Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wrocław. Lato.

Upał taki, jak lubię. Inni oczywiście narzekają. Najczęściej ci, którzy psioczą na zimę. Malkontenci. W ogóle kto to myślał, żeby ciągle narzekać? Co oni z tego mają? W pociągu spotkaliśmy Natalię. Jechała w tym samym wagonie, co my. Znamy się z Nepalu i to naprawdę niezwykłe, spotkać się ot tak. To się nazywa karma.  Jutro zaczynam kolejne szkolenie. Jestem już tak zmęczony, że działam automatycznie. Kocham swoją pracę, ale wolę pracować mniej. Teraz działam na siłę. Poza tym bardzo dużo wydałem i potrzebuję pieniędzy.  W Częstochowie bez większych zmian. Ojciec nadal w szpitalu. Stan ciężki, lecz stabilny. Ma tak wiele chorób, że żyje cudem. Ale żyje. Odpompowali wodę, usunięto płyn z osierdzia, tlen pomógł poprawić działanie prawie obumarłych płuc, no i chyba jest lepiej. Nerki ledwo działają, no ale ruszyły. Wszystkie protezy w układzie krążenia jakoś pracują. Jelita po usunięciu kilkudziesięciu guzów też jakoś zipią, a do ciężkiej anemii organizm widocznie się przyzwyczai...

Londyn. Niedziela.

Musiałem przylecieć do Londynu ponieważ mam spotkanie, rano w poniedziałek. Spotkanie on-line.  Ponieważ teraz wszystko jest na dystans i nie można złożyć żadnego wniosku osobiście, wysłałem wszystkie dokumenty potrzebne do uzyskania nowego paszportu, pocztą. Dwie osoby musiały poświadczyć moją tożsamość, wysłać swoje numery paszportów i podpis, logując się przez oficjalną stronę rządową.  A teraz muszę z terytorium Zjednoczonego Królestwa, odbyć kompletnie bezzasadną rozmowę online. Będą zadawać mi pytania osobiste, które pomogą im ustalić że jestem osobą za którą się podaję. I nie mogłem kurwa mać zrobić tego z innego kraju. Bo przecież z terytorium innego państwa by się to nie liczyło. Brak mi słów i naprawdę nie wiem, kto wymyśla takie idiotyzmy. Jak już będzie po wszystkim na pewno złożę skargę i opiszę to szeroko.

Hel. Rowerowe szaleństwo.

Zgodnie z planem, wstaliśmy o 8:30 rano i po prysznicach i suplementacji, poszliśmy spacerem na prom, płynący do Helu. Po drodze kupiliśmy gruzińskie buły: Marcin z jagodami, a ja z wiśniami i czekoladą. Kawę wzięliśmy że Starbucks.  Prom z Gdyni do Helu płynie 55 minut, tak też było tym razem. Miasteczko było pełne turystów, dlatego od razu poszliśmy do wypożyczalni rowerów i wzięliśmy dwa "górale", jak to mówi Marcin.  Trasy rowerowe na półwyspie helskim są chyba najlepsze w Polsce. A już na pewno najprzyjemniejsze. Pierwszy stop zrobiliśmy sobie w Juracie. Nie zostaliśmy tam jednak długo, bo trwały remonty. W ciągu dwóch lat powstało kilka hoteli i ekskluzywnych domów, a nasza ulubiona lodziarnia zniknęła. W Jastarni zjedliśmy obiad w miejscu w którym stołowaliśmy się wcześniej. Kelnerkami były same Ukrainki, co nam w ogóle nie przeszkadzało ale punktacja na Google wyraźnie spadła z tego powodu. Za Chałupami, bardzo spragnieni wpadliśmy do sklepu i kupiliśmy napoje. W końc...

Sopot. Odpoczynek.

