Przejdź do głównej zawartości

Posty

Kathmandu. Aneta.

Aneta przyjechała do na kilka dni temu. Podoba jej się prawie wszystko, tak jak nam. Pewnie dlatego, że jesteśmy podobni, a przynajmniej podobnie widzimy i odbieramy świat.  Myślę, że powinniśmy otaczać się ludźmi, pasującymi do naszej bajki, a innych, zwłaszcza tych z dramatów i horrorów, wymazywać zarówno z życia, jak i pamięci. Robię tak od lat i dobrze mi z tym.

Kathmandu. Dzień za dniem.

  Na targu pojawiło się LICZI, jedno z naszych ulubionych owoców. Kupiłem dwa kilogramy (razem z gałązkami) i zjadłem większość, wypatrując klientki z tarasu. Gdy przyszła, też trochę zjadła i jeszcze poskubala śliwek, bo bardzo dobre w tym roku. Na podwórku u sąsiada orzechy kokosowe prawie gotowe do zbiorów i malutkie, lekko kwaśne banany już prawie żółte. W przyszłym tygodniu będą ścinać i sprzedawać na naszej ulicy. A my czekamy na Antenę, za cztery dni przyleci do nas na kilkanaście dni. Miejmy nadzieję, że monsun będzie dla niej łaskawy.

Kathmandu. Boudhanath Stupa.

Stupa jest budowlą, pełniącą między innymi funkcję relikwiarza. Jest to obiekt, który według zwyczaju okrąża się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, w celu osiągnięcia zasługi. Zazwyczaj obchodzi się ją dookoła trzykrotnie, powtarzając mantry, z czego najczęściej jest to OM MANI PEME HUNG. Zdjęcie zrobiłem z Himalaya Coffee, gdzie wczesnym popołudniem, po kilkukrotnym obchodzeniu stupy dookoła, piję kawę. Marcin w tym czasie najczęściej łazi po swoich miejscach, w cieniu, bo nie lubi chodzić w słońcu podczas 45-stopniowych upałów. A ja lubię. Dzisiaj po południu pracuję. Od sierpnia muszę koniecznie ograniczyć ilość pracy do 10 godzin tygodniowo.

Kathmandu. Cała naprzód.

Cieszę się, że jestem sobą. Zawsze chodziłem swoimi ścieżkami i nie dałem się zaszufladkować. Od lat przedszkolnych, byłem kolorowym i wyróżniającym się osobnikiem, o którym: szeptano, wytykano palcami lub opowiadano historie, nie widząc,że mnie to podniecało. Gdziekolwiek się pojawiałem, byłem widoczny - taką mam karmę i ja lubię. Teraz uczę ludzi,jak żyć pełnią,jak być sobą i nie poddawać się w dążeniu do celu. Pokazuję, że słabość można przemienić w siłę, a strach w odwagę. Myślę, że jestem w tym świetny. Poza tym jest refleksologia, która działa cuda i leczenie dźwiękiem,które potrafi wyciągnąć z największej depresji w kilka dni. Właśnie stałem się mistrzem leczenia misami i mogę przekazywać wiedzę dalej. Jestem zwyczajnie szczęśliwy. 

Kathmandu. Zmiany pogody.

Anomalie pogodowe dopadły Dach Świata i po raz pierwszy od dekad, już w maju nastąpił sezon wilgotny. To jeszcze nie monsun, ale pada często, kilka razy dziennie. Temperatury na zewnątrz spadły, tak że niedawno kupiony przez nas wiatrak, stoi nieużywany. Mieszkanie mamy chłodne i panuje w nim stała temperatura 24-stopni Celsjusza, a na zewnątrz dochodzi do 30-tu. Psom jest gorąco, ale Nepalczycy lubią zwierzęta i o psy dbają. Wszędzie można napotkać miski z wodą, które uzupełniają się przez jakiś czas same, z odwróconych butelek, które napełniają właściciele okolicznych sklepów.

Kathmandu. Czas nauki.

