Przejdź do głównej zawartości

Posty

Nowy Jork. "Prysła cienka nić".

Większość bezdomnych nowojorczyków ma więcej niż jedną pracę. Widzę ich. Chodzimy z Marcinem po pięknie oznaczonych ulicach, które są jednocześnie otwartą przestrzenią mieszkalną dla wielu. Czym jest bezdomność w Nowym Jorku? Mnóstwo ludzi śpi zwyczajnie na chodnikach, w śpiworach. Niektórzy budują sobie budy dla ludzi z kartonów, ci którzy lubią się osiedlać tworzą trwalsze konstrukcje, na przykład pod mostami (w parkach nie można). Pracujący bezdomni, żyją nieco inaczej. Jedzą w restauracjach, myją się gdzieś w publicznych toaletach i śpią oraz mieszkają albo w samochodach, które parkują tygodniami w tym samym miejscu, albo gdzieś w cichych miejscach, poza centrum. Marcin zwrócił uwagę na ludzi siedzących na Manhattanie w autach, które zaczął rozpoznawać. W środku "kierowcy" pracujący zdalnie, korzystając z darmowego, ulicznego Wifi... Jest jeszcze jedna, ogromna część społeczeństwa. Ludzie z problemami psychicznymi lub emocjonalnymi. Ameryka nie pomaga słabym. Tutaj można ...

Nowy Jork. Pride and prejudice.

Poszedłem do klubu. Sam. Mieliśmy trudny dzień. Zdarza się w związkach. Jestem zmęczony nadmiarem obowiązków, a Marcin nie kwapi się do pracy. Przyczepił się Ted. A potem Steven. No i opowiadali różne rzeczy. W końcu Steven, chciał chyba wygrać (mnie?) I rzucił "mata": - Jestem milionerem - spojrzał mi w oczy. Mogę wiele..  Zapanował cisza (wsrod nas, bo inni bawili się dalej). Ted odpuścił, a ja zapadłem w konsternację. Policzyłem to, co mam . - Ja też jestem milionerem. Teraz jestem. Kiedyś nie bylem. Nie pochodzę z bogatej rodziny... - powiedziałem w końcu. I też mogę wiele. Ale kasa to tylko efekt uboczny pracy. Lubisz swoją? - Chyba żartujesz - odpowiedział - kto lubi swoją pracę? Ja - zaśmiałem się - lubię wszytko w mojej pracy. Chyba się obraził...

Nowy Jork. Spacery.

Fajna jest wyspą Manhattan. Przez ostatni miesiąc schodziliśmy ja wzdłuż i wszerz, poznając prawie każdą uliczkę. Nowy Jork jest bardzo różnorodny. Dla nas jest to bardzo ważne. Ta różnorodność... Nie znoszę monotonii, bezruchu i szarzyzny. Marcin chyba też nie, choć jego chyba stagnacja tylko męczy. Mnie zaś zabija. Jestem człowiekiem nienasyconym. To dobrze i źle, jednocześnie. Sypiam coraz mniej i bardzo nie lubię tej fizjologicznej potrzeby. Pięć godzin hibernacji uważam za wielką stratę czasu.  Wracając do Manhattanu. Moją ulubioną dzielnicą jest West Village, Marcina Chelsea. Obie są pełne klubów, restauracji, targów, ulicznych biznesów i fajnych ludzi. Są niżej zabudowane i da się tam ładnie mieszkać. Apartamenty mają duże oka i generalnie jest swojsko. Lubimy jeszcze (i tam najczęściej się bawimy) Hell's Kitchen. Śmieszna nazwa jak na dzielnicę (Diabelska Kuchnia), ale w przeszłości była wylęgarnią światka przestępczego i stacjonowała tam mafia irlandzka. Teraz jest jednak ...

Nowy Jork. Życie kulturalne.

