak, jak można lubić dwoje przyjaciół. Muzeum wsi rumuńskiej, przebiło moje oczekiwania. Lubię wieś i "podróże w czasie", dlatego naprawdę cieszyłem się z każdej chwili spędzonej w tamtym miejscu. Wiejskie chaty, pochodzące z różnych miejsc i okresów, najczęściej oryginalne i w pełni umeblowane, kościoły, cerkwie, stodoły, młyny wodne, zagrody... Naprawdę dobrze to zrobili. A ludzie w Rumunii kolorowi, zadowoleni, bez spiny i fałszywego ugrzecznienia, zwyczajni, sympatyczni i pomocni. Jakoś tak wszystko na tak. Ps. Za dużo pracuję...

Budapeszt. Praca i życie nocne.

Pracuję na pełnych obrotach, ale na pół etatu, z porywami do trzech-czwartych. Marcin spontanicznie, przejął obowiązki domowe. Dobrze, że potrafimy się dopasować, bez konieczności gadania. W Budapeszcie, tak jak w Warszawie, reżim sanitarny jest fikcją. Nikt niczego nie sprawdza i nie narzuca. Kluby są pełne, a restauracje pękają w szwach. Często trzeba stać w kolejce, zwłaszcza wieczorem, żeby coś zjeść. I pijalnie wina, mimo że stosunkowo drogie, zawsze są zapełnione po brzegi.

Budapeszt. Podróże w czasie.

Budapeszt jest pięknym miastem. Gdy nie pracuję*, podziwiam jego aurę i napawam się unikalną atmosferą. Nie wszyscy bowiem wiedzą, że rozkoszuję się w czasach PRL, kiedy z mojego punktu widzenia, żyło się wygodniej i zdecydowanie wolniej. Tutaj chciałbym jeszcze zaznaczyć, że polityką się nie zajmuję (zawsze jest na co narzekać, lub przez coś cierpieć, a ja tego nie robię). Muzeum Historyczne okazało się ogromne, jednak najwięcej czasu spędziliśmy w skrzydle z wystawami z lat siedemdziesiątych. Poza tym zwariowałem, przy propagandowych plakatach - to prawie mój fetysz. Wieczór spędziliśmy na spokojnie. Musiałem ogarnąć wiele biurowych rzeczy i przez kilka godzin pracowaliśmy z Marcinem i moją mamą, korzystając ze świata wirtualnego. * Prowadzę firmę od poniedziałku do soboty, od 4 do 6 godzin dziennie, wliczając w czas pracy służbowe rozmowy telefoniczne i na What's up.

Budapeszt. Życie nocne.

Nie od dzisiaj wiadomo, że media piszą bzdury, co tak naprawdę powinno być karane. Jeżdżąc po świecie widzimy, jakich spustoszeń dokonał strach, produkowany przez rządy (mające w tym interes) i rozsiewany przez media (trzepiace na tym kasę). Tymczasem wjechaliśmy do Budapesztu zwyczajnie, zrobiliśmy zakupy, zameldowaliśmy się w wynajętym apartamencie i poszliśmy do knajpy. Nikt niczego nie sprawdzał (szczepień, paszportów, testów) i niczego nie nakazywał (dystansowania się, noszenia masek i innych nienaturalnych zachowań). Gdyby w mediach nie pierdolili o jakimś wirusie i wzrostach zachorowań, to co piszę, nie miałoby sensu. Mamy piękną pogodę. Chyba zaczęła się tu wiosna, bo w dzień temperatura sięgała osiemnastu stopni. Rano, po śniadaniu, poszliśmy na wódkę a potem na słoneczny spacer czystymi ulicami węgierskiej stolicy.  Potem pracowałem, siedząc przy piecu kaflowym, ogrzewającym cały apartament. A życie nocne? Bo prawie zapomniałem napisać. Wszędzie mnóstwo ludzi, knajpy kwit...

Budapeszt. Walentynki.

