Przejdź do głównej zawartości

Posty

Nowe Delhi. Klinika okulistyczna.

Kilka dni przed wylotem do Indii, dowiedziałem się, że mam początki jaskry. W Tbilisi często bolały mnie oczy i miałem światłowstręt. Po przylocie do Polski, poszedłem do okulistki. Zbadała mnie i powiedziała, że nic się nie dzieje, a czerwone oczy według niej miały być skutkiem jedzenia pierogów. - Te ich mąki wywołują wiele alergii. Ja bym nigdy tam nie jechała. Nie dziwię się, że ma pan przekrwione oczy. Już wtedy wiedziałem, że gada bzdury. Poszedłem do innej lekarki, w Sopocie. Zrobiła mi dokładne badania i stwierdziła, że nerw wzrokowy już uległ uszkodzeniu.  - Musi pan coś z tym zrobić, możliwie najszybciej - powiedziała. Dała mi namiar do prywatnej kliniki.  - Tyle, że ja pojutrze wyjeżdżam do Azji, na długo - powiedziałem. Dała mi krople, regulujące ciśnienie w oku. Gdy wyszedłem z gabinetu, zacząłem szukać klinik, specjalizujących się w leczeniu jaskry. Znalazłem rekomendowaną i po rozmowie z lekarzem, zrobiłem zabieg tego samego dnia na jedno oko, a dzień później, n...

Nowe Delhi. Kilka światów, w jednym miejscu.

Za ścianą pod której leżą te dzieciaki, znajduje się jedna z najdroższych restauracji na Counaght Place w stolicy Indii. Nie stołujemy się tam, bo jest drożej niż w Nowym Jorku, poza tym na miejsce czeka się tygodniami. Zaraz obok jest Radisson Blue, hotel w którym doba hotelowa kosztuje 1500 złotych. Wszędzie wokół są knajpki dla klasy średniej. Tam jemy. Koszt obiadu dla dwóch to 100-150 złotych. Jest czysto, pachnąco i przyjemnie. Z restauracji można iść na drinka do jednej z dziesiątek pubów. Mają niesamowity wybór whisek, ginów, wódek i koniaków. Muzyka na żywo, na naprawdę wysokim poziomie. Żeby się tam dostać, trzeba przejść ponad leżącymi bezdomnymi, zderzyć się z czyścicielami butów i innych drobnych "samozatrudnionych". Są też rzesze psów i krów, wałęsających się gdzie popadnie. Jestem do tego przyzwyczajony, aczkolwiek ciągle bolą mnie te widoki.

Kopenhaga-Delhi. Lot.

Lot z przygodami. W jednym z samolotów coś jebło, stewardesa uciekła, a nasz autobus pospiesznie odjechał z płyty. Musieliśmy lecieć innymi liniami i długo czekać na lotnisku. Plus jest taki, że dzięki opóźnieniu, zwrócą za bilet, dali też inne, mniejsze upominki i mnóstwo voucherów na jedzenie i picie. Air India okazała się wygodną i punktualną linią (latamy raczej innymi). Łóżka w samolocie były trochę za miękkie, ale chyba dzięki temu nie czuliśmy turbulencji. A hinduska opiekunka przypisana do nas była niezwykle miła i wychwaliła wszystkie moje tatuaże. Nad jakością posiłków czuwał duński szef i wszystko było pyszne. Obawy przed Air India były nieuzasadnione.

Gdynia. Keto.

Od dwóch tygodni jestem na keto. Dieta tlusta i białkowa.  Niewiele warzyw, zero owoców, węglowodanów i cukrów. Jem awokado i jajka na śniadanie. Na słoninie, albo bekonie. Potem sushimi z minimalną ilością warzyw. Wieczorem chodzę do nie-cukierni, na kawę i ciastko, albo torcik. Wszystkie słodycze są słodzone stewią, są z mąki migdałowej i tym samym nie mają węglowodanów. Pyszne są. Na keto chudnie się i młodnieje niemal natychmiast. Cukier jest idealny, skóra nabiera blasku. Osobiście zawsze obawiam się cholesterolu, dlatego jem głównie ryby, mało serów i śmietany, a tłuszcze w postaci suplementów Onega 3 i bio kapsułek z rekinim tłuszczem. Marcin nie trawi keto, więc je wszystko. Bierze tabletki i ciśnienie zaczyna się normalizować. Wykupiliśmy tabletki na pół roku i szykujemy się do wyjazdu. 