Nasz znajomy (a w zasadzie znajomy przyjaciółki) Ted, polecił nam odwiedzić słynne centrum Lincolna, dla sztuk scenicznych. Akurat grali Aidę, jedną z moich ulubionych oper Giuseppe Verdiego. Kupiliśmy więc bilety, długo szukając stosownego miejsca (w rezultacie okazało się świetne).  Przedstawienie z rozmachem, świetne głosy, zjawiskowa sceneria (pierwszy raz w życiu widziałem żywe konie na scenie i takie tłumy ludzi - kilkuset statystów). A jeszcze (również po raz pierwszy w życiu dla mnie) w oparciach foteli wyświetlały się napisy. Więc każdy wers był zrozumiały. Dobrze wydane pieniądze.  Opera nowojorska jest jedną z największych na świecie. W 1966 została przeniesiona do nowoczesnego centrum i mieści się pomiędzy ulicami 62 i 65 (wejście od Columbus Avenue).  Jeśli chodzi o nowojorską ofertę przedstawień, to jest o wiele większa niż londyńska. Ilość oferowanych spektaklów liczy się w setkach. Amerykanie uwielbiają występy na scenie i nawet w małych klubach, każdego w...

Nowy Jork. Życie nocne

Życie nocne w Nowym Jorku jest bardzo bogate, ale mniej perwersyjne, niż w Europie Zachodniej. Na całą metropolię przypada tylko jedna sex sauna, która ma dość niskie rekomendacje. W klubach poza nagimi tancerzami, niewiele się dzieje w tym zakresie. Są ciemne miejsca, gdzie można robić to, na co się ma ochotę z kim popadnie, ale patrząc na wszystko z perspektywy Amsterdamu, Paryża, Barcelony czy Londynu, jest jak w kościele.  Teraz w dobie PreP i PeP, wszyscy w Europie pieprzą się bez opamiętania, bo tabletki chronią ich prawie w pełni przed HIV. Poza tym są zabezpieczenia innego rodzaju, szeroko stosowane, a chroniące przed mniej groźnymi wirusami. Tutaj jestem mocno zdziwiony. Fetysze są ograniczone do zabawnych gierek, a nawet jak byłem ostatnio we Wrocławiu, to zapraszano mnie na fetysz party z pieskami (pieski to panowie w maskach psów i ogonkami, wiecie gdzie). W NYC jest znacznie porządniej. Wszystkie cuda i perwersje dzieją się na drugim wybrzeżu, w San Francisco. Jeśli ch...

Nowy Jork. American Dream.

W końcu pozwalam sobie na wolne, a chodzenie po ulicach Manhattanu, sprawia mi przyjemność. Często też przesiaduję w Central Parku, odkrywając jego różnorodność. Nowy Jork jest najprostszym miastem, jeśli chodzi o komunikację. Ulice mają numery, które są logicznie uporządkowane. Nie da się zgubić. Poza tym transport jest świetny. Nie dostrzegłem korków. Powietrze jest czyste i ulice też. Trochę mnie to zaskoczyło. Marcinowi miasto bardzo się podoba, choć on ma zupełnie inne potrzeby od moich. Ale mamy też zbiory wspólne. Na przykład dzisiaj spędziliśmy pół dnia oglądając miasto z góry, z wieżowca.  

Nowy Jork. Majówka.

Maj zaczął się od bardzo wiosennej pogody. 15 minut deszczu i 45 minut słońca. Wszystko kwitnie i pachnie. Studzienki buchają parą, a sygnały radiowozów, karetek i wozów strażackich, tworzą melodię miasta. W Nowym Jorku zostaniemy do końca miesiąca, ale coraz bardziej myślimy o przeprowadzce tutaj. To miasto spełnia nasze potrzeby. Jako jedyne na świecie. Drugi na liście jest Paryż, potem Londyn. Jeszcze pomyślę...  Od jutra ma być raczej tylko pięknie, więc czekamy na słońce i wszystkie cudowności związane z majem. 

Warszawa. Nie samą pracą, człowiek żyje.

  Tytuł przedni, ale gdybym po 10-godzinnym dniu pracy szedł spać, albo potrzebował odpoczywać, nie miałbym żadnego życia nocnego (co dla mnie jest essential). Więc jest tak: od poniedziałku do czwartku, nagrywam filmy z wykładami i krótkie tik toki oraz prowadzę zajęcia online. W piątki generalnie się gdzieś przemieszczamy i przygotowujemy wszystko do warsztatów. Sobotę i niedzielę spędzamy w sali szkoleniowej, gdzie prowadzę zajęcia, a Marcin ogarnia resztę spraw. Szaleję (my) w piątki i soboty. Błogosławieństwem jest to, że nie miewam kaców.