Szczęśliwych Walentynek - bądźcie szczęśliwi i czujcie się kochani. To bardzo ważne. Budapeszt jak zwykle piękny. Przywitało nas błękitne niebo i całkiem wiosenna pogoda. Czyste ulice, uśmiechnięci ludzie i brak szaleństwa w oczach (co jest w tej chwili charakterystyczne dla mieszkańców Europy Zachodniej. W związku w powyższym obaj pomyśleliśmy sobie, że nadchodzi rozkwit wschodu i nacjonalizmu. A tymczasem świętujemy walentynki.

Warszawa. Warsztaty.

Trwają warsztaty w Warszawie. Mianowalem dwie nauczycielki, więc nareszcie mam pomoc i nie robię wszystkiego sam. Cudowne dziewczyny. Marcin również dwoi się i troi powodując, że wszystko działa jak należy. 

UK-Belgia. W drodze.

Wyjeżdżamy na jakiś czas, przede wszystkim odpocząć od Londynu i szalonego tempa życia, które zaczęło nas wypalać. Marcin będzie miał wakacje, a ja będę pracował zdalnie, bo jeść jednak musimy. Ale znajdę mu zajęcie. Nie mamy żadnego planu. Po prostu będziemy decydować o tym, gdzie chcemy być, z dnia na dzień. A jak nam się znudzi, gdzieś się osiedlimy, albo wrócimy do Anglii, jeśli za nią zatęsknimy. Nie mam jednak pojęcia, kiedy do tego dojdzie.

Londyn. Fu*k you very much.

Burmistrz Londynu, Sadiq Aman Khan, nie raz udowodnił, że lubi siać strach. No i gdy zniesiono wszystkie restrykcje, ustawił billboardy w metrze, z nakazem zakrywania ust i nosa. Odpowiedź Londyńczyków jest jednoznaczna. Nikt masek nie wkłada.

Londyn. Szał ciał.

Mieliśmy iść na kolację z Angie, ale się biedaczka rozchorowała. Zjedliśmy wiec wszystko sami i poszliśmy na dyskotekę. Bramkarz (czarny, barczysty, starszy pan) wpuścił nas „warunkowo”, bo od piętnastego stycznia trzeba wchodzić z ID. Oszaleli. To już naprawdę jest jakaś choroba umysłowa! Oczywiście chodzi o nasze bezpieczeństwo… Z paszportem chodzić do knajp nie będę, a dowodów tożsamości w UK nie ma. Nie mamy tutaj „dowodów osobistych”.  Poza tym wypiliśmy dużo, za dużo wina i chociaż już mieliśmy mocno w czubie, w drodze do domu wstąpiliśmy na jeszcze jedną butelkę do dzielnicowego pubu, w środku nocy.

Londyn. Wieczorne hulanki.

W moim osobistym kalendarzu pojawiła się kolejna data, która stała się świętem. Wieczorem celebrowaliśmy to ważne wydarzenie po swojemu, pijąc po jednym piwie w kolejnych klubach na Soho. Powód do świętowania pozostawię dla siebie. Mieszkanie wyglada tak, jakby przeszedł po nim huragan. Wyprowadzamy się za kilka dni i tym razem, zamiast do przechowalni, wszystkie rzeczy postanowiliśmy wyrzucić. To znaczy Marcin postanowił, a ja pozwoliłem mu zasiąść na tronie. No i niech rządzi. Na szczęście mamy sąsiadów podobnych do szarańczy. Czego byśmy nie wystawili, to i tak wezmą. To co zostawiamy zmieściło się w dwóch niewielkich pudłach. Znajdują się tam buddyjskie książki, które nie są dostępne wirtualnie, kilka bardzo osobistych pamiątek i podarunków oraz dokumenty, których się nie możemy pozbyć. Trafią do naszej przyjaciółki-sąsiadki.

Londyn. Nowy Rok 2149.

Dzisiaj rozpoczął się Nowy Rok Tybetański - 2149. Dla mnie i Marcina to ważniejsza data i święto, niż ta że stycznia. Obchodzimy ją jednak jako "święto wewnętrzne", jeśli  przebywamy w Europie. Rozpoczął się okres panowania Wodnego Tygrysa w męskim aspekcie. Następne dwanaście miesięcy będzie łaskawe dla nowych idei, pasji i odwagi. Będzie to też czas próby dla tych, którzy nie mają odwagi, by coś w sobie zmienić. Pracuję. Dużo za dużo, ale już od następnego miesiąca mam zamiar zwolnić. Zaplanowałem sobie wykłady i spotkania ze studentami tak, żebym mógł żyć i korzystać z czasu wolnego, którego teraz prawie nie mam.