Gdynia. Słoneczny październik.

W Gdyni pogoda jest nadal piękna, dlatego nie zrzędzę. Poza tym słońce pozwala mi utrzymać wysoki poziom energii. Chodzę na siłownię, potem pracuję, następnie chodzę nad morze i znowu pracuję. Kupiliśmy dzisiaj patelnię. Mama i przyjaciółka z Hiszpanii, mówią że drogo. Ja nie mam zdania. Jest duża, ze stali i pokryta tytanem. Ostatnio dużo smażę lub duszę, bo przeszedłem na keto. Nie bardzo mi ta dieta pasuje, ale to jedyny ratunek na wiele rzeczy i utratę wagi. Ostatnio waga mojego ciała jest coraz trudniejsza do okiełznania. Marcin jest już po wszystkich badaniach, jutro idzie do profesorki medycyny na kontrolę i myślę, że w jego życiu zacznie się okres "weź pigułkę". No i tyle. A! Ojciec był w szpitalu i wyszedł. Jest jak jest. Największy problem polega na tym, że on czuje się staro i widzi w sobie dogorywającego staruszka. Nie wróżę mu nic dobrego z takim nastawieniem.

Gdynia. Babie lato.

Anglicy nazywają taką ciepłą jesień Indyjskim latem , bardziej to do mnie przemawia, niż babie . Jak zwał, tak zwał ale jest naprawdę ciepło. W piątkową noc poszedłem do pubu i zabalowałem do piątej. A potem wracałem w samym t-shircie do domu. Niesamowite. Sobota była nieco chłodniejsza, ale wspólny z Marcinem, spacer nad morzem był nadal przyjemny. Byliśmy na Chłopach  w reżyserii DK Welchman i Hugh Welchmana. Film animowany, z niezwykle plastycznymi ujęciami i cudowną muzyką. Byłem zachwycony. Polacy jednak potrzebują więcej intelektualnego rżnięcia, czegoś tak głębokiego, żeby nie mogli zrozumieć. Bo film dla wielu jest za płytki i zubożył (rozbuchaną intelektualnie) polską wieś. Marcin jest już po wszystkich badaniach, skanach, holterach i rozmazach. Każde badanie wyszło dobrze, więc trzeba skupić się na informowaniu ciśnienia, które jest samoistne i nie ma wskazywanych przyczyn. 

Gdynia. Przystanek.

Dzisiejszy dzień spędziłem w salonie tatuażu. Znajomy (już) artysta wypisał mi na stałe mantrę Białej Tary - formy, na którą najczęściej medytuję. Dużo czasu zajęło nam ułożenie tybetańskich sylab tak, aby pasowały do całości. Ale się udało i tym samym mantra stała się częścią mojego ciała.  Skończyłem książkę, jest teraz w druku, chyba już nawet jest oprawiana, Za kilka dni trafi do licznych czytelników. Jestem wzruszony, bo naprawdę wiele osób kupiło napisany przeze mnie podręcznik "w ciemno". To są naprawdę duże liczby! Nie pojechaliśmy do Wietnamu, bo Marcin odkrył, że ma nadciśnienie. Nie podobało mi się, że czerwienieje i często boli go głowa. Postanowiliśmy wrócić do Polski na jakiś czas i zrobić badania. Dzisiaj miał kompleksowe badania krwi, jutro ma USG i inne różne, zalecone przez profesorkę medycyny, zajmującą się takimi sprawami. Dostał już leki i robi pomiary. Na chwilę obecną odczyty wykazują 145/95 lub mniej ( po południu miał 125/80). Nie sądzę aby badania wy...

