Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wiedeń. Życie nocne.

Wieczorem zwiedziliśmy kilka klubów. Mama została w hotelu, a my poszliśmy się bawić. Większość wiedeńskich przybytków jest niewielkich rozmiarów i panuje w nich rodzinna atmosfera. Wszyscy się znają,  również z osobami za barem. Niby fajnie, ale nieśmiałe osoby z zewnątrz mają ograniczone szansę wskoczyć między stabilne grupy. Nie mam problemów z poznawaniem nowych osób. Moim problemem są nieokreślone płciowo jednostki, o zainteresowaniach ograniczonych do ich własnego "ja'. Nie mam energii na trwonienie czasu, poza tym jestem zainteresowany facetami.

Wenecja. Ulubione miasteczko.

Wenecja jest piękna, romantyczna i śmierdząca. Kanały walą czasami jak ścieki, domy butwieją, szczury biegają. Wiele domostw jest częściowo zalanych, napuchniety od wilgoci tynk kruszy się i odpada, strasząc lokalne jaszczurki. Na placach, oddalonych od kanałów o kilkadziesiąt metrów, osobliwy zapach zanika. Restauratorzy rozstawiają tam stoły i krzesła, oferując wymyślne, włoskie dania i drinki. Grajkowie chodzą i przygrywają do kotleta, a w oddali słychać śpiewy gondolierów. Po posiłku wszyscy idą na deser, kawę i drinka. Wszyscy ciągle tutaj jedzą, piją i bawią się do północy. Potem następuje cisza nocna.

Ostia. Pierwsze miasto.

  Lubimy starocie i zwiedzanie ruin. Dlatego zabraliśmy mamę do Ostii (Ostia Antica), ponoć pierwszego dużego miasta, wybudowanego przez Rzymian. Spędziliśmy tam pół dnia. W drodze kupiłem krem z filtrem 50+, bo słońce dawało pełnego czadu. Mama nie chciała i spaliła dekold.

Rzym. Spacery po mieście.

Po śniadaniu pojechaliśmy na Plac Świętego Piotra, zwiedziliśmy bazylikę i wysłaliśmy pocztówki do kilku osób, jeszcze z Watykanu. Było pochmurno, ale ciepło. Później zaczęło się przejaśniać. Dużo spacerowaliśmy. Chciałem pokazać mamie najładniejsze miejsca w Rzymie i chyba mi się udało. Była zadowolona.

Rzym. Raj dla kieszonkowców.

To co się wyprawia w Rzymie, wiedzą tylko naoczni świadkowie. W metrze kieszonkowcy napadają na ludzi jawnie, całymi grupami. Wbiegają chmarą do wagonu, robią sztuczny tłok i takie zamieszanie, że nie wiadomo kogo łapać. I kradną na oczach wszystkich. A policja nic z tym nie robi. Naprawdę olewają sprawę.  Bilety do głównych atrakcji turystycznych są praktycznie niedostępne. On-line kupić się nie da, a stanie w kolejce do kasy to kilka godzin straconego czasu. Na chodniku stoją zaś "koniki" i sprzedają bilety, na już. Wszystko na oczach policji. Tak weszliśmy do Watykanu (płacąc 100% więcej) i do Koloseum (kilka euro więcej). Jako zwykła osoba mogę kupić maksymalnie 5 biletów. Oni kupują hurtowo i wszystko jest w porządku. 

Watykan. Czarne centrum.

  Na zwiedzanie muzeów watykańskich z przewodnikiem przeznacza się 2.5h. Chodząc bez przewodnika, spędziliśmy ponad 4 godziny i zdążyliśmy zobaczyć tylko kilka interesujących nas galerii. Interesowała nas głównie sztuka nowoczesna i szkice religijne artystów, którzy raczej nie kojarzą się z religią katolicką. Kaplicy Sykstyńskiej nie można fotografować. Podobno ze względów religijnych. Chcą, aby panowały tam "cisza i powaga, stosowne do miejsca". Cisza jednak przerywana jest co minutę, długimi komunikatami płynącymi z głośników, w wielu językach. Dodatkowo palanty w garniturach biegają i krzyczą "no foto". Zaraz za kaplicą, w tym samym ciągu budynków sprzedają zdjęcia po 5€ najtańsze. Nawet nie chce mi się tego komentować.

