Przejdź do głównej zawartości

Posty

Bangkok. Kolejna zmiana.

Obawiam się, że jestem przestymulowany. Coś się ze mną dzieje; odczuwam rozdrażnienie i wzmożoną energię, połączoną z niegasnącą, wzrastającą chęcią działania. Utrzymuję kontakt ze wszystkimi, pracuję, załatwiam rzeczy i gdy skończę, natychmiast muszę się czymś zająć. No i prawie nie sypiam, ale nie jestem zmęczony. Dzisiaj cały dzień miałem "ciężką głowę". Jestem na diecie. Prawie się głodzę (pewnie stąd rozdrażnienie). Niestety po pięćdziesiątce mój metabolizm jebnął na trotuar i normalne metody nie działają. Spożywanie odpowiedniej ilości kalorii powoduje, że tyję. A jak nie jem, to trzymam wagę, jak największy skarb.  Na domiar wszystkiego, czuję się pod presją. Ludzie na mnie polegają. Prowadzę szkolenia. Coraz więcej i więcej. Presja bycia "przykładem", kładzie mnie na łopatki. Ja przecież lubię być poza systemami... Oh, mon Dieu.

Bangkok. Upały.

Monsun się skończył i nastała pora sucha (ponoć może padać, ale rzadko). Temperatura sięga 35-38 stopni Celsjusza w cieniu, z tym, że jak zwykle cienia nie ma. W mieszkaniu mamy włączoną klimatyzację w każdym pomieszczeniu. Boli mnie gardło od tego, ale inaczej się nie da. W sobotę mocno zaszaleliśmy, a niedzielę spędziliśmy w domu. Marcin oglądał seriale, ja pracowałem. Nawet dobrze mi szło, więc nadrobiłem kilka rzeczy i byłem z siebie zadowolony. Nowa książka będzie się chyba jednak pisać powoli. Nie chce mi się. Może mi przejdzie i zacznę - nie wiem. W środę jedziemy do Phuket. Mam nadzieję, że będzie mi się podobało. Nie chcę wpaść w rozbuchane życie towarzyskie. Wystarczy mi wyjście na drinka i zabawę raz w tygodniu. Przez resztę tygodnia chciałbym jednak trochę odpocząć, pospacerować, poleżeć na plaży i wolno pracować. Bez napięcia i ciągłych terminów, które sam sobie narzucam. Przecież nie mam szefa. Marcin chce jechać jak co roku na Mönlam. A ja mam mieszane uczucia. Ostatnio ...

Bangkok. Codzienność.

Monsun się skończył. Od dwóch dni nie spadła nawet kropla deszczu, zrobiło się mniej wilgotno ale ciepłej. Dzisiaj nawet dla mnie było za ciepło. Termometr w centrum pokazywał +42°C w cieniu, ale co mi z cienia, jak cały czas byliśmy w słońcu. Zmusiłem Marcina, żeby kupił sobie czapkę z daszkiem, bo jego łysa głową w takim słońcu to murowany udar. Zacząłem pisać kolejną książkę. Na razie zrobiłem schemat. Będzie to opis popularnych chorób, przyczyny ich powstawania i propozycje wspomagania ich leczenia. Mam nadzieję skończyć na gwiazdkę, żeby wolumin trafił pod choinkę. No zobaczymy. Zajeżdżam się trochę.  Ostatnio zacząłem terapię i autoterapię. Grzebie w sobie i póki co przynosi mi to wiele złych wrażeń. Przypominam sobie rzeczy, które wyparłem (?) albo zwyczajnie zapomniałem. Czasami budzę się w nocy i myślę, jakim byłem dupkiem, innym razem, jak mnie skrzywdzono. Jeszcze nie wiem, czy ma to sens. Siedzę na pedicure. Włosa ściera mi pięty. Potem masaż i odpoczynek w domu. O 22 w...

Bangkok. Gaz do dechy!

Tajlandia bardzo do nas pasuje. Do mnie najbardziej, chociaż Marcina też fascynuje życie na spidzie i dobrze się bawi, gdy ktoś go lekko popchnie. Dla mnie to esencja. Z chaosu, nadmiaru, hałasu, szaleństwa... biorę energię, przetwarzam ją i traktuję jako benzynę, bez której bym daleko nie zajechał. Stagnacja mnie zabija. Ja nigdy nie jestem zmęczony, nie mam kaca, nie mam dość. Po imprezie śpię 4-5 godzin i budzę się żądny nowych wrażeń, Marcin musi swoje odespać i później człapie za mną, rozkręcając się niczym dynamo, powoli odzyskujący siły. Tak mamy. Bangkok jest wspaniały. Mamy tu koniec monsunu, więc jeszcze pada przez kilka wieczornych godzin, ale temperatura jest tak wysoka, że nie ma to większego znaczenia. Za chwilę rozpocznie się czas suchy, bardzo ciepły z nadmiarem słońca i będzie trwał do kwietnia. Jedzenie jest boskie. Oni robią kulinarne arcydzieła, szczególnie desery. Owoce mają smak pełny, zapomniany i na nowo odkrywany przez kubki smakowe. Mięsa i te ich ostre sosy! ...