Tbilisi. Nastroje.

W Gruzji zdecydowanie przybyło graffiti, o wydźwięku politycznym. Napisy: "Putin chuj", "Rosja terrorystą" oraz "Ruscy wypierdalajcie z naszego kraju", ozdabiają niemal każdą kamienicę. Wszędzie powiewają też Ukraińskie flagi i żółto - niebieskie kolory wszędzie rzucają się w oczy. Na inwazję Ukraińców wszyscy się zgadzają, na to, że nie pracują i przesiadują w knajpach od rana, do wieczora, także.  Gruzini nie mają zbyt wiele przeciwko Rosjanom, bo są tu od zawsze. Mój fryzjer jest Rosjaninem, sklepowe w sklepie to Rosjanki, większość knajpek jest rosyjskich i tam też siedzą Ukraińcy. A jak im się znudzi, odmalowują kolejne bohomazy. Bo to przecież nie Gruzini każą komukolwiek "wypierdalać (Marcin zwrócił mi na to dzisiaj uwagę). To Ukraińcy każda wynosić się innym z "ich kolejnego" kraju. Oglądałem dzisiaj program o tym, że mają odławiać zbiegłych sąsiadów i odstawiać ich do ich ojczyzny. Ponoć Żeleński potrzebuje mięsa armatniego. Nie wie...

Tbilisi. Praca.

Na dworze upały. Każdego dnia, bez żadnego wyjątku od 47 dni. Codziennie w okolicach 40 stopni Celsjusza i świeże powietrze. Niesamowite połączenie! Nie zapowiada się na zmiany. A ja pracuję. Ostatnio po 12 godzin. Kończę książkę i skończyć nie mogę. Dzisiaj przeczytałem (przeleciałem) całą i odkryłem, że nie napisałem o dwóch ważnych rzeczach, poza tym jeszcze kilka tematów muszę podszlifować. W przyszły poniedziałek idzie (podręcznik) do korekty, więc chyba muszę zwiększyć ilość godzin mojej pracy. Niech ona już w końcu idzie do druku... Na zdjęciu salon, w którym spędzam większość czasu.

Tbilisi. Życie nocne i wieczory

Gruzini są podobni do Polaków pod względem sposobu biesiadowania. Lubią siedzieć w grupkach znajomych, jeść, gadać i popijać alkohol. Różnica polega na tym, że się nie awanturują, tylko śmieją. Piją głównie wino i czasami czaczę (chacha, wódka robiona z destylowanego winogronowego moszczu, która leżakuje 2 lata w beczkach). A młodzi, siedzą na schodach, albo na chodnikach przed klubami. Klubów dużo, ale świecą pustkami do późnego wieczora. Zagęszcza się w środku nocy, kiedy mnie odechciewa się już zabawy. Raz poszliśmy przed północą, to rzeczywiście koło drugiej zaczęli się schodzić. Klientela to głównie Rosjanie, rzadziej Gruzini i Ukraińcy. Polaków jest naprawdę mało, szczególnie w obiektach rozrywkowych nocnych. Spodziewałem się rzeszy rodaków, a tu nie. Rzadko kiedy słyszy się polski język. 

Tbilisi. Chleb.

Foto: Martin. Od pięciu tygodni chodzimy po chleb do okolicznej piekarni. Piekarz w wieku po 40-tce, zagniata ciasto, czeka aż wyrośnie, formuje kule i potem je rozciąga. Następnie przykleja do ścianek pieca Tandoor i czeka kilkanaście minut, aż chleb będzie gotowy. Chleb, to w zasadzie bagietka. Codziennie świeża, prosto z pieca. Zero w tym sztucznych dodatków i zero problemów z gazami. A smak jak w niebie. Naprawdę jest to najlepszy chleb, jaki w życiu miałem okazję jeść. W Indiach mamy podobną piekarnie, ale chapati to zupełnie inna opowieść kulinarna. Od pięciu tygodni w Gruzji nie pada (raz w nocy kropiło, ale wtedy spaliśmy). Temperatury dokładnie takie same. Plus 40, z wahaniami o kilka stopni. Generalnie sucho, gorąco i pachnąco. Tu takimi żniwami pachnie, chlebem, winem... Pięknie jest. No i we wrześniu podobno tak samo będzie. Postanowiliśmy oczywiście zostać. 