Skończyliśmy pierwszy stopień terapii wibracją i dźwiękiem, za pomocą antycznych mis. Zapisując się na kurs wiedziałem, że przeżyjemy niezwykłą przygodę, ale to co nas spotkało podczas zajęć, przekroczyło najśmielsze oczekiwania. Jutro zaczynamy kolejny stopień i w ciągu kilku miesięcy dojdziemy do mistrzowskich umiejętności, ale już teraz po pierwszym stopniu potrafimy odprężyć, uspokoić klientów uśmierzyć ból i poprawić nastrój. Zestaw miś składa się z 14 naczyń i każde emituje inny dźwięk i wibrację. Po zabiegu człowiek czuje się tak, jak po spokojnej, dobrze przespanej nocy, ma dobry humor i jest rozluźniony. Następne poziomy uczą leczenia. To najlepiej wydane kilka tysięcy dolarów w życiu.

Kathmandu. Urodziny Aema-K'u.

Jeden z najfajniejszych klubów w zachodnim Kathmandu obchodził wczoraj swoje urodziny. Jedzenie a la carte było wyśmienite. Marcin zamówił sobie egzotyczną golonkę z frytkami i piwem, a ja smażony boczek z sałatą i skrzydełka kurczaka. Istny miss masz na dachu świata w miejscu wyglądającym jak Mykanos.  Jest wczesne lato. Temperatury są bardzo przyjemne, od 25 do 38 stopni Celsjusza. Pada okazjonalnie, nie dłużej niż przez kilka minut. Noce są ciągle znośne, ale to niebawem się zmieni. Maj będzie bardzo ciepły, a czerwiec upalny (bez porównania do skali polskiej). Pracuję trzy razy w tygodniu wieczorami, oraz dwa razy  w ciągu dnia. 20 godzin tygodniowo. Marcin spontanicznie przejął obowiązki domowe, choć wiele ich nie ma. Ale sprząta i robi pranie, oddając rzeczy do pralni raz w tygodniu. Stołujemy się raczej w restauracjach, choć zdarzyło nam się coś gotować.  Kupujemy dużo warzyw i owoców, tybetańskie chlebki, ręcznie ubijane masło i dżemy. Bardzo dobre z owoców, z któ...

Kathmandu. Wielkanoc.

Dużo się ostatnio dzieje. Ledwo wyrabiamy się że świętowaniem. Ale przynajmniej wiemy, że polska kuchnia jest uwielbiana na dachu świata. Brytyjskie rzeczy zupełnie nie. Chyba nikt na świecie nie lubi mdłych potraw. Święta przeszły nam w dość leniwej atmosferze. Świętowaliśmy urodziny Buddy, a później Wielkanoc. Oba święta złączone pełnią księżyca, tym razem niezwykłą, bo różową (choć różu dopatrzeć się nie mogliśmy).

Kathmandu. Odpoczynek.

Mieliśmy iść w góry z Sanjeebem, ale o sylwestrze był przemęczony, dodatkowo jego pracownik (i również nasz kolega) zniknął na dwa dni, imprezując do kilkurazowych zgonów i zmartwychwstań. Tak więc nie miał wyjścia i musiał pracować za dwóch. Zresztą Nepalczycy to bardzo pracowity naród, do tego stopnia, że zabijają się pracą. Rzadko kiedy, ktokolwiek ma tu wolne.  Postanowiliśmy pójść do lasu. Kathmandu leży w kotlinie i jest otoczone terenami zielonymi, wznoszącymi się coraz wyżej i wyżej, aż na dach świata. Znalezienie spokojnego miejsca okazało się proste, tak więc łaziliśmy po iglastych lasach, górach i dolinach, wdychając słodki zapach drzew i napawając się ciszą. Kilka razy napotkaliśmy zapomniane stupy lub niewielkie, hinduskie kapliczki. To było naprawdę niesamowite doznanie. Wieczorem razem z innymi świętowaliśmy Buddha Jayanthi - narodziny, śmierć i paranirwanę* Buddy. Weszliśmy na sam wierzchołek stupy Boudhanath i sypiąc ryżem, powtarzaliśmy mantry.