Londyn. Życie codzienne.

Od powrotu do Londynu z służbowej podróży, pracowałem. Udało mi się skończyć autorską mapę stóp i nanieść poprawki, z którymi żaden grafik sobie nie poradził. Jestem z siebie dumny. Poza tym chorowałem na Covid, który przywlokłem z Polski. Na szczęście test pozytywny wyszedł mi dopiero później, a samo chorowanie skończyło się na katarze i lekkim osłabieniu, które już minęło. Osoby niezaszczepione i ich rodziny miały podobne symptomy, z dodatkowymi atrakcjami: bólem głowy i gorączką. Wszyscy już wyzdrowieli. Przypominam, że z powodu tego przeziębienia wprowadzono segregację obywateli, domowe areszty, oraz przeróżne formy nacisku i zastraszania na całym świecie. Zabawa trwa. A w Londynie mamy słońce i plus piętnaście. Za 10 dni mam szkolenie w Warszawie, a potem jedziemy z Marcinem na urlop (na którym ja będę musiał pracować online). Rozważamy przeprowadzkę, przynajmniej tymczasową, ale jeszcze nie wiemy gdzie. Póki co będziemy się rozglądać. Przychylnym okiem patrzymy na Gruzję, ale pra...

Londyn. Biuro rzeczy znalezionych.

Czterdzieści pięć dni temu, jechałem wstawiony metrem do domu i zgubiłem telefon. Wypadł mi z kieszeni i gdy się zorientowałem, byłem już w innym wagonie. Musiałem kupić nową komórkę (starszy model iPhone’a) i instalować wszystkie aplikacje, co zajęło mi chyba dwa dni. Moje zdziwienie nie miało granic, gdy otrzymałem telefon z londyńskiego biura rzeczy znalezionych. Uprzejmy pan poprosił mnie o potwierdzenie pewnych danych i natychmiast wysłał telefon kurierem. Jestem naprawdę od wrażeniem! Oprócz tego siedzę w domu i pracuję, w zasadzie ciagle. Marcina znów nie widzę, bo prawie nie wychodzi z pracy. Dlatego też postanowiliśmy wyjechać. Na jakiś czas przynajmniej.

Londyn. Home sweet home.

Ponieważ bardzo często podróżuję, mój nos boli od środka i czasem czuję posmak krwi. Gdybym powyższe zdanie napisał dwa lata temu, ludzie pomyśleliby że oszalałem, lub często wyciągam kokę… Testy wychodzą negatywnie, ale nie czuję się najlepiej. Zatoki zwariowały i zaczęły zalewać mnie niewyobrażalną ilością białej wydzieliny. Boli mnie gardło i zmienił mi się głos. Dla bezpieczeństwa innych zostałem w domu; zresztą mam tle pracy, że i tak bez względu na okoliczności, musiałbym siedzieć przed komputerem. Marcin się izoluje. W pracy wykryto wirusa, miał kontakt, wiec kibluje do środy. A w przyszłym tygodniu wszystko się zmienia i nawet z pozytywnym wynikiem nie będzie kwarantanny. Czyste szaleństwo. 

Bruksela. Zmęczenie.

Znowu tu jestem. Szare ulice i niezbyt dużo ludzi. Nigdy nie doświadczyłem tłumów w Belgii, ale teraz ulice są naprawdę puste. Może dlatego, ze jest zimno? Mam nadzieję. Po intensywnej pracy czuję zmęczenie. Objawia się spadkiem nastroju, napięciem mięśni i pewnego rodzaju emocjonalnym odrętwieniem. Patrzę na świat z niesmakiem (tak to jest właściwe słowo). Zazwyczaj taki stan trwa kilka dni, po czym znów wpadam w wir życia. 

Kolonia. Szwabskie szaleństwo trwa.