Neapol. Słodki chaos.

Neapol bardzo przypomina duże miasta indyjskie. Jest głośny, czystość nie jest jego najmocniejszą stroną i wszędzie panuje chaos. Włosi jeżdżą tutaj wąskimi uliczkami na skuterach i motorach, zamiast mówić - krzyczą i głośno się śmieją. Wszyscy, wszystko tu sprzedają, oszukują i kradną. Pełno tu kieszonkowców, naciągaczy i żebraków. Panuje tu atmosfera (i urok) średniowiecznego miasta. Wyjątkiem jest jedzenie. Robią smaczne, choć mało wyszukane potrawy. Nigdy jednak nie powiem, że włoskie jedzenie jest najlepsze. Nie - bo jest przewidywalne. Nie - bo składa się głównie z węglowodanów. Nie - bo po tygodniu ma się ochotę, na cokolwiek innego. Ale lubię ten południowy chaos i południowy temperament. Pasuję tu w jakiś sposób. Byliśmy dzisiaj w zoo. Małe, ale zadbane. Zwierzęta mają się dobrze i są zdrowe.  Wieczorem podziwialiśmy zatokę neapolitańską: marinę, imponujące place i kamienice, z których tarasów widać Wezuwiusz i niezwykle piękne małe wysepki.

Neapol. Sono Italiano.

Muszę wyglądać na Włocha, bo usilnie zwracają się do mnie w lokalnym języku.  Rano pojechaliśmy do Pompei autobusem. Zrobiliśmy tam 9 kilometrów, bo to wielki kompleks. Mama była mocno zdziwiona rozmachem zniszczonego miasta. Staram się też odpoczywać, ale Marcin trochę mi w tym przeszkadza, bo zamiast pomagać, zachowuje się jak turysta na zorganizowanej wycieczce. I jest ślepy na wszystkie argumenty.  Wieczorem podchodziłem sam po mieście. Tutaj życie rozkręca się po 20:00.

Neapol. Wakacje - dzień 1.

W Częstochowie wyspać się nie dało. Pracowałem od 8:00 do 18:00, a potem spotykaliśmy się ze znajomymi. Imprezy do pierwszego piania koguta, naprawdę wspaniałe, ale pozbawiały mnie snu. W ostatnią noc wróciliśmy, przepakowaliśmy walizki i pojechaliśmy na lotnisko. Wszystko poszło gładko. Taksówka do Pyrzowic, szybki i fajny lot oraz dojazd busem do centrum włoskiego miasta. W Neapolu mają unikalne bułeczki. Robią je z kruchego ciasta, ale w środku jest budyń i krojona skórka pomarańczowa. Pycha! Takie było nasze śniadanie, popijanie cappuccino. Potem aperol spitz i czarna kawa, wprawiły nas w uroczy nastrój i... senność. Poszliśmy do apartamentu i ucięliśmy sobie drzemkę. Na południu Europy to norma. Od 13:00, do 15:00 spaliśmy.  Obiad był pyszny. Do obiadu litr sycylijskiego wina domowego. Jedzenie mają tu świetne, a wino cienkie, nie takie jak z butelki. Muszą je czymś rozcieńczać, potem dodają bąbelków i można pić szklankami. Bardzo smaczne, ale upić się tym nie da.

Częstochowa. Homeland.

Spaliśmy po trzy godziny. Ja w sumie jeszcze mniej, bo usnąć nie mogłem, a wstałem pierwszy, o 5:34. Kilka minut po 6 rano wyszliśmy na dworzec i wtedy zaczęło lać, jak z cebra. Padało cały czas, do momentu, gdy weszliśmy do pociągu. Myślałem, że mnie szlag trafi. W pociągu pracowałem, Marcin przysypiał.  Zaraz po przyjeździe pojechaliśmy do mieszkania. Kot poszedł na kawę, a ja wziąłem sobie gorący prysznic i zrobiłem się na bóstwo, zakładając koszulkę w kwiaty. I pojechaliśmy do mamy.  Dziwnie jest odwiedzać po raz pierwszy dom, w którym kogoś brakuje. Trochę się tego bałem, jednak ku mojemu zaskoczeniu poszło gładko. Poza tym zaczęliśmy rozmawiać o jedzeniu, deserach, moich nowych loczkach i aplikacjach telefonicznych - nie pojawiła się więc przestrzeń na smuty. Zresztą co dałoby nam rozdrapywanie tego, co dopiero się zasklepia? Mama wygląda dobrze. Zrobiła sobie wiśniowe włosy, a jutro idzie na tipsy (chyba będą w podobnym odcieniu). Ja mam w planach pracę, do 17:00. Późni...