Seul. Praca.

Ostatni tydzień to głównie praca. Wstaję i siadam przed komputerem. Mam wiele warsztatów (prowadzę równolegle cztery grupy, na różnych szkoleniach) i kończę rzeczy związane z książką. Teraz pracuję nad ilustracjami, ponieważ nikt ich nie jest w stanie zrobić. Książki o tematyce naturoterapii i refleksologii są raczej czymś nowym i ilustracje może zrobić tylko autor, albo siedzieć przy rysowniku i mówić mu gdzie postawić kolejną kropkę. Szczerze mówiąc bardzo to wyczerpujące. Robienie tych ilustracji.  Przemęczenie związane z pracą wychodzi u mnie w postaci różnego rodzaju frustracji, jestem bardziej drażliwy i bardziej podatny na stres. Poza tym fizycznie od siedzenia przed komputerem bolą mnie plecy i dłonie. Staram się siedzieć w prawidłowych pozycjach, ale mimo wszystko drętwieją mi palce. Gdybym nie był przysłowiowym szewcem co bez butów chodzi, pewnie znalazłem czas na ćwiczenia rozciągające. Ale ja mam tendencję do spadania w wir pracy bez opamiętania, dotyczy to wszystkich p...

Seul. Pierwsze wnioski.

Minął nam miesiąc w Korei i tydzień w Seulu. Stolica, na co skrycie liczyliśmy, znacznie różni się od reszty kraju. W zasadzie to dwie, zupełnie różne krainy. Poza tym ludzie tu wyglądają inaczej i noszą się bardziej międzynarodowo. Seul wygląda inaczej, niż myśleliśmy. Owszem, są tu wysokie budynki i centra biznesu, ale generalnie stolica Korei Południowej to zbiór osiedli (wiosek), z których każda ma swoją specyfikę. Łączy je to, że są nisko zabudowane i oferują mnóstwo żarcia, każdego rodzaju, głównie na ulicach. Wieczorem wszędzie grillują. Słowo "wszędzie" nie jest przesadzone. Wczoraj o trzeciej w nocy, wracając z gej-klubu, wstąpiliśmy na grilla, przed pójściem spać. Samo mięso i kimczi. Ryżu nie było. Miasto jest duże, połączone siatką metra, które jest mocno rozbudowane. Ich wadą jest brak ruchomych schodów (zdarzają się sporadycznie, na wielkich stacjach przesiadkowych). Są windy, ale trzeba odstać w kolejce. Poza tym dość długo czeka się na pociągi (jakieś 5-6 minu...

Seul. Wielkie żarcie.

Koreańczycy chyba jedzą wyłącznie na mieście. W Seulu jest więcej restauracji niż w jakimkolwiek innym, odwiedzonym przez nas kraju, i każda jest pełna. Tłumy ludzi stoją w kolejkach, do każdej z nich. Niesamowite! Jedzą tu żeberka, raczej wieprzowe, choć wołowe też są w karcie. Ośmiornice do wszystkiego i tłuste bekony, boczki oraz słoninę. Świńska skórka, tak jak w Japonii jest tu wielkim przysmakiem. Z owoców mają brzoskwinie i winogrona, czasem gruszki i arbuzy, ale nie widziałem nikogo, kto by to jadł. Za to słodycze: lody, serniki, kremy - o mój bosze - pochłaniają. I czegoś tu nie rozumiem. Wszyscy są szczupli, a długość życia jest całkiem niezła.

Busan. Jesień.

Jesień nadeszła zgodnie z kalendarzem, przynosząc ze sobą dwa dni intensywnego deszczu. Gdy w końcu wyszło słońce, powietrze wypełniło się zapachem tej pory roku, a kolory świata zyskały nowe wibracje. Temperatura spadła z upalnych 45 do przyjemnych 27 stopni, co definiuje jesień w Korei jako piątą porę roku – późne lato. To czas obfitości, kiedy Ziemia wydaje plony, a wszystko dojrzewa w idealnych warunkach. Jednak dla mnie jesień oznacza także zapalenie zatok. Zmagam się z tym co roku, a w tym roku sytuacja jest szczególnie uciążliwa. Mimo że nie czuję się chory, śluz spływający po gardle utrudnia mi życie. Walcząc z katarem, płuczę gardło solanką, chcąc uniknąć tabletek. Zauważyłem, że wilgoć nadmorska to mój wróg – zawsze po saunie wychodzę z katarem. Ograniczyłem nabiał i cukier, ale nauczenie się pokory zajmie trochę czasu. Z radością kończę kolejną książkę o refleksologii rąk, która z pewnością ucieszy moich kursantów. Poświęciłem jej sporo czasu w Japonii i Korei, więc mam nadz...

Busan. Codzienność.