Kathmandu. Sylwester w kwietniu.

Uwielbiam świętować, gdy jest ciepło. Wczoraj zakończył się rok 2078 i wkroczyliśmy w Nowy Rok 2079, pijąc szampana, wino i śpiewając piosenki. A nad ranem zjedliśmy pizzę "Cztery pory roku", z czego jedna była częścią rybną (◎o◎). Sanjeeb podwiózł nas pod mieszkanie taksówką i prawie się pobiliśmy, bo chciałem zapłacić. Dla niego byłoby to dyshonorem (bo to on pojazd zamówił). Co kraj, to obyczaj. Szczęśliwego Nowego Roku 2079. Jesteśmy w przyszłości (。♡‿♡。)

Kathmandu. Urodziny.

Urodziny się udały, goście stawili się w całości i obrzucili mnie prezentami, Marcin zrobił pyszną sałatkę z tuńczyka, która o dziwo naprawdę smakowała naszym znajomym.  Dwa litry whisky delikatnie mówiąc starczyły, do tego stopnia, że jeden kolega zgubił klucze do motoru, a drugiego na noszach wnosiliśmy do taksówki nad ranem. Klucze na szczęście odnalazły się w kieszeni tego, który iść nie umiał i dzisiaj w porze śniadania motor został uruchomiony i odebrany z naszego podwórka. Nowe półwiecze stoi otworem. No to idę.

Kathmandu. Rocznica rodziców.

Rocznicę ślubu rodziców obchodziliśmy dosyć hucznie, oni wewnątrz częstochowskiego mieszkania, a my na tarasie z powodu ciepła. Wypiliśmy ponad pół litra whisky, gadając o wielu rzeczach, z czego niczego nie zapamiętałem. A my się meblujemy. Kupiliśmy sobie dwa ogromne, naścienne płótna, kwiaty: żywe i sztuczne (te ostatnie do dekoracji), wróżki (będą nas pilnować - widać je w drzwiach) oraz girlandy z jednorożców, które wybrał Marcin i zawiesił w moim gabinecie, gdzie pracuję i prowadzę zoomy. No i tyle. Okropnie bolą mnie ramiona, nie wiem czy po siłowni, czy po jeździe na motorze...

Kathmandu. Życie codzienne.

Kathmandu na szczęście mało się zmienia, choć podczas lockdownu wyremontowano tu część budynków, zrobiono drogi i nie ma już gigantycznych dziur, powstałych podczas wcześniejszego trzęsienia ziemi. Życie wróciło na dawne tory. Nie ma już strasznego wirusa, jest tylko zwykły - ten sam. Mówi się tu jednak, że Chiny znów zamknięte, bo jakaś zaraza ich kosi i padają jak muchy. Napisałem do moich znajomych, ale żaden nie odpisał (może padli?). Granice w każdym razie zamknięte. A my się meblujemy. Mieszkanie potrzebuje lekkiej renowacji. Na razie wywietrzyliśmy każdy kąt, kupiliśmy kilka mebli i kwiatów, które nie bardzo lubią być w środku i chyba będziemy musieli je dać na taras.  Większość czasu spędzamy od stupą, medytujemy w świątyniach, a ja dodatkowo pracuję wieczorami. Trochę to stresujące, bo internet się zawiesza i wczoraj trzykrotnie rozłączył mi się zoom. W końcu przełączyłem się na telefon i używając komórkowego netu dociągnąłem spotkanie do końca. Wyszło dobrze, ale ja lubię...

Stambuł. Wiosna i nowe...