Tbilisi. Codzienność.

Upały i kompletny brak jakichkolwiek zmian pogodowych, to pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy. Jesteśmy tu cztery tygodnie. Nie wiem, kiedy to zleciało. Może dlatego tak szybko, bo pracuję dość dużo. Zaczynamy dzień ok 11. To znaczy ja wstaje o 8, albo jeszcze wcześniej, a Marcin śpi do późnego przedpołudnia. Później przygotowujemy i jemy śniadanie (lunch). Zawsze o 12:00. Jest to zazwyczaj posiłek, jak na zdjęciu: dużo zielonego, warzywa i owoce, a chleb i sery są tylko dodatkiem. Do smarowania tylko oliwa. Dużo oliwy. Potem zazwyczaj piszę książkę, a Marcin kursuje pomiędzy kawiarniami i domem, gdzie wypoczywa. Temperatura na zewnątrz nie pozwala na zbyt długie spacery. W cieniu jest 40+. Wieczorami wychodzimy, często na kolację i wino. A potem oglądamy filmy. 

Tbilisi. Życie wieczorne.

Wieczory w Gruzji są długie i gorące. Gdy kończę pracę i wychodzę na zewnątrz, zazwyczaj jest 18, lub później. Wtedy temperatura wynosi trzydzieści kilka stopni i powietrze jest cudownie rozgrzane. Gdy zachodzi słońce, niewiele się zmienia. Dopiero po północy spada nieco, ale nie poniżej dwudziestu pięciu. Ludzie chodzą tu spać późno. Sklepy otwarte są albo do 22 albo do północy. Kluby chyba do ostatniego gościa, albo do rana. Tego nie wiem, bo spać chodzę o pierwszej. W piątki dyskoteki otwierają drzwi o północy, ale przed pierwszą nie ma co tam chodzić, bo mało ludzi. Schodzą się później. Trochę tego nie rozumiem, ale w Hiszpanii też tak jest. Zabawa kończy się o szóstej, czasem siódmej. Nie do końca przepadam za wampirzeniem. Wolę wieczory.

Tbilisi. Życie codzienne.

Najfajniejszą rzeczą jest w Gruzji pogoda. Codziennie ta sama: sucha, upalna i bezwietrzna. W ciągu trzech tygodni, raz padało w nocy, z powodu zbyt wysokiej temperatury. Rano było jednak już pięknie. Od kilku lat staramy się żyć i mieszkać tam, gdzie jest ciągle ciepło i słonecznie. Gruzja jest pod tym względem najlepsza, bo nie ma wielu insektów i wszędzie można znaleźć cień i fontanny z wodą pitną. Jedzenie jest pyszne. Codziennie pije się tu też wino, a wybór jest znacznie większy niż we Francji. Mają wina bursztynowe, inne w smaku, niż białe lub różowe. Wytwarzane są tradycyjnie, czyli depcze się grona w beczkach, a potem to jakoś fermentuje. Smak jest niepowtarzalny. W winnicach numerują butelki. Najdroższe są rzecz jasna trunki z mniejszych kolekcji. Wczoraj piliśmy butelkę 287/600 i kosztowała w przeliczeniu 103 zł. Więc drogo nie jest. Zapach. Nie wiem jak oni to robią, ale powietrze pachnie tu kwiatami i czymś słodkim. Nic nie śmierdzi. Nigdy. A ulice i chodniki są tak czyste...

Batumi. Miasto kosmos.