Wrocław - Gdynia. Praca.

Nie mam czasu na cokolwiek poza pracą, w tym miesiącu. Cały czas albo uczę, albo nagrywam, albo podróżuję służbowo, ogarniając biurokrację w cudownie powolnych pociągach. Marcin zajmuje się organizacją wszystkiego, ja nawet sobie już herbaty nie robię, tylko ją dostaję. Ale zrobienie sobie napoju wymaga czasu, którego teraz nie mam.  Generalnie kocham swoją pracę.

Częstochowa. Urodziny.

Mama z Marcinem i ojcem gotowali przez cały dzień, żeby zdążyć że wszystkim na moje urodziny. Ja z Anetą włóczyłem się po częstochowskich knajpkach. Pustki, ale przynajmniej lokalne piwo dobre, a barmani mili.  W urodziny poszedłem na zakupy, przede wszystkim alkoholowe. Odebrałem też ogromny, tęczowy, bezcukrowy, bezglutenowy tort (chyba także bez nabiału). Okazał się zjawiskowy! A potem dmuchaliśmy balony. Tak sobie wymyśliłem i udekorowałem mieszkanie jak salę weselną.  Rodzice przyjechali z wałówką o 16:30. Trzeba było zamawiać taksówkę, żeby dali radę to wszystko przetransportować. Jedzenie nie zmieściło się na stole... Dobrze, że było zimno i wiele garów wystawiliśmy na balkon.

Gdynia. Szósta rano.

O szóstej rano w Gdyni panuje spory ruch. Byliśmy przez chwilę zdziwieni (wykazując się brakiem wyobraźni), jednak szybko dotarło do nas, że ludzie idą do pracy. Rzesze ludzi. Tup... tup... A my do Częstochowy, bardzo porannym pociągiem. Okazało się, że bez wagonu restauracyjnego. Dziewięć godzin o suchym pysku to tak sobie. Zabijałem czas słuchając książki "Babel". Jestem w jednej trzeciej i już wiem, że to ciężkostrawna sardynka. Jak kurwa można puścić pociąg bez choćby wózka z wodą i przekąskami? Co nie tak jest z tym krajem, z tymi spółkami, z tym chamstwem tutaj, właściwym dla każdego rodzaju obsługi klienta? Całe społeczeństwo zwaśnione, upolitycznione, wgapione w telewizory i żyjące wiadomościami i rozpaczą w związku z Ukrainą i "nagonką" na Wojtyłę? Ciągle powody do smutku... Ostatnio przeżyłem poważny kryzys, w związku z pobytem (na szczęście krótkotrwałym w zamiarze) w Polsce. Chciałem się zrelaksować, napić piwa, pogadać z nieznajomymi o niezobowiązującyc...

Gdynia. Codzienność.

Dopada mnie jakieś uczucie niezadowolenia. Przemęczenie? Początek wiosny? Brak wystarczającej ilości snu? Wszystko na raz? Być może. Kupiłem sobie wczoraj melatoninę, ale w ogóle nie powstał żaden rezultat. Spałem płytko, krótko, do czego przyczynił się dodatkowo Marcin. Musimy coś zrobić z jego chrapaniem i zespołem niespokojnych nóg. Dzisiaj naprawdę było ciężko. Spałem może trzy godziny i niestety to odczuwam. Muszę odstawić chleb. Znaleźć jakąś jego restaurację bez pieczywa, o co w Polsce nie będzie łatwe. Po tygodniu pobytu w Europie zaczynają męczyć mnie gazy... 

Warszawa. Praca.

Moje ciało ciągle odczuwa czas indyjski: budzę się o 5 i robię się senny po 21. Praca mnie pochłania. Jestem urodzonym nauczycielem, więc zmęczenie wiąże się z poczuciem spełnienia. Jest dobrze. Podobno przyciągam innych, gdy spędzą ze mną trochę czasu. Tak mówią.  Za dużo piję. Gdy przyjechaliśmy do Warszawy, zamiast odpocząć, pojechaliśmy na imprezę. Butelka whisky i dwugodzinny sen. Potem 10 godzin gadania i impreza ze studentami. W niedzielę, nie dość że zaczynaliśmy wcześniej, to jeszcze zmieniano czas, na letni. Ale dałem radę.