Ciepło, ale nie upalnie. Zjedliśmy śniadanie w domu: jajecznicę na boczku z ciemnym chlebem i ogórkami małosolnymi, własnej produkcji. Marcin poszedł później odebrać wyniki kolonoskopii*, ja zaś zająłem się pracą i nagrywaniem wykładu. Następnie pojechaliśmy do Sopotu na ulubione lody, oraz na długi spacer klifami i plażą. Kolację zjedliśmy w Gdyni, już po spacerze i wtedy nie odebrałem telefonu od mamy. Później znów dzwoniła i w końcu wysłała wiadomość, że ojca wzięła karetka z przychodni. Ma zapalenie płuc z powikłaniami, ciężką niewydolność serca i ogólnie jest słabo. Od szesnastej siedział na sorze i w końcu dali mu zastępcze łóżko, przed dziesiątą. Dostał również tlen. Poradziłem mamie włączyć serial i usnąć wczesniej, choć sam takie rady... No ale niby co ma robić? Michał, mój brat również jest w szpitalu od dwóch tygodni... C'est la vie. A my jutro wybieramy się na Hel. Chcemy płynąć, przejechać całość na rowerach, a potem wrócić pociągiem. W sobotę, albo najdalej w niedziel...

Gdynia. Dom?

Gdy jedziemy do Gdyni, Marcin mówi że jedziemy "do domu". Ja zupełnie tak nie myślę ani o Trójmieście, ani o Polsce, ani o żadnym innym miejscu na ziemi.  Szkoda że to wcielenie przyszło na świat tak wcześnie, kiedy jeszcze podróże między galaktyczne nie są możliwe. Teraźniejsze ja nadawałby się na przestrzenne wojaże, bez żadnej przynależności do kogokolwiek i czegokolwiek. W sumie nic straconego, jako buddysta wierzę w reinkarnację. Kolejne "ja" być może będzie miało szansę na takie wycieczki. Póki co, nieco odpoczywam. Mam zdecydowanie dosyć ludzi i z tego powodu chodzę sobie sam i słucham książek. Pogoda sprzyja takiej rozrywce, bo nie jest za gorąco, ani za zimno; słońce świeci i szum morza i wiatr od niego - uspokajają.  Jeśli chodzi o lekturę, to kończę drugą trylogię o Virionie, Ziemiańskiego. Pierwsza trylogia opowiada o jego młodości, drugą o sile wieku, a trzecia (niestety istnieje dopiero pierwszy tom) o schyłku życia. Nie zaczynam ostatniej części, bo p...

Kraków. Bioterapia.

Kolejne szkolenie zakończone. Fajnie ludzie Myślę, że społeczeństwo nazwałoby nas "nawiedzonymi". Who cares? Lubię to co robię.

Karpacz. Rocznica ślubu.

Wiele lat temu, 12 czerwca w Londynie, od rana szykowaliśmy się do Urzędu Stanu Cywilnego. Mieliśmy szare, lekko błyszczące garnitury, różowe koszule i takież krawaty. Ślubu w obecności naszych świadkiń, udzieliła nam czarna mistrzyni ceremonii i po kwadransie składania różnych przyrzeczeń, ogłosiła mężem i mężem. Na ślubnym kobiercu stanęliśmy po kilku latach bycia razem. No i od dwóch dekad idziemy przez życie i podróżujemy przez świat razem.  Karpacz miło nas zaskoczył. Nie ma zbyt wielu turystów i turystek, pogoda wbrew prognozom była przyzwoita, a jedzenie dobre. Po wegetariańskich wyczynach kuchennych na buddyjskim wyjeździe mieliśmy gazy i mało przyjemne rozwolnienia i gdy zobaczyliśmy dania mięsne, rzuciliśmy się na golonko. Minusem była cena. Ludzie powariowali. Za dwie golonki i dwa piwa zapłaciliśmy 336 złotych. W zestawie była jeszcze musztardą i chrzan oraz łyżka bigosu (bo nie wzięliśmy ziemniaków). Świątynia Wang stoi, jak stała. Szliśmy pod górę chyba ponad godzinę....

Świecie. Kurs buddyjski i gorączka wyborcza.

Do Świecia przyjechaliśmy późnym wieczorem, pociągiem z Wrocławia, po szkoleniu, które prowadziłem. Podróż szybka, może dlatego, że trochę przysypialiśmy po zeszłonocnych szaleństwach. Padliśmy później od razu i przespaliśmy całą noc. Rankiem pomaszerowaliśmy do Mariana - znajomego, który zaprosił nas na buddyjskie wydarzenie. Dupseng Rinpocze, wyjątkowy nauczyciel buddyzmu tybetańskiego, przyjechał aby przeprowadzić inicjację Buddy Medycyny. Dla nas była ona szczególnie ważna, bo zajmujemy się leczeniem, a uaktywnienie leczniczej energii przez mistrzów metody pomaga, znacznie zwiększając skuteczność. Odpływaliśmy w jakieś krainy, wyobrażając sobie niesamowite krainy i krajobrazy, przyjmowaliśmy błogosławieństwa, a na przerwach, gdzieś między wierszami wiła się energia powstała w wyniku wyborów do Parlamentu Europejskiego. Rozmawialiśmy o tym tylko trochę, bo już dekadę temu zdecydowałem nie mieszać się w takie sprawy.  Jestem jednak niezwykle zadziwiony zaskoczeniem, że wygrywa co...