Nie wiem, gdzie te herbaciane pola. Albo jakieś nostalgiczne miejsca. Przepadły. Zamiast tego nadmorski, gruziński kurort oferuje pełnię rozrywek i kosmiczne przyjemności. Z jednej skorzystaliśmy i za 40 lari wjechaliśmy windą do strefy widokowej. Fajnie w sumie było. Batumi ma super deptak. Ciągnie się na dobrych kilka kilometrów, wzdłuż plaży. Jest cześć do chodzenia i cześć do jeżdżenia (na rowerach, deskorolkach itd.). Jest też dużo drzew, a minusem żwirowa plaża. Trzeba używać leżaka i klapek. Stare miasto, nie wygląda na bardzo stare. Ale mają świetne winnice i mnóstwo knajp. Tu naprawdę pije się wino ciągle. Nawet do śniadania. Mają słabe wina poranne (nie spotykane raczej w nas - gdziekolwiek to u nas jest) i świetne wina wieczorne. Hitem jest wino bursztynowe, wydeptywanie przez Gruziński i trzymane jakiś czas w beczkach.  Mimo filtra nieco się spaliłem. Słońce jest tu ostrzejsze, a ja muszę kupić filtr 50+

Tbilisi - Batumi. W podróży.

Jedziemy na weekend do Batumi. Cały czas, gdy tylko myślę o celu naszej podróży, śpiewa mi się sławna piosenka Filipinek. Nie wiem, czy nam się tam spodoba, ale jeśli tak, to przeniesiemy się nad morze we wrześniu. Lubię wodę, a na pewno będzie jeszcze ciepło. Musiałem skorzystać z toalety na dworcu. Cóż za "powrót w czasie": babcia klozetowa, zapach chloru i wulgarne rysunki zachęcające do szybkiego seksu w kabinie. Jak 30-lat temu w Polsce. Ładna jest Gruzja. Teraz jesteśmy godzinę za stolicą i widzimy piękne wzgórza, wioski (murowane) i urokliwe stacyjki kolejowe. Krajobraz jest raczej monotonny, ale hipnotyzujący. Przeważa kolor żółty, chociaż krzaki i drzewa są zielone. W podróży towarzyszy nam leniwa i płytka rzeka Kura.

Tbilisi. Barbie.

Film w reżyserii Grety Gerwig, okrzyknięty na świecie "genialnym", dla nas okazał się cukierkową masakrą i gdyby nie arcywygodne fotele, wyszedłbym chyba z seansu.  Wszyscy mówią o przesłaniu, jaki niesie ze sobą to dzieło. Są takie filmy na Facebooku, uczące moralności. Podobny poziom.

Tbilisi. Pierwsze zachwyty.

Pierwsze wrażenia że stolicy Gruzji, są niepokojąco pozytywne. Miasto jest nowoczesne i czyste, ludzie mili, ceny umiarkowane, pogoda wspaniała, a jedzenie ponad jakiekolwiek oczekiwania. Gdzie jest "haczyk"? Mieszkanie mamy ładne. Duża sypialnia i pokój dzienny z kuchnią. Pralka działa, ale bardzo hałasuje i lepiej wstawić pranie i wyjść. Lodówka na 6-osobową rodzinę. Na razie mamy w niej cydr, wina, kawę i ser. Łazienka sporą, tylko wody nie umiemy jeszcze regulować. Albo wrzątek, albo chłodna (dzisiaj mi się udało, więc można to jakoś wypośrodkować). Net poki co - działa. Dwa zajęcia już przeprowadziłem. Co do netu - Hebius miał rację. Blokują bloggera (z czasem wyjdzie, co jeszcze) i nie widzę własnych wpisów. Uruchomiłem VPN, dzięki czemu dalej będę tu pisał. Robię to w zasadzie dla siebie i nie chce mi się przenosić.  Minusy? Brak przejść dla pieszych. Trzeba się nachodzić i natrudzić, żeby przeprawić się na drugą stronę ulicy. Chyba tylko to, jak na razie.  Karta SIM z...