Podczas, gdy w Anglii znoszą wszelkie możliwe restrykcje, nie wymagając nawet po pozytywnym wyniku testu izolacji, w Niemczech choroba psychiczna i manipulacja społeczeństwem trwa w najlepsze. Do klubu wejdziesz, po dwóch szczepieniach, tylko testując się na bramce. Od grzebania w nosie chroni tylko, krótkowieczne zaświadczenie o wstrzyknięciu bustera, czyli trzeciej dawki. Żeby kupić kawę w Starbucksie, musiałem oprócz kodu pokazać paszport! Debila zjebałem na czym świat stoi, posuwając się do (pewnie niesłusznego oskarżenia), że ma to we krwi po dziadku, który gnębił mojego dziadka w Oświęcimiu. Lałem jadem tak długo, aż spuścił wzrok i powiedział, że musi to robić. Po suchym „Nie. nie musisz”, dałem mu spokój a mnie ulżyło i jakoś poczułem się tak cudownie. Kolonia jak zwykle spokojna. Czekam na kiełbaskę, grillowaną z dużą ilością niemieckiej musztardy. Ps. Wszystkim babciom, w dniu ich święta, samych słodyczy.

Warszawa. Praca.

Praca może być przyjemnością tak dużą, że nie czuje się jej nadmiaru. I choć siada mi głos, bo ciagle gadam, bolą mnie palce od zbyt dużej ilości refleksologicznych sesji, to jestem szczęśliwy.  Ludzie są świetni: pełni pasji, dobrej energii i pozytywnego zakręcenia. Bardzo mi tego brakowało i cieszę się, że w cholerę rzuciłem pracę w szpitalu. Bycie managerem psychiatryka okazało się zbyt stresujące. A teraz, rozkręcając własną działalność podróżuję, wykładam i przyjmuję klientów, którzy szukają u mnie pomocy. Jak to mówią, chwilo trwaj!

Warszawa. Życie nocne.

Polska nie zawiodła mnie wcale. Czytając dwa poprzednie wpisy, można stwierdzić że świat oszalał. A jak wyglada w Polsce życie nocne? Powiem tak: BRAWUROWO! Życie w gej ojczyźnie kwitnie, jak za dawnych czasów. Na łopatki kładzie całą UE, przegrywając tylko  z Londynem, gdzie chlanie i łajdactwo jest jak powietrze dla tlenowców.  W Warszawie kluby pękają w szwach. Ceny drinków tanie, ludzie gadatliwi, barmani znają się na rzeczy, restrykcji brak. Wszystko otwarte prawie do białego rana…

Berlin. Życie nocne.

Stolica Niemiec pokazała wielkiego, napuchniętego fucka całej śmietance rządzącej. Życie kwitnie w odmętach, w podziemiu, bez żadnych ograniczeń. Bardzo do w sumie podniecające. W hotelu posiłek przyrządzano mi w sterylnych warunkach. Patrzyłem z rozbawieniem na dwóch Azjatów, uzbrojonych niczym postaci z filmów sci-fi , nakładających plastry szynki na talerz. Oni naprawdę byli cali w folii, w maskach, rękawiczkach i przyłbicach. W metrze policjanci sprawdzali „status szczepienia”. A później? Później wszedłem do zatłoczonego pubu. Ktoś tańczył, ktoś się obmacywał, ktoś próbował robić striptiz. Ludzie palili papierosy, pili lub oblewali się piwem i generalnie zachowywali się tak, jakby nadchodził koniec świata. Odwiedziłem trzy lokale i w każdym było tak samo. Nigdy jeszcze nie widziałem takich Niemiec…

Bruksela. Życie nocne.

Życie nocne, a w zasadzie wieczorne jest zaskakująco w Belgii urozmaicone.Wszystko działa i wszędzie tłumy. Do dwudziestej trzeciej. Bo gdy zegar wybije jedenastą, jak w jakimś jebanym Kopciuszku, czar pryska. Ludzie naprawdę prawie buty gubią, żeby zdążyć na transport. Zjadłem w metrze: jakiś rodzaj pieczywa chrupkiego i suszone kiwi. Ser kupiłem, ale zgubiłem. Nie wiem jak. Pewnie w ogóle nie włożyłem do siatki. Ser odżałuję, ale słuchawek jakoś nie mogę. Dopiero Marcin mi kupił w prezencie, a ja oczywiście gdzieś posiałem.