Gdynia. Dużo spraw.

  Ostatni tydzień w Indiach wypełniały przygotowania do powrotu do Polski i walka z wirusem. Gdy wracaliśmy z Waranasi do Delhi, w przedziale jechaliśmy z zainfekowaną rodziną. Naprawdę byli chorzy. No i dopadło Marcina. Jednak dałem radę go wyciągnąć w szybkim czasie. A potem był lot, a w zasadzie łączone loty, które rozwaliły nam zatoki (coś było z ciśnieniem w kabinie, bo łzy ludziom leciały podczas ładowania i każdy miał zatkane uszy, do bólu). W Gdyni, nasi przyjaciele przywitali nas jak królów. Zrobili nam obiad i zostawili w lodówce. Wzruszyło mnie to naprawdę. Teraz ludzie są tak płytcy, a przyjaźnie tak plastikowe, że stajemy się dla innych rodzajem newsów w mediach. Na internetach. Generalnie podjąłem decyzję, nieodwołalną, że ludzie którzy przestali pytać co u nas i ci, którzy nie wykazują zainteresowania, idą w odstawkę. Uczę tego innych, mówiąc "nie dzwoń, gdy robisz to zawsze ty; nie pisz jeśli to ty tylko pytasz, co słychać; nie staraj się utrzymać kontaktu z ludźmi...

Waranasi. Miasto przejścia.

Waranasi to chyba najdziwniejsze miejsce na ziemi. Lubię tu przyjeżdżać i być przez kilka dni. Po tygodniu trzeba uciec, bo inaczej, można tym wszystkim przesiąknąć.  Jest taki film "Między piekłem a niebem" i taka scena, gdy mąż idzie po żonę do piekła. Gdy ja znajduje, za wszelką cenę hce ją uratować, ale energia tamtego miejsca zaczyna dominować i biedak zaczyna tracić zmysły. Tutaj jest tak samo. Szaleństwo się udziela. Spotkałem kozła. Patrzył na mnie, więc uznałem, że trzeba się przywitać. Do zdjęć się uśmiechał i chyba mnie polubił.

Kathmandu. Holi

Holi to święto radości i wiosny, obchodzone przeważnie w dniu pełni księżyca. Marcin chory, tak jak większość ludzi wokół. Zadbałem o leki, jedzenie i wodę i poszedłem się bawić. Uwielbiam żyć tak, jakby jutro miał nastąpić koniec świata. Zawsze tak miałem.  Wikipedia podaje, że "święto rozpoczyna się przy ognisku Holika, gdzie ludzie zbierają się żeby śpiewać i tańczyć. Następnego dnia rano odbywa się karnawał kolorów, uczestnicy odgrywają pościg polegający na wzajemnym obrzucaniu się kolorowym proszkiem i wylewaniu na siebie kolorowych farb z wodą, podobnie jak podczas polskiego śmigusa-dyngusa. Ludzie odwiedzają przyjaciół, rodzinę i wrogów, żeby podzielić się radością oraz przysmakami tego święta. Festiwal jest uroczystym dniem, podczas którego ludzie wybaczają sobie błędy z przeszłości i zapominają innym wyrządzone krzywdy".  

Kathmandu. Wiosna w pełni.

Spadł deszcz, nad ranem. No i nagle wszystko zakwitło. Święto wiosny niebawem (Holi), więc przyroda się stroi. Uwielbiam ten czas.

Kathmandu. Trekking.

Sanjeeb (nasz przyjaciel od lat) wyciągnął nas na trekking w znajome miejsca. Tym razem przygotowałem prowiant sam, bo lokalne sklepiki oferują prawdziwe okropności. Zrobiłem kanapki z jajkiem i majonezem oraz z serem (z mleka jaka). No i banany jeszcze nepalskie kupiliśmy. Pycha. W Nepalu zaczyna się wiosna (tutaj jest to stan, gdy zaczyna być nieco wilgotno i wtedy zakwitają drzewa). Temperatura 27 stopni. Pięknie jest.

Kathmandu. Dom opieki.