Gdynia. Eurowizja cz.1

Występ Steczkowskiej powalił nas na kolana. Każdy element, łącznie z wokalistką doprowadzony do perfekcji. Rewelacja! Moimi faworytami poza tym były same ballady i romantyczne piosenki. W tym roku były naprawdę piękne: (Zoë Më „Voyage ”),(Lucio Corsi -„Volevo Essere Un Duro”) I Portugalia: (Napa - "Deslocado"). Na pewno dołożę je do swojej playlisty na Spotify. Steczkowską lubię od początku, od samego momentu, gdy pojawiła się na scenie. Przede wszystkim za jej determinację, perfekcjonizm i czterooktawowy głos.

Gdynia. Wyjątkowo zimny maj.

Pogoda w Gdyni jest zachwycająca: niebieskie niebo, promienie słońca oraz drzewa obsypane różowymi i białymi kwiatami, a także soczyście zielone liście. Mimo to, dla nas jest dość chłodno, ponieważ na co dzień żyjemy w krajach tropikalnych. Temperatura wynosząca 18 stopni Celsjusza nam nie wystarcza, dlatego ubieramy się jak na Syberię, idąc na śniadanie. Zakończenie mojej książki jest priorytetem - staram się ją ukończyć, korzystając z notatek, które zbierałem przez wiele lat. Książka sprzedała się już w przedsprzedaży w kilkuset egzemplarzach, a mimo to nadal męczę się z jej pisaniem, czując ogromną presję czasu. To powoduje, że jestem wrażliwy na wszelkie bodźce. Choć uwielbiam swoją pracę, mam tendencję do pracowego szaleństwa. Wczoraj zacząłem poszukiwania sposobów na relaks i wypoczynek. Ostatecznie zdecydowałem, że w czerwcu wybiorę się do sanatorium. Już dokonałem rezerwacji, więc decyzja jest ostateczna. Pojadę sam. W tym tygodniu zaś jedziemy na wakacje z mamą, a wcześniej mu...

Gdynia. Klubokawiarnia.

Poszedłem się bawić. Marcin został w domu, a ja poszedłem pić, dżin z tonikiem. Miałem potrzebę się wyszaleć. Nadmiar pracy, ciągły stres i zmiany i różnego rodzaju problemy życia codziennego dość mocno mnie osłabiły. Wkurwiam się o byle co i jestem zawalony pracą i realizacją własnych pomysłów. Lubię to co robię, ale może nie pisanie trzech profesjonalnych książek w ciągu roku. A może odpowiedzialność za wszystko mnie przytłacza? Nie wiem. Pogadam o tym z psychoanalitykiem. Dodatkowo myślę, że zrobię sobie reset i pojadę sam do sanatorium. Na dwa lub trzy tygodnie. Znalazłem takie z psychoterapią, masażami i basenem. 

Gdynia. Wiosna.

Początek maja nas rozpieścił pogodą. Zaraz po przylocie zorientowaliśmy się, że nie potrzebujemy kurtek. Myślałem, że będzie nam zimno, tymczasem chodziliśmy w krótkich rękawach, podczas gdy mieszkańcy raczej w lekkich kurtkach. Przyjaciele przyjechali po nas, zapełnili nam lodówkę i przygotowali mieszkanie. Zaraz potem padliśmy. Spałem do 6 rano. Marcin planował pranie (trzeba uprać wszystko, więc jakieś 10 wsadów). Ja poszedłem na spacer. Byłem zachwycony wiosną. Wszędzie pojawiły się już liście, a drzewa owocowe pokryły się kwieciem. Wygląda to zjawiskowo. Zjadłem za dużo smakołyków, ale wszystkiego mi brakowało: kapuśniaku, ogórków, schabowego, wędlin, serów, pralinek i lodów. Pojechałem do Gdańska, potem do Sopotu i centrum Gdyni. Tam też zamówiłem ogromne pudło sushi i wysłałem do znajomych, do których szliśmy wieczorem.  Wieczór był udany, choć w tle królował telewizor i gospodarz domu ciągle w niego spoglądał. To uzależnienie od polityki oraz informacji znam z domu rodzinne...