Wrocław. Praca i Gay Pride po godzinach.

Po Londynie były warsztaty w Warszawie, mnóstwo pracy i trochę szaleństw w starej Ramonie. Potem Gdynia i dwie zarwane noce w Klubokawiarni (mój ulubiony gdyński klub). Za dnia przygotowywałem się do kolejnych szkoleń i leżąc na podłodze rysowałem flamastrami ryciny z opisem rzecz jasna.  Marcina wysłałem na badania, bo zdecydowałem, że musimy zrobić kolonoskopię. Teraz czekamy na wyniki, bo znaleziono kilka polipów i wysłano do badania (standardowa procedura). No i pojechaliśmy do Wrocławia. Tu znów odbyło się szkolenie, a po nim polecieliśmy na paradę, a w zasadzie after party po niej. Początkowo było drętwo i przez pierwszych pięć kolejek obserwowaliśmy jak młode osóbki grają w bingo. Rozkręciło się dopiero po dziewiątej wieczorem. Zaczęły się żenujące występy początkujących performerów płci wielu, z głębokimi rozkrokami i zaburzeniami koordynacji ruchowej. W zasadzie był to konkurs i wybrał go chłopiec z długim nosem, fryzjer wrocławski, który wyginał ciało śmiało, rozbierając ...

Londyn. Stare śmieci.

Czas stanął w miejscu. Centrum Londynu wygląda tak, jakbym był tu wczoraj, a nasze osiedle jest zwyczajnie identyczne. Nawet kosze na śmieci odrapane w tych samych miejscach. Najbardziej zdziwiła mnie brzoza, na którą zawsze zwracałem uwagę (bo rośnie pod latarnią i fajnie wygląda nocą). Nie urosła w ogóle i wątpię aby ktokolwiek ją przycinał. Przyleciałem wieczorem, podczas wielkiej ulewy. Samolot przebijał się przez szare chmury przez prawie pół godziny. W końcu wylądował, spektakularnie rozpryskując wodę na boki. Jako jedyny miałem parasol (Marcin włożył mi do plecaka), co było zbawienne bo musieliśmy maszerować do odprawy po płycie lotniska i wszyscy byli po tym spacerze przemoczeni do suchej nitki. Lało tak później przez kolejnych 30 godzin. W tym czasie załatwiłem wszystkie urzędowe sprawy, odwiedziłem muzeum i świętowałem urodziny Anety z samą jubilatką. Zjedliśmy, wypiliśmy i przed snem poszliśmy na zupę (dzięki czemu rano nie odczuwaliśmy skutków pijaństwa). Dzisiaj zaś jest p...

Warszawa - Kraków. W przelocie.

Znów mam tak, że potrzebuję kilku sekund, aby zorientować się, gdzie się budzę. Przemieszczamy się z taką częstotliwością, że nie jest to oczywiste.  W Warszawie warsztaty poszły naprawdę dobrze. Grupa była zdyscyplinowana i przez cały czas panowała przyjemna atmosfera. Było w tych ludziach dużo życzliwości, a nie zawsze tak jest. W sobotę wieczorem spotkałem się ze swoją siostrą cioteczną - Agnieszką, z którą nie widziałem się od 23 lat. W międzyczasie wyszła za mąż i urodziła dwie córki, z których jedna osiągnęła wiek dorosły.  Było tak, jakbyśmy się widzieli co tydzień. Nawet Marcin wpadł w iluzję "znamy się od zawsze" i było mocno przyjemnie. Będziemy kontynuować w miarę naszych możliwości. Zaraz po warsztatach pojechaliśmy do Krakowa. Oczywiście praca mnie dopadła, ale poza tym przyjemności. Byliśmy w zoo, które okazało się klejnotem, a potem spotkaliśmy się z Kamilą, która już jutro wraca do Barcelony.  Planowałem rozpocząć dietę, ale poluzowałem pośladki i stwierdz...