  Praca z dziećmi, to jedna z moich pasji. Są wdzięczne i prawdziwe. Poza tym widząc pozytywny rezultat swoich działań, sam się uskrzydlam. Tak praca dodaje mi energii. Jak chcecie pomóc, przyjedźcie i pomóżcie, albo wpłaćcie kasę na ich konto. Te dzieciaki naprawdę potrzebują wsparcia. Ich strona:  New Life A o tym co tam robiłem, napisano  tu.

Kathmandu. Therapy Camp.

  Ostatnio ciągle pracuję. Ludzie mi piszą, że nam fajnie, bo mamy czas na wypoczynek. Ale my nie jesteśmy na wakacjach i tego ludzie nie potrafią zrozumieć, bo praca kojarzy im się z wstawaniem o tej samej porze i wykonywaniem rutynowych czynności. A ja pracuję online, choć jak widać nie tylko. Przyjmuję też pacjentów odpłatnie i jak tylko mogę, pracuję charytatywnie, co sprawia mi wiele przyjemności. Lubię to, co robię. Więcej  tutaj.

Kathmandu. Lekarze i fizjoterapeuci

Spotkaliśmy się z naszą zaprzyjaźnioną ekipą specjalistów z Poznania, którzy pomagają Nepalczykom odzyskać zdrowie lub czynią, że ich życie jest bardziej znośne. Mnóstwo fajnych ludzi założyło tu Kathmandu Therapy Camp, przywozi protezy, wózki i inne przedmioty usprawniające poruszanie. Wielki szacunek!

Kathmandu. Thamel.

Thamel jest rozrywkową dzielnicą Kathmandu. Znajdują się tu dziesiątki muzycznych klubów, salony masażu, domy uciech, sklepy z pamiątkami i zagranicznymi towarami. Jest raczej drogo i zawsze głośno. Z dzielnicy, na której mieszkamy, jedzie się 20-30 motorem. Taksówką o 10 minut więcej.  Namówiliśmy Chandrani na wynajęcie hotelu na Thamelu, bo gdy jest się w Kathmandu kilka dni, to najlepsze miejsce. Thamel znajduje się w samym środku miasta i dojazd do wszystkich innych miejsc jest stąd najłatwiejszy. 

Kathmandu. Chandrani.

  Rudrani Chandrani poznaliśmy w New Delhi, wiele lat temu. Oprowadzała wtedy polską wycieczkę wojskowo - lekarską, po stolicy Indii. Zatrzymali się w tym samym podłym hotelu, w którym mieszkaliśmy, no i tak się wszystko zaczęło. Chandrani jest praktykującą hinduską pochodzenia polskiego. Przyjechała do Nepalu, żeby się z nami spotkać. Pokazaliśmy jej ładny Nepal, ten jeszcze nie zniszczony przez zafascynowanych zachodnim światem ludzi. 

Kathmandu. Powrót do brudnego domu.

Nasze mieszkanie zostało odnowione (budynek) i gdy przyjechaliśmy, poszerzali bramę wjazdową. Tego właśnie potrzebowałem. Hałasu i dźwięku piły od ósmej rano. Dodatkowo sąsiedzi sprzedali dom i nabywca rozpoczął remont. Dodatkowo powietrza w Kathmandu praktycznie nie ma a poziom zapylenia jest tak wysoki, że nie widać nawet wzgórz (za którymi piętrzą się Himalaje, których widok pamiętam z lat dawno ubiegłych). Wokół stupy ludzie chodzą w maseczkach. Ale to nie pomaga.  Denerwuje mnie ludzka głupota i brak poszanowania przyrody. Rok temu krakałem, że w Nepalu katastrofa ekologiczna wydarzy się jako pierwsza. W tym roku nie mam już co do tego wątpliwości...

Gorakhpur-Sonauli. Podróż do Nepalu.

W czasach postkowidowych, podróżowanie bywa kuriozalne a głupota i brak dobrej woli urzędników nie mają sobie równych. Z Gorakhpur, do granicy dojechaliśmy taksówką, za 2000 indyjskich rupii (108 złotych). Tanio, bo to ponad sto kilometrów. Urzędnik nie chciał nas wypuścić z Indii, bo nie mieliśmy... paszportów kowidowych (których nikt już oficjalnie nie wymaga). Ostatecznie po awanturze, zażądałem pieczątki w paszporcie, choć celnik krzyczał, że utkniemy na granicy nepalskiej i do Indii też nas nie wpuszczą. Aplikacje NHS (angielskie odpowiedniki polskiego NFZ) już chyba nie działają, musiałem więc wyczarować przepustki, co zrobiłem w drodze, na telefonie. No i tyle...