Gdynia. Bliższe spotkania.

Wczoraj był dzień spotkań. Do Władysławowa, przyjechała moja koleżanka, wraz z rodziną: mężem i córką. Na początku tego tysiąclecia przemierzałem z nią Indie, potem mieliśmy kontakt wyłącznie wirtualny. Wyszła za mąż za Brazylijczyka, urodziła córkę i wszyscy razem zamieszkali w Irlandii. Wiodą tam przykładne życie, w spokojnej mieścinie otulonej zielenią i mżawką (tak mówi Naomi, 10-letnia córka). Oni dużo pracują, córka się uczy i jeździ konno. Dlatego jednym z czterech prezentów jakie od nas dostała, była figurka konia (ma ich kilkadziesiąt). Było to bardzo przyjemne spotkanie. Odprowadziliśmy ich na pociąg o 19 i pojechaliśmy do Sopotu, zobaczyć kolejną osobę. Marcina z Australii, który nagle i niespodziewanie pojawił się w naszej czasoprzestrzeni. Z Marcinem mieszkałem w Londynie. Zawsze był człowiekiem skorym do pomocy, dobrym i bardzo otwartym na ludzi i świat. Były czasy gdy uczył mnie "jak zjeść posiłek za funta", co okazało się wartościową lekcją. Był i jest oszczęd...

Kraków. Życie nocne.

Nie wiem, co się stało z życiem nocnym polskich gejów, bo to co jest, nie jest dobre. Pustki! Hetero bary, puby i dyskoteki, pękają w szwach. Miejsca LGBT świecą pustkami. Nie kumam. W krakowskim LINDO trochę ludzi pojawia się po 23. Spoko. Tylko nie ma Polaków. Są Ukraińcy, Amerykanie, Gruzini, Włosi i inne mniejszości (lub przyjezdni). Jeden facet z Azji (Kazachstan?). O co chodzi? Wszędzie jest tak samo...

Gdynia-Kraków. W pociągu.

Pociąg przyjechał o czasie. Niestety krótki i bez wagonu restauracyjnego. Marcin się grzebał i nie zdążyliśmy kupić wody, w ostatniej chwili zjawiliśmy się na dworcu i nie mieliśmy czasu na zakupy.  Dodatkowo pociąg nowoczesny i uszczęśliwia nas klimatyzacją. Leci arktyczne powietrze z podłogi, sufitu i spod okna. Nie mam zimowych ubrań i już teraz mam gęsią skórkę.  Na szczęście przypomniałem sobie, że mam taśmę klejącą na szkolenie, którą wykorzystałem do znokautowania klimy. Patrzyli na mnie z szokiem i niedowierzaniem, ale ja to ja i mam ich opinie w dupie. 

Warszawa. Warsztaty.

Zakończył się kurs niebieski. W Akademii, którą założyłem, to najwyższy poziom nauki i obejmuje wszystkie punkty meridianowe na ciele człowieka. 16-miesiecy spotkań, zarówno online, jak i na żywo. Zżyłem się ze wszystkimi. Na koniec dostaliśmy z Marcinem kosz prezentów. Wieziemy go teraz w zatłoczonym pociągu, z Warszawy do Gdyni. Każda uczestniczka podarowała nam od siebie po jednym do kilku prezentów, charakterystycznych dla regionu ich zamieszkania. Mamy więc nalewki, kremy, ciastka, książki, marynaty, i inne przedmioty. Z Kielc na przykład otrzymaliśmy ogromny słój majonezu i scyzoryk. Było to bardzo wzruszające. No i album ze zdjęciami nas wszystkich, z różnych zjazdów, z podziękowaniami i wpisami... Wspaniałe przeżycie. Ps. A jeszcze voucher do Teatru (⁠◕⁠ᴗ⁠◕⁠✿⁠)

Burgas-Gdańsk-Warszawa. Podróż.