Wróciliśmy do Stambułu. W końcu wiosna. Błękitne niebo i prawie dwadzieścia stopni, podczas dnia. Noce ciągle chłodne. Zamierzaliśmy jechać dalej, do Gruzji, ale drugie mieszkanie w którym mieliśmy się zatrzymać oddano uchodźcom z Ukrainy, pomyśleliśmy więc, że nie będziemy ryzykować bezdomności, albo konieczności zatrzymania się w hotelu pięciogwiazdkowym. Jutro zrobimy losowanie lub burzę mózgów i zdecydujemy, co dalej. Póki co cieszymy się wiosną. Dzisiaj załatwiam kilka spraw, Marcin zaś wybrał się do kliniki stomatologicznej, na konsultację. W momencie gdy piszę te słowa, Kot gada z profesorem i ustala cenę implantów. Aż się boję... Teraz, gdy już trochę poznałem Stambuł widzę, że transport jest dość skomplikowany. Przemieszczając się z punktu A do punktu B, musiałem jechać tramwajem, promem i autobusem. W drugą stronę wskoczyłem na statek i podjechałem do stacji, z której podjechałem metrem. Czasowo wyszło na to samo. 

Ankara. Stolica bez życia.

Ankara różni się od Stambułu, jak dzień od nocy. Jest mniejsza, pozbawiona artystycznego klimatu, ludzie są tu niżsi i mniej atrakcyjni fizycznie (czemu?), bardziej szarzy, ubrani jednakowo (choć w sklepach ciuchy są kolorowe).  Restauracje są pełne, ale oferują w zasadzie to samo. Lokalne jadłodajnie są zaś szare, zatęchłe i wyglądają mało zachęcająco. Jedynie mauzoleum, usytuowane na najwyższym wzniesieniu jest imponujące, choć martwe jak reszta miasta. Mieszkanie mamy ładne, więc przynajmniej pracuję komfortowo. Słucham radia i jem smakołyki. Marcin obija się na sofie i jak jest znudzony, marudzi. Wtedy wychodzimy i zwiedzamy. Wczoraj byliśmy w muzeum cywilizacji Antolijskich - rzeczywiście imponująca kolekcja. A dzisiaj idziemy na Drag show do gejowskiej knajpy. No zobaczymy...

Stambuł. Film z Polski.

Z powodu nieoczekiwanego ataku zimy, śnieżycy i kataru, który mnie rozwalił (wiatr plus wilgotne zimno to coś, czego staram się za wszelką cenę unikać), zamiast iść na dyskotekę, postanowiliśmy zrobić sobie wieczór filmowy. Bardzo przypadła nam do gustu biografia Kaliny Jędrusik, która weszła na angielskiego Netflixa kilka dni temu, pod tytułem "Autumn Girl" (polski tytuł "Bo we mnie jest seks"; logiki angielskiego "tłumaczenia" nawet nie próbuję zrozumieć ("Jesienna dziewczyna")). Film raczej łatwy, ciekawie nakręcony i z fajną choreografią. Pokazuje niewielki wycinek z życia artystki, gdy stojąc na szczycie, była wszędzie rozpoznawana. Nie jestem jednak pewien, czy moi angielscy koledzy zrozumieli by cokolwiek, czyli kim była i w jakich czasach żyła.

Stambuł. Zima.

Zima rozgościła się na dobre w całej Turcji. Grecy i Włosi mają podobnie. Mnie biały puch i chłód na początku śmieszyły, ale szczerze mówiąc jestem już nim zmęczony, poza tym siadły mi zatoki i leje mi się z nosa i od tego drapie w gardle. Sobota miała być zabawowa, miał być masaż i tańce, a zamiast tego są ciepłe napoje i jakieś tam witaminy, węgle, cynki, pierdulinki i wkurw. Shit! (*・~・*) Wkurzam się też okropnie tym, co w Polsce. Dwa miesiące temu otworzyłem tam konto bankowe, żeby ułatwić ludziom płatności no i każdego dnia na tym tracę. Złotówka leci na pysk... Jak tak dalej będzie, to zwyczajnie zrezygnuję z polskiej waluty. Źle się dzieje. Pomoc bez mądrości jest bezmyślnym rozdawaniem, które na dłuższą metę wszystkim zaszkodzi. Ludzie stracili balans i to, co się w tej chwili dzieje jest obrazem działania histerycznego. Trzeba wiedzieć, że najlepiej dać wędkę, a rybę tylko w wyjątkowej sytuacji i to przez krótki czas. Polacy rozdają same ryby, odejmując sobie od ust. A to już ...