Nowe Delhi. Urodziny Marcina.

Urodziny Marcina świętowaliśmy w stolicy. Zjedliśmy dużo, za dużo, ale było smacznie.  Temperatura w Delhi jest o wiele niższa niż w Kerali i ludzie chodzą tu w kurtkach. My jednak nigdy nie ubieramy się do pory roku, tylko do warunków (28°C). I jest nam dobrze.

Fort Kochi. Upały.

Każdego wieczoru, na plażę schodzą się mieszkańcy i żegnają dzień. Nikt raczej słońca nie wita oficjalnie. W sumie to dziwne.  Upały w Kerali sięgają szczytów naszych tolerancji. Dzisiaj było już raczej nieznośnie. Siedziałem pod wiatrakiem i dałem się wyciągnąć Marcinowi na kawę, do klimatyzowanej ciastkarni. Chcieliśmy zamówić piernik, ale okazało się, że był zapleśniały... Wypliliśmy tylko kawę.

Fort Kochi. Nocne wizyty.

Ten kot na zdjęciu, jest złośliwym Hindusem (a nie wygląda). Wchodzi nam do walizek, pudeł i nie pozwala spać. A dzisiaj przeszedł samego siebie. Wyłamał moskitierę i wszedł przez wywietrznik, zaplątując się w jakieś kable. Krzyku narobił... Pomogłem. Ale jak zrobił to drugi raz o czwartej w nocy, dostał ścierą w łeb i na szczęście się obraził.

Fort Kochi. Po deszczu.

Deszcz padał kilka dni temu, przez kilka godzin, ale skutki tej anomalii pogodowej czuć do dziś. Przede wszystkim pojawiły się chmary komarów, z którymi nikt nie może sobie poradzić. My sami palimy kadzidła na tarasie i musieliśmy zdecydować się na silny środek owadobójczy - niestety działa połowicznie. Śpimy więc w namiotach z drobnej siateczki. W nocy zbliżyłem palec do materiału i natychmiast zostałem ugryziony. Teraz więc nawet na noc smarujemy się DEET'em. Masakra. Studzienki zapełniły się wodą i chyba się zapchały, bo woda w nich stoi. Całe szczęście, nie mieszkamy przy żadnej, bo walą tak, że odechciewa się oddychać. Poza tym jest gorąco i strasznie wilgotno, co wbrew pozorom nie jest takie fajne. Dzięki temu dostaliśmy potówek na ciele. Jednym słowem, zrobiło się kiepsko. No i z każdym dniem jest cieplej. Artyści uliczni zaczęli malować mury i stare budynki. Lubię graffiti, gdy nie są to tylko mazy.

Fort Kochi. Deszcz.

Spadł deszcz. Po dwóch miesiącach błękitnego nieba, nagle się zachmurzyło, a potem niebo rozbłysło i zaczęła się prawdziwą burza z ulewą. Było to całkiem przyjemne, bo deszcz ciepły a powietrze rozgrzane do czterdziestu stopni. Z uśmiechem mokliśmy, do przysłowiowych majtek. Ale martwię się. Bo deszcz w styczniu tu nie pada. Poza tym nikt go nie zapowiadał, ani się nie spodziewał. Ludzie zachowywali się dziwacznie. W pośpiechu zdejmowali pranie i zasłaniali tarasy... Od ponad trzydziestu lat nie padało w styczniu. Byliśmy tu wiele razy zimą i rzeczywiście, zawsze było tylko upalnie. A tu nagle trzy godziny deszczu. Niby nic, a jednak... kolejna anomalia pogodowa. Zanieczyszczenie powietrza w Indiach przekracza wszelkie normy, a śmieci walają się wszędzie. Gdy po raz pierwszy byłem tu kilka dekad temu, brud był ekologiczny. A teraz wszystko jest zanieczyszczone. Ryby pływają do góry brzuchami, psy i koty chorują na dziwne choroby skóry, a ptaki spadają z nieba. Widzieliście wcześniej, ż...