Gdynia - Warszawa. Kosmiczne energie.

Gnam ja, lub ziemia obraca się za szybko. Przynajmniej z mojej perspektywy. Budzę się i chwilę zajmuje mi połapanie się, gdzie jestem. Czy nadchodzi czas zapuszczania korzeni? Tylko gdzie? A może dopada mnie kryzys wieku średniego? Póki co nieuświadomiony. Może, bo śpię gorzej. Sen nigdy nie był moją mocną stroną, poza tym nie lubię spać. Pięć godzin nieprzytomności uważam za czas stracony. Jadę prowadzić kolejne szkolenie. Pogoda się spieprzyła, chmury są wszędzie. A ja jestem jakiś zmęczony, jakiś taki... sam już nie wiem. Może stanę się wrażliwy na zmiany? Tak tego mi brakuje, jak choroby lokomocyjnej, która przyszła po pięćdziesiątce. Rozprawiłem się z nią po swojemu, ucząc się terapii na sobie samym. Pomogło. Teraz patentuję metodę i będę przekazywał dalej. Potrzebuję dawców: dobrej energii, uśmiechu, radości i ogólnie ludzi, którzy będą mi coś oferować. Za dużo biorców wokół.  Kolejne wydanie Książki podróżniczej sprzedaje się nieźle. To fajnie. No i tyle.

Częstochowa. Tańce i zabawy oraz praca.

Przemieściliśmy się w czasie i przestrzeni dość szybko. Z Delhi pofrunęliśmy do Zurychu, a stamtąd do Gdańska. Sprawnie poszło, łóżka w samolocie były wygodne i się wysypaliśmy (choć Air India ma szersze leża). Dużo zjadłem w tej podróży, bo urzekły mnie sery i wędliny, których w Azji nie ma. Więc jem i jem. I Marcin też. W Gdyni Iksy zapełniły nam lodówkę. Karolina ugotowała pyszną zupę pomidorową i przygotowała różne sałatki. Pycha. Cudowni są.  Następnego dnia poszliśmy razem na obiad, po którym pojechaliśmy do Warszawy, bo do Polski przyjechałem głównie prowadzić warsztaty. No i szkolenie się odbyło i było naprawdę super. Grupa była świetna, a ja miałem dużo energii i wigoru.  Potem pociąg do Częstochowy. Miejscówki kupiłem jeszcze będąc w Nepalu, bo potem o siedzenie jest trudno. Spotkaliśmy się z rodzicami, a wczoraj pojechaliśmy kupić im klimatyzację (bo podobno w Polsce upały). Ojciec ciągle narzeka, bo mu za gorąco. Chodzić nie może za długo, gdy siedzi mu nie wygodni...

New Delhi. Tańce i zabawy.

  Ktoś ostatnio zadał mi pytanie, co jest najważniejsze i co ma znaczenie w życiu. Trudno mi odpowiadać na takie pytania, bo prawda jest taka, że NIC nie ma znaczenia i nie ma żadnych ważnych rzeczy... Trudność polega na tym, że czegokolwiek bym nie zrobił, i tak pozostanę niezrozumiałym. Uczę ludzi jak osiągnąć szczęście. Wiele osób kończy szkolenie, ale prawie nikt nie jest w stanie skorzystać z narzędzi, które otrzymuje. Kiedyś miałem z tym problem. Spać nie mogłem, współczułem. Teraz mam to w dupie. A co u mnie? Cieszę się. Rozpiera mnie zadowolenie. Jestem bardzo rozanielony.  Przyjechaliśmy do Nowego Delhi. Kupujemy rzeczy bez opamięta, pijemy dużo drinków, spacerujemy i mamy się cudownie.

Total Eclipse and my birthday.