Delhi - Warszawa. Powrót.

Dwa okna. W jednym noc, w drugim dzień. Dziesięć miesięcy to niewiele. Zleciały, jakby ich nigdy nie było. Zawsze wracając, mam to samo wrażenie "spłaszczenia" czasu i przestrzeni. Odczuwałem to zawsze, twierdząc, że długość życia nie ma znaczenia bo i tak w chwili śmierci wszystko się "spłaszcza"  właśnie. Jakość już tak - ma wielką wagę. Dzięki jakości powstają: wspomnienia, siła i wewnętrzny rozwój, dzięki którym zarówno życie jednostki, jak i społeczeństwa ma większą wartość. Tokyo  Po raz kolejny pokochaliśmy Japonię. Osaka, tak często pomijana w przewodnikach turystycznych, otworzyła przed nami najpiękniejsze miejsca. Chcemy tam wracać, być może zamieszkać - czas pokaże. Ale tak, jest to możliwe do załatwienia. Targ w Busanie  Korea Południowa nie rozłożyła nas na łopatki. Po Japonii wydała nam się uboższa zarówno pod względem kulinarnym, jak i kulturowym. Busan był piękny, ale tylko części reprezentacyjne okazały się godne uwagi. Piękne plaże, ale często zabr...

Delhi. Upały.

W Delhi zaczyna się okres suchego piekła. Od teraz do monsunu, temperatura powierza będzie każdego dnia wyższa, a słońce będzie spopielać każdą zieleń. Osoby z wysokich klas będą przemieszczać się metrem lub klimatyzowanymi pojazdami, pić schłodzone napoje w ekskluzywnych kawiarniach i odpoczywać. Średnie klasy nieco zwolnią tempo i będą kryć się w zakamarkach swoich małych biznesów. Niskim kastom pozostaną uliczne hydranty i nieliczne zacienione zakamarki. Czasami dobrzy ludzie z drogich sklepów, wystawią im pitną wodę w wiadrach. Wczoraj byłem tego świadkiem. Piły i psy, i dzieci, i starcy. Patrzyłem na to, jedząc kanapki popijane zimnym koktajlem o smaku mango z domieszką mięty. Marcin czasami mówi, że serce ma przekrojone na wiele części. Ludzie, którzy odwiedzają Indie po raz pierwszy, wyjeżdżają roztrzęsieni, nie mogąc pogodzić się ze stanem rzeczy. Rozbawia mnie to (na swój smutny sposób), bo świat przecież taki jest. Dorośli i dzieci, umierają na ulicach z głodu, obok drogich r...

Delhi. Lato.

Starbucks - New Delhi  Gdybym musiał zostać w Indiach (kiedyś rozmawialiśmy z Marcinem na tematy, co by było gdyby...), to z całą pewnością wybrałbym Delhi. Mimo zgiełku i wielu dziwactw, tylko tu są "oazy" oferujące światowy standard. Mam na myśli kina, teatry, muzea, galerie, kluby jazzowe, knajpy, puby, dobre restauracje i kawiarnie. Bez tego trudno byłoby mi funkcjonować. W stolicy temperatury są wysokie, ale klimat tu jest suchy. 40°C i suche powietrze, to dla mnie raj. Ciało lepiej funkcjonuje, wilgoć ustępuje, zatoki się czyszczą... wilgotny upał mnie dobija, wyciągając siły i powodując powstawanie setek potówek. Ostatnio coś czyści mi się w głowie. Kłócę się w snach z rodzicami, zwłaszcza z ojcem, prawie co noc. Gdy umarł, działałem automatycznie, robiąc wszystko to, co powinienem. Ale teraz pojawia się przestrzeń, do której wcześniej nie zaglądałem. Wszystkie negatywności od rodziców i dziadków. Jest tego całkiem dużo.  Kłócę się też z Marcinem. Za bardzo przyzwyczai...