Stambuł. Pieprzyć płeć i zasady.

Turcy (przynajmniej ci z największego miasta) są bardzo elastyczni i nie lubią jakichkolwiek form przymusu. Gdy pojawia się jakaś reguła ograniczająca ich wolność, natychmiast protestują. A widzieliśmy tych protestów wiele. Wczoraj na przykład że trzy i wszystkie bardzo pokojowe, z wyjątkiem krótkiego incydentu, gdzie widziałem i nawet nagrałem bójkę. Biły się dwie  grupy niewiast, za wykrzyczane słowa (których nie rozumiałem), a policja ich ochraniała. Zabawne w sumie. Zaskoczeniem są kluby LGBT. Jest ich więcej niż w Londynie, chociaż są mniejsze powierzchniowo. Ludzie tu od razu tańczą i śpiewają i z ogromną łatwością nawiązują kontakty. Nie mam z tym problemu, ale nigdy tak szybko nie poznawałem ludzi.

Stambuł. Miasto przyjazne zwierzętom.

W Istambule ludzie zwracają się do siebie z szacunkiem. Tak samo, traktują zwierzęta. Budują psom i kotom budy, ptakom stawiają karmniki. Jest to powszechne, wszędzie obecne i naturalne. Piękna cecha! Wszyscy (bo Aneta jest wciąż z nami) stwierdziliśmy, że panuje tu harmonijną atmosfera. Czuć ją w powietrzu. Poza tym nikt się tu nie spieszy, a ludzie pracują w naturalnym rytmie, są życzliwi, uśmiechają się do siebie i jest to uśmiech naturalny. Przyjechaliśmy tu z Europy, w której grzeczność jest wymuszona. Tutaj jest czymś naturalnym. Dzisiaj obserwowałem ludzi, bardziej uważnie niż wcześniej i zobaczyłem, że są szczęśliwi. Ja też tu jestem szczęśliwy. I Marcin.

Stambuł. Miłość od pierwszego wejrzenia.

Wiedzieliśmy, że Stambuł jest miastem pełnym życia, gdzie kultury, płynnie mieszają się ze sobą. Jednak nie myśleliśmy, że tak nam się tu spodoba. Dzięki temu, bardzo przychylnie i z nadzieją patrzymy na Turcję. Podoba nam się tu wszystko. Są tutaj miejsca, gdzie można znaleźć spokój oraz takie, w których jest jak w ulu. Można żyć w świecie świata zachodniego, lub przenieść się do azjatyckiej rzeczywistości. Można wszystko. 

Sofia. Czas szybko płynie.

Tak, jak w tytule. Czas płynie jak zwariowany i chociaż nie widać tego w ciągu dnia, to gdy miesiąc się kończy, zawsze się dziwimy.  Jednym z pomysłów Marcina, jest kupienie domu w Bułgarii. Nie jestem przekonany, czy to najlepszy pomysł, ale postanowiłem się nie wtrącać, mimo że nie mamy rozdzielności majątkowej. Chcę jednak, żeby ta część pieniędzy i decyzje z nią związane należały do niego. Tak myślę, jako mąż. Ale jako przyjaciel kręcę nosem, bo bułgarska wieś jest naprawdę uboga i niewiele się tam dzieje. Tylko Sofia (i być może kilka innych, turystycznych miast) są pełne życia. Wsie przez które przejeżdżaliśmy, wydają się opuszczone lub bardzo biedne. Z drugiej strony w takich spokojnych i niedrogich miejscach, może można by było otworzyć centrum jogi, ośrodki szkoleniowe, lub inne podobne rzeczy? Sam nie wiem. Weekend miałem wolny, ale dzisiaj pracuję. Przygotowuję się do zajęć. Szkolenia on-line mam już wyprzedane do końca roku, więc jako takiego, dłuższego urlopu nie będę ...