Oglądałem wczoraj wieczorem, całkowite zaćmienie, transmitowane na żywo że Stanów. Był to także dzień moich urodzin. Czas wielkich przemyśleń i dużych zmian. Nie był to łatwy dzień. Nie czułem się też dobrze. Jak rzadko kiedy dopadł mnie jakiś wirus (?), powodujący skoki temperatury i przejściowe stany kiepskiego samopoczucia (nie umiem tego wyjaśnić, ale to taka forma resetów i dreszczy). Pozwoliłem sobie na słabość, na wewnętrzne rozdarcie i zły humor. Zanurzyłem się w tym i szukałem rozwiązania. Rozmawiałem z Angie (moją przyjaciółką z Londynu, która była mi świadkową, przy zmianie obywatelstwa), z Janą (bliską sercu przyjaciółką z USA poznaną kiedyś w Indiach, z którą jestem w ciągłym kontakcie) i z Anetą, wieloletnią, znaną wszystkim przyjaciółką z Londynu. Dobrze mi te rozmowy zrobiły. Rano pracowałem. Marcin wyszedł załatwić sprawy biznesowe (dla MRA) a ja pracowałem ze studentami. Później poszliśmy na obfity lunch. Zjadłem naprawę sporą porcję: awokado, bekonu, kiełbasek wołowy...

Kathmandu. Wielkanoc.

Uroczystości wielkopiątkowe rozpocząłem skrzydełkami w chili, a później pokaźnym stekiem wołowym, zakrapianym winem czerwonym, wytrawnym. Wina było na tyle dużo, że pogubiłem się w liczbach. Następnie był masaż, sauna i długotrwałe wylegiwanie się w saunie. Po nabraniu sił i regeneracji - dyskoteka. Wróciłem nad ranem, motorową taksówką, śpiewając jakieś pieśni ku uciesze kierowcy. W sobotę poszliśmy do zoo, a później opychaliśmy się łakociami. Nasz przyjaciel Sanjeeb nie mógł się nadziwić, skąd w nas siła i tyle chęci do korzystania z życia. No cóż. Przestałem tłumaczyć takie rzeczy dawno temu. Wieczór był wybitnie przyjemny i smaczny. A dzisiaj, w niedzielę zrobiłem sobie świąteczne śniadanie. Marcin zaś poszedł do dentysty, więc jeść nie będzie mógł do obiadu. Ja się odpycham i wyleguję w słońcu, bo temperatury osiągnęły ulubiony przeze mnie pułap trzydziestu stopni. Okien nie myliśmy, bo nigdy tego nie robimy. Postu nie zastosowaliśmy, ponieważ to nie społeczeństwo będzie decydował...

Kathmandu. Holi.

  Dzisiaj Holi , święto radości i wiosny. Zaraz biegnę świętować. Marcin odmawia, bo nie lubi ani tłumów, ani dotyku innych osób, nie mówiąc o byciu smarowanym kolorowymi maściami czy polewanym wodą. Poza tym rok temu gdy szalałem, zostałem okradziony, co dla Kota jest kamieniem węgielnym z wyrytym słowem "NIE IDĘ". Więc ja się szykuję, a on gotuje botwinkę. Wczoraj rano pojechałem na market i kupiłem warzywa z farm organicznych. Buraki piękne, zresztą wszystkie warzywa wspaniałe. Tutaj rzeczywiście są "bio", są krzywe i niewymiarowe, natomiast smakują tak jak to pamiętam z dzieciństwa (a w Unii Europejskiej mówi się o ekologii i mierzy się każdy owoc, żeby był wymiarowy). Wieczorem zaś poszliśmy z przyjaciółkami do LaVie, francuskiej knajpy niedaleko naszego domu. Czerwone wino, sałatka z buraków i skrzydełka. Pycha! No i cały czas popychaliśmy plotki. 

Kathmandu. Odpoczynek.

Kursantki wróciły do domów. Miały przygodny, samoloty się spóźniły i większość z nich musiała spać i spędzić po jednym dniu w Dubaju. Ale chyba nie jest to aż taka tragedia. Poza tym przy takim opóźnieniu otrzymuje się zwrot kosztów podróży, więc lot mają za darmo. Ja zaraz po warsztatach nepalskich rozpocząłem trzy nowe kursy. Chyba się pomyliłem, bo raczej nie robię sobie takiego hardkoru. Zamiast się wyspać, wydałem o 4:40 i zacząłem pracę. Skończyłem o 17:50, wziąłem 10-minutowy prysznic i taksówką pojechaliśmy z Marcinem do kina na drugą część Diuny. Mnie urzekła, a Marcin kręcił nosem. Dzisiaj (we wtorek) miałem kolejne kursy. Nagrałem wykłady, pracowałem intensywnie a później pojechałem taksówką -motorem do spa. I leżałem w jacuzzi, odwiedzałem saunę, spałem na leżance, poddałem się masażowi... Odpocząłem.