Dojechaliśmy do Warszawy. W Złotych Tarasach zjedliśmy dużą porcję sushi, potem poszedłem do apteki kupić olejek przeciwdziałający wzdęciom, bo te ciągłe zmiany wywołały duży dyskomfort w moich jelitach. W ogóle muszę się oczyścić, odchudzić i zwolnić. Zawsze żyłem aktywnie, ale to co teraz robimy jest jazdą na maksa. Przez dwa kolejne dni będę prowadził ostatnie warsztaty "niebieskie". Jest to zakończenie 1.5-letnich studiów w tym temacie. Większość dotrwała do końca. Jestem z nich dumny. I z siebie też. Chociaż bardziej chyba zmęczony. Zmęczenie nie jest czymś złym, choć z tego powodu mam zjazd nastroju. A szkolenie przeprowadzić muszę. Rano, nasz młody landlord zawiózł nas na lotnisko. Wypiliśmy kawę i doszliśmy do bramki. Widzieliśmy jak samolot ładuje, jak wychodzą z niego ludzie i wyjeżdżają bagaże. Następnie autobusy podwiozła nas. Wsiedliśmy I odlecieliśmy. Wszystko trwało 24 minuty, od ładowania do momentu, gdy wsiadaliśmy do samolotu. Nie ma możliwości, żeby ktoś zd...

Pomorie. Praca i zabawa.

Odpoczynek w moim wydaniu, to bardzo aktywna czynność. Pracuję rano i często wieczorem, tak przynajmniej 4 godziny dziennie. Ale zaraz... jak idę na plażę, robię tik-toki, nagrania na Instagrama i wykłady na YouTube. To przecież moja praca. A jak spaceruję, to ciągle odpowiadam na zapytania studentów, coś im tam przesyłam i coś sprawdzam. Więc w sumie, cały czas pracuję. Wczoraj mocno się wkurzyłem, bo dostałem e-maila od firmy rządowej, nadzorującej emerytury. No i pod groźbą kary, żądali abym natychmiast się zalogował i uzupełnił jakieś brakujące dane. Księgowa nie odpowiadała, a ja w ogóle nie rozumiałem o co oni mnie pytają. Poza tym do zalogowania się do ich systemu, potrzebowałem numerów, które miały być na jakiś listach. Musiałem szukać na dysku księgowym starych listów i metodą prób i błędów wpisywałem jakieś kody. W końcu mi się udało. Musiałem wypełnić sprawozdanie i odpowiedzieć na wiele pytań, tak zadanych, że zacząłem w końcu zwyczajnie klikać na przypadkowe odpowiedzi. Gd...

Pomorie. Spokój i podróż w przeszłość.

Po dwóch godzinach snu, taksówka zawiozła nas na lotnisko w Gdańsku. Napiliśmy się kawy i wsiedliśmy do boeninga. Oczywiście miejsca w drugim rzędzie, tak jak lubię. Lot był raczej trzęsący, nie wiem czemu, bo pogoda piękna. Była mgiełka. Czy to ona spowodowała turbulencje?  Nasz landlord okazał się młodym, przypakowanym (trenuje boks) cis-facetem. Bardzo miły. Odebrał nas z lotniska i pokazał najważniejsze punkty w mieście. Apartament mały, ale przyjemny. Na parterze, przy plaży. Trzeba tylko przejść przez wąska uliczkę, aby znaleźć się nad morzem. Wieczorem padałem na twarz, ale musiałem przeprowadzić zoom. A zaraz potem poszedłem spać i spałem do 10 rano. Marcin też. Potem pracowałem trzy godziny i gdy skończyłem, poszliśmy na kawę i lody. W drodze pokazywałem miejscowość rodzicom. Przez całe 45 minut. Miasteczko jest czyste, senne i raczej bezludne. Do końca miesiąca raczej odpoczniemy.

Wrocław.Praca.