Sofia. Jak w kurorcie.

Sofia jest póki co największym zaskoczeniem w naszej teraźniejszej podróży. Ta sytuacja pokazuje, jak bardzo się mylimy, myśląc o krajach wschodniej Europy i jak różna jest rzeczywistość od naszych wyobrażeń i oczekiwań. To co zobaczyliśmy to miasto pełne szerokich deptaków, obszernych placów, gdzie kawiarnie i restauracje znajdują się na każdym kroku. Ludzie świetnie się tu ubierają i mają bardzo dobrą prezencję. Mówią w wielu językach i czują się częścią świata. Jest tu czyste powietrze, a z okien widać wysokie, ośnieżone szczyty górskie (co już w ogóle spowodowało głośny opad szczęki). Woda z kranu jest smaczna, a w niektórych miejscach znajdują się publiczne krany, z których czerpie się "wodę leczniczą", zawierającą wiele minerałów. Ludzie podchodzą tam z butelkami lub kubkami i wypijają mineralna na miejscu (musimy spróbować).

Bukareszt. Willa Ceaușescu.

Willa Ceaușescu z zewnątrz wygląda na mniejszą, niż jest w rzeczywistości. Na Facebooku, na grupie "Podróże małe i duże" zamieściłem kilkadziesiąt fotek, które pokazują wnętrza większości apartamentów, znajdujących się w tym niezwykłym budynku. Małżeństwo Ceaușescu mieszkało w willi z trójką dzieci: córką Zoią i synami, Valentinem i Nicu. Każde z nich miało tam swój apartament, składający się z minimum: sypialni, salonu, garderoby i łazienki. Garderoba Eleny była największa i naprawdę imponująca. W posiadłości pracowało jedenaście osób, które przychodziły rano i kończyły pracę wieczorem. Dyktator nie miał zbyt dużej ochrony, ponieważ uważał, że jest kochany przez swój lud. Historię wszyscy znają, więc nie muszę pisać, jak się to wszystko skończyło. Pamiętam transmisję egzekucji dyktatorskiej pary w polskiej telewizji. W chwili obecnej żyje Valentin Ceaușescu, który (skoro piszę o willi) zajmował pokoje na parterze. Ma 74 lata i jest fizykiem. Gdy stracono jego rodziców, zosta...

Bukareszt. Muzeum wsi.

Bukareszt i Rumunia bardzo nam przypadły do gustu. Marcin stwierdził nawet, że podoba mu się tu bardziej, niż na Węgrzech. Ja postanowiłem lubić oba kraje tak, jak można lubić dwoje przyjaciół. Muzeum wsi rumuńskiej, przebiło moje oczekiwania. Lubię wieś i "podróże w czasie", dlatego naprawdę cieszyłem się z każdej chwili spędzonej w tamtym miejscu. Wiejskie chaty, pochodzące z różnych miejsc i okresów, najczęściej oryginalne i w pełni umeblowane, kościoły, cerkwie, stodoły, młyny wodne, zagrody... Naprawdę dobrze to zrobili. A ludzie w Rumunii kolorowi, zadowoleni, bez spiny i fałszywego ugrzecznienia, zwyczajni, sympatyczni i pomocni. Jakoś tak wszystko na tak. Ps. Za dużo pracuję...

Budapeszt. Praca i życie nocne.

Pracuję na pełnych obrotach, ale na pół etatu, z porywami do trzech-czwartych. Marcin spontanicznie, przejął obowiązki domowe. Dobrze, że potrafimy się dopasować, bez konieczności gadania. W Budapeszcie, tak jak w Warszawie, reżim sanitarny jest fikcją. Nikt niczego nie sprawdza i nie narzuca. Kluby są pełne, a restauracje pękają w szwach. Często trzeba stać w kolejce, zwłaszcza wieczorem, żeby coś zjeść. I pijalnie wina, mimo że stosunkowo drogie, zawsze są zapełnione po brzegi.

Budapeszt. Podróże w czasie.