Kathmandu. Piątek.

  Obudziłem się dość wcześnie. Pies ujadał i szczekanie przedostało się przez zatyczki do moich uszu. Leżąc dokończyłem słuchać książkę i wziąłem prysznic. Następnie Marcin powoli zwlókł się z łóżka. Niedługo potem, odwiedzili nas przyjaciele. Przyjechali z Goa (Indie) na chwilę do Kathmandu (Asia musiała "przebić" paszport). Wypiliśmy kawę, poplotkowaliśmy i poszliśmy na śniadanie do Amra-K (grecka knajpka na dachu jednego z budynków). Następnie Marcin pojechał na Thamel wpłacić zaliczkę za pewną atrakcję turystyczną*, a ja poszedłem na masaż. A potem pracowałem (właśnie skończyłem i jest prawie dwudziesta). *Pojutrze przyjeżdża grupa na warsztaty w Nepalu. Po raz pierwszy organizuję warsztaty z wakacjami.

Kathmandu. W starzejącym się ciele.

No i nadszedł czas, kiedy zaczynam zauważać pierwsze zmiany przejścia w przemianę ziemi, czyli w porę roku odpowiadającej późnemu latu, według TMC. Jestem teraz gdzieś pomiędzy ogniem, a ziemią. Cieszy mnie, że następuje to bardzo późno i że procesy są powolne. Nie mam jeszcze zmarszczek, ale widzę ich zapowiedź. Włosy nie siwieją, ale broda tak. Metabolizm zwalnia i zrzucenie zbędnego kilograma wiąże się z wyrzeczeniami. Stres i nadmiar pracy zaczyna wychodzić w napięciach mięśniowych... Dlatego muszę zmienić wiele rzeczy i dostosować się do nowych warunków.  Atak bólowy w dole pleców póki co opanowany. Wykorzystałem całą swoją wiedzę i umiejętności i przez dwa dni skupiłem się na swoim ciele. Zastosowałem refleksologię i meridiany, ćwiczenia rozciągające i jogę. Kupiłem też plastry z wilczej jagody, które znalazłem w sklepie dla naturopatów. Mam zamiar zakupić kalendarz (znalazłem nową aplikację), który przy pomocy AI pomoże mi zadbać o czas prywatny. Mam tendencję do wpadania w ...

Kathmandu. Życie nocne (i dzienne).

Nepalczycy lubią się bawić. Piją dużo, a podchmieleni, pieprzą głupoty i jak Polacy uwielbiają narzekać na polityków. Piątek jest najbardziej rozrywkowym dniem, dlatego też w piątki jeździmy na Thamel. O 18-tej w pubach robi się tłoczno. Kluby, tak jak w Londynie, zapełniają się dopiero po 23-ej. Jedyny gej klub "Pink Tiffany" jeszcze później. Szczyt następuje tu o 1-ej w nocy i trwa do 3-ej. Potem taksówkami wszyscy wracają do domu. Nie wiem czemu tak późno gejątka się rozkręcają, ale może boją się za dnia paradować w strojach odbiegających od obowiązującej mody?  Piliśmy piwo. Miałem ogromną ochotę na zimnego browara. Rzadko pozwalam sobie na takie odstępstwa od przyjętych norm, bo piwo podnosi cukier, ale jak sam lubię mówić "raz nie zawsze". A rzeczywiście ostatnio piłem piwo ponad rok temu. Nie mam cukrzycy, ale większość mojej rodziny ma i dlatego nie spożywam rzeczy powodujących wzrost stężenia słodyczy we krwi. Następnego dnia, nieco "wczorajsi" po...

Kathmandu. Urodziny Marcina.

Marcin skończył 47 lat. Czas leci... Wszystkiego najlepszego (⁠✿⁠^⁠‿⁠^⁠)

Kathmandu. NOWY ROK.