Nowe Delhi. Zgiełk wielkiego miasta.

Cyk bez filtrów, po winie (⁠ʘ⁠ᴗ⁠ʘ⁠✿⁠) Przybyliśmy do Delhi punktualnie. Już na samym początku przywitał nas ogólny zgiełk, który emanował z ulic, gdzie taksówkarze rzucili się na nas niczym wygłodniałe psy na świeże mięso. Pomylili się, nie wiedząc że tracą czas. Zdecydowałem się na rikszę, wrzucając walizkę do środka, a Marcin zajął miejsce z tyłu, podczas gdy ja, w towarzystwie zdziwionego kierowcy, zasiadłem obok. „ Na Paharganj” – wskazałem kierunek, a rikszarz zareagował natychmiast: „ Ale to 400 rupii. ” Usmiechnąłem się ironicznie: „ Dam ci 300 i lepiej ruszaj, bo znajdę kogoś innego za 200.”  Zameldowanie w hotelu przebiegło niezwykle sprawnie, a po szybkim odświeżeniu postanowiliśmy udać się na lunch do naszej ulubionej sieciówki. Zaspokoiwszy głód, wyruszyliśmy na zakupy. Miałem na celu zakup jednej koszulki, jednak opuściliśmy sklep obładowani torbami, które z każdym krokiem stawały się coraz cięższe. Nabyliśmy również nowe buty oraz Crocsy i inne drobiazgi, bo jakoś wp...

Goa - Delhi. Podróż pociągiem.

Taksówka przyjechała o czasie. Miała trochę problemów z manewrami wokół palm, ale kierowca był okazał się doświadczony. I silny. Wziął nasze walizy i wrzucił do bagażnika. A potem naprawdę sprawnie wjechał na trasę szybkiego ruchu i wymijając ciężarówki, jechał prawie setką. Indusi mają świetne drogi. To im trzeba przyznać. Pociąg był już podstawiony. Okazało się, że na niewielkiej stacji są schody ruchome, a chodniki w doskonałym stanie. Niebo!  Pociąg miał z 50 wagonów. Oczywiście pierwsza klasa sypialna była na drugim końcu składu (zawsze i wszędzie tak mamy). Szliśmy i szliśmy. Narzekać jednak nie ma na co. Przedział okazał się czysty i wygodny. Chwilę potem pojawił się pan od pościeli, przygotował nam łóżka. Następnie zjawił się kelner i spisał co będziemy jeść na lunch. Po nim pojawił się wesoły chłopak "od zapachów" i rozpylił na ściany i firanki coś kwiatowego. Czwarty gość nas zaskoczył. Przyszedł z termosem i kubkami. Miałem ochotę na kawę, a dostałem zupę pomidorow...

Palolem. Wielkanoc.

W tym roku postanowiliśmy nie obchodzić świąt wielkanocnych z powodu rozleniwienia i wysokich temperatur. W czwartek poszedłem na pinacoladę, wypiłem dwie i przyglądałem się ludziom grającym w piłkę na plaży. Później pojawił się Marcin i zwinął mnie na kolację, podczas której wypiłem trzy duże kwaśne whisky (60 ml whisky + 60 ml soku ze świeżej cytryny). Następnie poszedłem na masaż, bo dzień wcześniej siedziałem pod klimatyzacją przez 8 godzin i mnie trochę "połamało". Masażysta nakładał mi na plecy jakieś zioła, uderzał stemplami do masażu i znęcał się nade mną na różne sposoby. Wróciłem do domu przed północą i zacząłem słuchać kryminalnego audioserialu "Skażona krew", opisującego losy warszawskich ludzi i wampirów. W piątek temperatury zaczęły być męczące. Przez głowę przeszły mi myśli związane z malowaniem jajek, ale szybko je wyciszyłem. Poszedłem na spacer do pobliskiej apteki po elektrolity oraz probiotyki, ale wracając miałem dość. Umęczony wróciłem do domu ...

Agonda. W klapkach po dżungli.