Do Wrocławia przyjechaliśmy pociągiem, wioząc ze sobą trzy łóżka do masażu. Poszło gładko, łóżka były lekkie i z łatwością zmieściły się pod siedzenia. Później tramwajem trzy przystanki do centrum szkoleniowego. Taksówka by nas nie wzięła, bo łóżka za duże. Zresztą teraz w autach pracujących jaki taxi, w ich bagażnikach, montuje się butle na gaz i czasami trzeba walizki na kolana wkładać. Średnie rozwiązanie. Szkolenie bardzo udane. Grupa fajna, choć temat trudny i męczący. W niedzielę byłem raczej wyczerpany. Na szczęście w pociągu poznałem Anię, ratowniczkę medyczną. Poszliśmy na piwo i gadaliśmy o pierdołach. Marcin zaś znalazł rozmówcę w przedziale. Odskocznia była nam potrzebna. Teraz przed nami dwie godziny snu, a potem na lotnisko i fru - dalej.

Warszawa. Praca.

Bardzo lubię swoją pracę i mam nadzieję, że będę ją lubił w przyszłości. Owszem, czasem jestem zmęczony: zmianami, podróżami lub nadmiarem spraw. Ale to dobre zmęczenie raczej szczęśliwe. Zmęczenie po którym dobrze się śpi. Dzisiejsze szkolenie super, aczkolwiek nie zabrakło stresu. Dwie osoby poległy w łóżkach z gorączką, a jednej dzieciak się tak rozchorował, że pogotowie trzeba było wzywać (nie znam jeszcze finału). Współczuję jej, bo bardzo chciała być na warsztatach. Może jutro jej się uda? Jutro po południu jedziemy do Gdyni. Nie wiem jak się zabierzemy, bo mamy dwie dodatkowe walizki (zakupowaliśmy trochę, może trochę za dużo). A i jeszcze dwa plecaki.  Od poniedziałku mam tyle pracy, że muszę to sobie jakoś zaplanować i poukładać, żeby nie oszaleć. Poza tym każdego popołudnia prowadzę szkolenia on-line dla nowych grup. A w piątek jedziemy do Wrocławia, bo będę miał kolejne warsztaty.

Londyn-Warszawa. Lot.

Wizzair jest bardzo popularną linią lotniczą i samoloty są zazwyczaj pełne. Zawsze wybieram (za dopłatą) miejsca w drugim rzędzie, na początku samolotu, bo tam najmniej trzęsie. Ściągam film, albo serial z Netflixa, kupuję jakieś drobne przekąski i wodę. Tanie linie lotnicze nie dają jedzenia, ani nawet wody bezpłatnie. W fotelach nie ma telewizorów, więc trzeba sobie radzić samemu.

Londyn. Życie nocne.

Aneta zabrała nas na koncert muzyki alternatywnej, do klubu 100, na Oxford Street. Marcin się umęczył, ale mnie się podobało. Nie da się jednak zapamiętać linii melodycznej żadnego utworu. Soho się nie zmieniło. Mnóstwo ludzi w pubach, wewnątrz i na zewnątrz. Piją od 12 w południe, do 23 wieczorem. Jeśli mają siłę, migrują z pubów, do klubów. A niektórzy jeszcze później na dyskoteki. Jeśli wezmą kokainę i dalej im nie wystarcza, udają się na after party, od 6 rano do południa. No, a potem otwierają puby.

London. Zakupów szał.

Wpadliśmy do Londynu, do pracy i na zakupy. Samolot wylądował punktualnie, pojechaliśmy do domu, spać. Niestety różnica czasowa spowodowała, że sen był płytki nocą, a rano, gdy trzeba było wstawać,  poczuliśmy zmęczenie.  Szkolenie się udało, aczkolwiek kilka osób nie dojechało z powodu przeziębienia. W czerwcu. Dziwne. Zaliczki jednak im przepadły. Muszę stać na straży firmy i jej interesów. A dzisiaj poszliśmy na zakupy. Powstała cała dodatkowa walizka ciuchów. Muszę dodać dodatkowy bagaż do biletu... W czwartek wylatujemy, od piątku zaczynam szkolenie w Warszawie.