Dzisiaj rozpoczął się Nowy Rok Męskiego Drewnianego Smoka. Ta szczególna, wydarzająca się raz na 60-lat kombinacja sprzyja nowym przedsięwzięciom, kreatywnym pomysłom i nowym działaniom. Smok jest silny i potrafi walczyć o swoje. Niech wam się wiedzie  Rano pojechaliśmy na market (film na FB), kupiliśmy tradycyjną polską kiełbasę z Nepalu (szok), zjedliśmy bagietki z szynką i serem i poszliśmy na Thamel. Szukam teraz figurki drewnianego smoka. Jak nie znajdę to będą musieli mi wystrugać.

Kathmandu. Inne spojrzenie na świat.

Azjaci widzą świat inaczej. Wiem o tym od dawna, ale teraz wydało mi się to ciekawe. Europejskie mapy pokazują Ameryki od swojej strony. Zastanawiam się, czy zależy to od kierunku w jakim latają tam samoloty?  W Nepalu wieczory nadal zimne. 8-11°C. Dni już raczej letnie, gdy świeci słońce, temperatury dochodzą do dwudziestu stopni. Na szczęście z każdym dniem (i nocą) robi się cieplej.

Kathmandu. W końcu Nepal.

Foto: moja dzisiejsza kolacja. Nepalskie thali. Kilka rzeczy wymaga podsumowania.  Indie bardzo zdrożały. Turystów jest znacznie mniej, w niektórych rejonach nie ma ich wcale. Tanie hotele z kilku dolarów podskoczyły do kilkunastu za dobę, standard który nam odpowiada nie różni się w zasadzie cenowo od Europy. W Nowym Delhi płaciliśmy $37 za nocleg. Najdrożej było w Dardżylingu, gdzie doba kosztowała nas $52. Kawa w Starbucksie jest droższa, niż w Nowym Jorku i tak dalej, i tak dalej. Zanieczyszczenie powietrza jest nieopisywalne. Smog w stolicy uniemożliwia widzenie nieba, a na słońce patrzy się z łatwością, nawet w południe. Przypomina żółtko jajka, albo obcą gwiazdę, która nie razi w oczy. Jeszcze gorzej było w stanie Bihar. To najbiedniejszy region, a lokalny rząd zajmuje się wyłącznie rozkładaniem pieniędzy.  Elias przykleił się do nas, ale go odprawiłem. Wyjechał z Gangtoku to zachodniego Sikkimu i tam, na własną rękę poznawał świat. Spotkaliśmy się ponownie w Dardżyli...

Darjeeling. Refleksje.

  Darjeeling. Widok z okna 25.01.2024. Siedzę w fotelu, patrzę przez okno na świątynię hinduską zasłaniającą Himalaje i tak sobie dumam nad tym, co człowiek robi na ziemi. Indie są tak brudnym i zanieczyszczającym ziemię krajem, że mam pewność katastrofy ekologicznej. Piszę o tym coraz częściej, ale widzę zmiany klimatyczne, pustynnienie ziemi i zwyrodnienia (choroby) roślin i zwierząt. Z obrzydzeniem patrzę na ludzi ignorujących ten problem.  Kończę kolejną (trzecią) książkę w tym miesiącu. "Człowiek o 24 twarzach" Daniela Keyes'a. Historia opowiada o osobowości wielorakiej, przybliżając bardzo barwną historię życia Billego Milligan'a. Reaguję emocjonalnie, boli mnie czytanie, całym sobą nie akceptuję tego, co robią innym, wstrętni ludzie. Owi wstrętni ludzie to często: rodzice, nauczyciele i osoby głęboko religijne. Ich toksyczność i manipulacje bolą najbardziej. Później mamy resztę społeczeństwa, która składa się również w (niestety) coraz większym procencie z osób...

Gangtok. 2×5=10

Dzisiaj mijają kolejne dwa tygodnie w nowym miejscu. Tak się złożyło, że przebywamy równo po dwa tygodnie w danym mieście. Zaczęliśmy od Delhi, pojechaliśmy w góry do McLeod Ganj, potem na święta do Bodhgaya, następnie do Darjeelingu i w końcu do Gangtoku. Obu nam wydaje się, że jesteśmy tu łącznie kilkanaście dni, a nie dwa i pół miesiąca.  Jutro wracamy do Darjeelingu, a trzy dni później jedziemy do Raxhul, by przekroczyć granicę z Nepalem. Właśnie wynająłem mieszkanie na kilka miesięcy i mam zamiar siedzieć na dupie bez specjalnego przemieszczania się poza dzielnicę. Tak czy inaczej, zleci to jak "z bicza strzelił".  Czas spowalnia po marihuanie. Wtedy rzeczywiście wszystko się dłuży. Może powinienem po prostu zacząć zażywać?