  Bawoły i białe czaple Wczoraj miałem ogromną ochotę na rozrabianie. Kupiłem sobie małpkę whisky (200 ml), wodę sodową i colę i tak zaopatrzony poszedłem na plażę. Usiadłem poza światłem miasteczka, z dala od ludzi i obserwowałem błyski burzy rozgrywającej się gdzieś w oddali. Był akurat przypływ i wzburzone morze zabierało coraz większą ilość plaży. Marcin oglądał serial i wolał zostać w klimatyzowanym mieszkaniu. Długo jednak nie siedziałem sam, bo jakiś chłopak przykucnął obok i zaczął do mnie mówić. Po mało zajmującej gadce, wróciłem do bungalowu i usiadłem na tarasie. Marcin kupił jeszcze jedną mini whisky, którą wypiliśmy pod naszym wiatrakiem. A potem nagle się rozebrałem i ze śmiechem pobiegłem na plażę. Marcin za mną. Wskoczyłem w fale i zacząłem pływać. Po pierwszej w nocy chciałem jeszcze iść na masaż, ale Kot popukał się w czoło, kazał mi iść pod prysznic i zaoferował mi refleksologię. Cudownie! Rano wstałem o siódmej. Włączyłem sobie głośnik, wszedłem pod prysznic i z...

Palolem. Po urodzinach.

Kolejne urodziny za mną. Było całkiem sympatycznie (film z urodzin jest publicznie dostępny na YT), choć stawanie się starszym już od dawna mnie nie cieszy. No i tyle o tym.   Zmieniłem godziny pracy. Wstajemy o 9:30, zaczynam pracę po 10. W południe idziemy na lunch, po którym wracam i siedzę przed kompem do 16:30. Na dworze jest tak gorąco, że nawet ja – człowiek ognia – przestałem się cieszyć słońcem. W słońcu jest grubo ponad 50°C i lepiej mi w klimatyzowanym bungalowie. Wieczory są za to cudowne.   Z rzeczy ciekawych: dzisiaj wybuchła nam puszka coli w lodówce i rozpieprzyła trzy półki. Inne napoje lekko się tylko schłodziły. Druga arcyciekawa rzecz – w okolicy pojawiły się jakieś dziwne czerwone mrówki. Strasznie gryzą. A my we wszystkich pomieszczeniach mamy w kontaktach substancje owadobójcze. No i na podłodze odkryliśmy dzisiaj setki wijących się w konwulsjach owadów. Nie wiem, jak wlazły do środka. Użyłem miotły i oblałem je wrzątkiem, żeby się nie męczyły....

Palolem. Pora gorąca.

Zaczęła się pora suchych upałów. Turyści wyjechali. W zakątku, gdzie wynajmujemy bungalow, mieszkamy tylko my. Obok już nikogo nie ma. Część knajp zmienia godziny otwarcia, a wszystkie zamkną się z końcem kwietnia, po nas, bo wyjeżdżamy 21-go. Chodziłem dzisiaj po plaży wiele godzin. Spotykałem małpy i umęczone temperaturą psy, które kładły się tak, aby podmywały je fale. Robiły to naprawdę precyzyjnie.  Cały dzień jadłem zdrowo, ale wieczorem Marcin kupił naczosy. Wyjąłem whisky z lodówki, otworzyłem paczkę ostrych pomidorowych chrupek i właśnie przy nich siedzę. Kupuję małe butelki, bo staram się kontrolować to, co w siebie wlewam. Genetycznie jestem odporny na alkohol i mogę pić bez umiaru, dlatego nie mam nigdy więcej niż 200 ml dobrej whisky (w Indiach możliwie najlepszą jest czarna JD). Taka ilość alkoholu nie zmienia u mnie niczego, ani trakcie picia, ani po (jest to genetycznie uwarunkowane - sprawdziłem). Nie mam kaca nawet po litrze wódki. Rano nie czuję że piłem i miałem...

Palolem.Goa. Codzienność.