Budapeszt jest pięknym miastem. Gdy nie pracuję*, podziwiam jego aurę i napawam się unikalną atmosferą. Nie wszyscy bowiem wiedzą, że rozkoszuję się w czasach PRL, kiedy z mojego punktu widzenia, żyło się wygodniej i zdecydowanie wolniej. Tutaj chciałbym jeszcze zaznaczyć, że polityką się nie zajmuję (zawsze jest na co narzekać, lub przez coś cierpieć, a ja tego nie robię). Muzeum Historyczne okazało się ogromne, jednak najwięcej czasu spędziliśmy w skrzydle z wystawami z lat siedemdziesiątych. Poza tym zwariowałem, przy propagandowych plakatach - to prawie mój fetysz. Wieczór spędziliśmy na spokojnie. Musiałem ogarnąć wiele biurowych rzeczy i przez kilka godzin pracowaliśmy z Marcinem i moją mamą, korzystając ze świata wirtualnego. * Prowadzę firmę od poniedziałku do soboty, od 4 do 6 godzin dziennie, wliczając w czas pracy służbowe rozmowy telefoniczne i na What's up.

Budapeszt. Życie nocne.

Nie od dzisiaj wiadomo, że media piszą bzdury, co tak naprawdę powinno być karane. Jeżdżąc po świecie widzimy, jakich spustoszeń dokonał strach, produkowany przez rządy (mające w tym interes) i rozsiewany przez media (trzepiace na tym kasę). Tymczasem wjechaliśmy do Budapesztu zwyczajnie, zrobiliśmy zakupy, zameldowaliśmy się w wynajętym apartamencie i poszliśmy do knajpy. Nikt niczego nie sprawdzał (szczepień, paszportów, testów) i niczego nie nakazywał (dystansowania się, noszenia masek i innych nienaturalnych zachowań). Gdyby w mediach nie pierdolili o jakimś wirusie i wzrostach zachorowań, to co piszę, nie miałoby sensu. Mamy piękną pogodę. Chyba zaczęła się tu wiosna, bo w dzień temperatura sięgała osiemnastu stopni. Rano, po śniadaniu, poszliśmy na wódkę a potem na słoneczny spacer czystymi ulicami węgierskiej stolicy.  Potem pracowałem, siedząc przy piecu kaflowym, ogrzewającym cały apartament. A życie nocne? Bo prawie zapomniałem napisać. Wszędzie mnóstwo ludzi, knajpy kwit...

Budapeszt. Walentynki.

Szczęśliwych Walentynek - bądźcie szczęśliwi i czujcie się kochani. To bardzo ważne. Budapeszt jak zwykle piękny. Przywitało nas błękitne niebo i całkiem wiosenna pogoda. Czyste ulice, uśmiechnięci ludzie i brak szaleństwa w oczach (co jest w tej chwili charakterystyczne dla mieszkańców Europy Zachodniej. W związku w powyższym obaj pomyśleliśmy sobie, że nadchodzi rozkwit wschodu i nacjonalizmu. A tymczasem świętujemy walentynki.

Warszawa. Warsztaty.

Trwają warsztaty w Warszawie. Mianowalem dwie nauczycielki, więc nareszcie mam pomoc i nie robię wszystkiego sam. Cudowne dziewczyny. Marcin również dwoi się i troi powodując, że wszystko działa jak należy. 

UK-Belgia. W drodze.

Wyjeżdżamy na jakiś czas, przede wszystkim odpocząć od Londynu i szalonego tempa życia, które zaczęło nas wypalać. Marcin będzie miał wakacje, a ja będę pracował zdalnie, bo jeść jednak musimy. Ale znajdę mu zajęcie. Nie mamy żadnego planu. Po prostu będziemy decydować o tym, gdzie chcemy być, z dnia na dzień. A jak nam się znudzi, gdzieś się osiedlimy, albo wrócimy do Anglii, jeśli za nią zatęsknimy. Nie mam jednak pojęcia, kiedy do tego dojdzie.