Gangtok. Kolacja.

Bycie mentorem ma swoje niewątpliwe zalety. Cieszę się, że stałem się nim w wieku dojrzałym, kiedy... no właśnie zastanawiam się co napisać: "swoje już wiem", czy "mam wyjebane"? A może jedno i drugie?  Ostatnio dużo czytam (słucham). Wybieram książki, wyłącznie takie, które sprawiają mi przyjemność. Inspirują mnie osoby, które osiągnęły duchową wolność. Nie trzeba do tego religii. Myślę, że na pewnym etapie, nikt nie może być naszym guru. W pewnym momencie rozwijamy się do wewnątrz. Tam nikt nie ma dostępu. Przynajmniej mieć nie powinien. Gdy otrząsamy się z traum, one już nie wracają. Gdy się to stanie, co co nas przytłaczało wydaje się nierealne. Ale nie ma sensu się nad tym zastanawiać. Stajemy się latawcem, który leci w przestworza, nie mając sznurka. Uczucie wolności wcale nie rozpiera. Jest naturalne i tak oczywiste, że można je tylko przeżywać w spokoju. To, że się kiedyś rozbijemy, jest również zgodne z cyklem przemian. Nie ma nad czym rozmyślać. Dzisiaj w ...

Gangtok. Codzienność.

Gangtok jest stolicą Sikkimu, jednego z najmniejszych stanów Indii. Ale Sikkim to Indie fikcyjne, od 1975 roku. Zdecydowano obalić monarchię i przyłączyć się do kraju curry, aby nie zostać wchłoniętym przez agresywne Chiny. Jednak nic tu nie jest indyjskie: ani jedzenie, ani religia, ani ludzie i ich mentalność. Sikkim jest czysty. Dba się tutaj o powietrze. Ludzie mają skośne oczy i mówią po nepalsku, tybetańsku lub w języku dandzongka. Piję się tu dużo alkoholu i uprawia hazard. Kasyna są tu niezwykle popularne. Jest pełno pubów z muzyką na żywo. Koncertują tu kapele z Nepalu, Butanu lub lokalne. Hindi jest niesłyszalne. Zresztą prawie nie ma tu ani Indusów ani innych turystów. Od prawie dwóch tygodni jesteśmy jedynymi białymi w całym mieście (był jeszcze Elias, ale pojechał w zachodnie rejony). Sikkimczycy i Sikkimki są osobami pracowitymi i dumnymi. Nie ma tu bezdomności i nikt o nic nie prosi. Nigdy nie widziałem tu kogoś żebrzącego. Wstaje się tu rano i zaczyna dzień od wietrzeni...

Lachung. Bezludna świątynia.

Ostatnio jestem przestymulowany. Potrzebuję samotności, jednak w moim przypadku jest to niezmiernie trudne do osiągnięcia. Przede wszystkim praca, polegająca na kontakcie z ludźmi. Dziennie dostaję setki (i nie ma tu przesady) różnego rodzaju zapytań, w postaci tekstów, nagrań głosowych i zdjęć (będę musiał kogoś zatrudnić, aby to ogarnąć ). Po drugie ciągle otaczają mnie ludzie i przyklejają się jak magnesy do lodówki. Mam osobowość przyciągającą innych (znacznie rzadziej odpycham), wyglądam inaczej, przez co bez przerwy ktoś w Azji chcę sobie robić ze mną zdjęcie lub dosiąść się do stolika, gdy piję kawę.  Teraz na głowie mamy Eliasza, który definitywnie uzależnił się od kontaktu z nami. Wczoraj mocno go opieprzyłem i byłem mało przyjemny, ale niewiele to dało. We wtorek wysyłam go na wycieczkę do zachodniego Sikkimu i ma sobie radzić sam. Pomoc ograniczam do zgody na przetrzymywanie rzeczy w naszym mieszkaniu, które jest dla nas za duże (dlatego też uznałem, że Eliasz może zają...