Skończyłem książkę. Jest już w druku. Setki egzemplarzy prosto z drukarni trafią do odbiorców. Przedsprzedaż jest korzystna zarówno dla mnie, jak i kupujących. Zacząłem pisać kolejną książkę. Skorzystałem z przypływu natchnienia, które nie dopaliło się do końca. Wzniecilem ogień i heja! Oprócz tego dużo pływam, a wieczorami bawię się w lokalnych, plażowych knajpach. Goa jest naprawdę piękna.

Palolem. Goa. Raj.

Do indyjskiego raju można przylecieć z Polski już za 2500 złotych, jeśli potrafi się szperać w Internetach. Najlepszym okresem jest czas od października do lutego włącznie. Marzec jest zbyt gorący dla wielu osób, 15 kwietnia oficjalnie kończy się sezon turystyczny, a większość miejsc zostaje zamknięta. Koniec sezonu związany jest z szalonymi temperaturami, które w ostatnim czasie od połowy kwietnia przekraczają +50°C w cieniu, w ciągu dnia. Goa, to najmniejszy stan w Indiach. Znajduje się tu wiele uroczych miejscowości, czym bardziej oddalonych na południe, tym spokojniejszych. My wybraliśmy Palolem, gdzie można odpocząć, skorzystać z ajurwedyjskich masaży i napić się dobrej kawy lub wina. Plaże są tu czystsze niż w Japonii, a jedzenie dostosowane do europejskich wymagań. Miesięczny pobyt kosztuje około 12 tysięcy złotych, co jest wyjątkowo przystępne. Można taniej, ale wtedy trzeba się nagimnastykować i jeść w jadłodajniach dla lokalsów, nie pić wina i nie korzystać z masaży. Wtedy ch...

Kathmandu. Ostatni wieczór.

Siedzę pod wielką Stupą Bodnath. Jest wieczór, ostatni w tym roku, w Kathmandu. Jutro wylatujemy na ponoć złote piaski Goa. Przy pomyślnych wiatrach będziemy tam przed jutrzejszą północą. Od nowego domu dzielą nas dwa przejazdy taksówkami i dwa loty. Będziemy patrzeć z wysokości na ziemię. Póki co, patrzę z ziemi, w czarne niebo, z małą ilością widocznych gwiazd. Przywykliśmy do ich widoku, są czymś oczywistym, choć nie jesteśmy w stanie ogarnąć ich umysłem. Dlatego nawet się nad tym nie zastanawiamy. Niektórzy próbują. Snują hipotezy. Przekonują innych swoimi obliczeniami, których i tak nikt nie rozumie. Nikt niczego nie pojmuje.  Piję kawę z miodem. Nauczyłem się odczuwać ten smak w Nepalu. Tutaj mi smakuje, tak samo jak poranna herbata z masłem i solą. Ktoś kiedyś powiedział, że trzeba taką herbatę potraktować jak zupę i wtedy smakuje. Szczególnie z plackiem, takim pomiędzy naleśnikiem i racuchą. Jest trochę gumowa, ale ja lubię. Lubię tu wiele rzeczy. Teraz na przykład czuję ka...

Kathmandu. Coffee time.

Tea/Popcorn time  W weekendy staram się nie pracować, jednak gdy siedzę nad książką, jest to bardzo trudne. Wewnętrzny głos mówi " marnujesz czas ", generując odczuwalne napięcie w ciele. W tym stanie trudno cieszyć się lenistwem. Uzgodniłem jednak z sobą, że w sobotę i niedzielę nie będę nawet włączał komputera.  Swayambu Buddha Park  Niedzielę spędziłem sam. Pojechałem moto taksówką pod Swayambunath i tam medytowalem przez kilka godzin. Kręciłem młynkami, śpiewałem, powtarzałem mantry, obchodziłem stupy i w końcu zagłębiałem się w sobie. Następnie poszedłem na nogach na Thamel, wypiłem kawę i wróciłem na kolację do naszej dzielnicy. Po drodze zadzwoniłem do Marcina, aby dołączył. Późnym wieczorem obejrzałem nowy, miniserial na Netflixie. Polecam każdemu, bo to naprawdę warte spędzenia przed ekranem cztery godziny. Adolescence (Dojrzewanie) to historia 13 latka, oskarżonego o morderstwo. Serial pokazuje przez co przechodzi sam oskarżony, z jakimi dylematami mierzą się o...