Budzę się w okolicach dziesiątej. Udaję się do toalety i wracam do łóżka. Oglądam różne pierdoły. Dziś na przykład obserwowałem, jak Hinduski tworzą abażury ze starych płyt CD. A potem słuchałem wypowiedzi na temat zagrożeń związanych z cyfryzacją. Następnie krzyczę na Marcina, że jest spiochem i każę mu wstać. Spycham go z łóżka, a on się opiera. W końcu idzie na pół godziny do łazienki. W tym czasie przeglądam wiadomości przefiltrowane przez asystenta AI, który rozumie, o czym chcę wiedzieć. Zero polityki i bieżących nowin. Po porannych rytuałach Marcin wychodzi na zewnątrz. W tym czasie nastawiam swoją listę przebojów i idę pod prysznic. Biorę długi, gorący natrysk, pod którym śpiewam piosenki. Potem następuje długi proces nakładania kremów, różnych ampułek i masażu twarzy. Następnie irytuję się na swoje włosy, których nie mogę ułożyć, i za każdym razem grożę im, że je obetnę. Wychodzę z łazienki, a wtedy Marcin zazwyczaj wraca. Musi wysłuchać moich narzekań na temat fry...

Busan. Paplanie na ekranie.

W Busanie trwa intensywna ulewa, która zdaje się przekształcać pory roku. Jeszcze niedawno zmagaliśmy się z upałem, a teraz zapowiadają piękną, ciepłą, słoneczną jesień z temperaturami sięgającymi 27 stopni każdego dnia. Siedząc tutaj, obserwujemy wzburzone morze i przeglądamy wiadomości ze świata. Z uśmiechem na twarzy oglądam, jak facet rzuca psu butelkę, a w wyniku tego łamie krzesło pod sobą. Pies dostaje w łeb i w rewanżu zjada mu ciasto. Marcin dzieli się ze mną nagraniem mężczyzny, który opowiada o strategii zmuszania ludzi do korzystania z "eliksirów" na srajdemię. Prosta strategia, niczym system w samochodzie, który wymusza zapięcie pasów. Będzie piszczeć, dzwonić, aż w końcu człowiekowi będzie wszystko jedno, byle tylko to denerwujące piszczenie przestało. Gdybym miał auto, z pewnością uszkodziłbym taki system, bo to ja decyduję o swoim bezpieczeństwie, a nie nikt inny. Nie mogę znieść nie tyle podłości rządzących, co bierności ludzi. Kiedy słyszę: "po co się d...

Busan. Sztuczny raj.

Zdjęcie wygenerowane przez AI Po dwóch tygodniach w Korei możemy stwierdzić, że jej Vibe nie synchronizuje się z naszą wibracją. Owszem, dzielnica, w której mieszkamy, jest najdroższa i najbardziej reprezentacyjna (o czym nie wiedzieliśmy), składa się ze szklanych drapaczy chmur, pięknych osiedlowych parków, spektakularnej plaży i czystego, ciepłego morza. Ale dla nas najważniejsi są ludzie, a tutaj ludzie są mentalnie zbyt różni. Co z tego, że jest mnóstwo wypachnionych i lśniących knajp, skoro świecą pustkami. Poza tym ceny drinków są nieprzyzwoicie wysokie. Za obiad płacimy 12000 wonów, za butelkę wina 150000 (430 złotych). Ludzie się tu nie bawią jak w Japonii. Podobno piją więcej, ale nie widać pijanych. Muszą to robić w domu. Ulice są raczej puste. Mieszka tu 6 milionów ludzi, a poza deptakiem przy plaży, nikogo prawie nie ma. Byłem w kinie i film oglądały 2 inne osoby. Centrum miasta jest raczej słabe. Przecina je rzeka o zapachu rynsztoka. Za nią jest podobno centrum rozrywkowe...

Busan. Koreańskie plaże.

Upał. Każdego dnia: słońce, niebieskie niebo, plus 36 °C w cieniu, brak wiatru, brak opadów, wilgotność na poziomie akceptowalnym. Lepiej niż w Japonii. Plaże szerokie, piaszczyste, czyste, niezbyt zatłoczone. Woda przejrzysta, ciepła (27°C), bez zapachu. Za plażą deptak, oddzielony od niej iglastymi drzewkami. Przy nim same kawiarnie, restauracje i lodziarnie. Bezpłatne kible co 500 metrów. Ludność raczej koreańska, czasami zdarzają się skośnookie mniejszości chińskie, malezyjskie, filipińskie. Turyści to głównie Amerykanie, jest też trochę Rosjan, Hiszpanów i czasami zdarza się usłyszeć szeptany polski (ten dziwny polski wstyd albo poczucie niższości?). Ceny, takie jak w Japonii. Nie jest drożej. Hotele w cenach od 250-1000 złotych za dobę (my za apartament płacimy 300 złotych za dobę). Posiłek to wydatek 45-60 złotych za osobę. Można taniej i drożej. Staramy się żyć skromnie, ale też nie przesadzać i nie oszczędzać na jakości, więc wydajemy średnio 300 złotych na osobę, za dzień. Pi...

Osaka. Globalizacyjny miszmasz.

  Najbardziej popularną piosenka w Osace (i pewnie w Japonii) jest koreańska   K iss of Life  (키스오브라이프), puszczana na okrągło i wszędzie. Dziewczyny śpiewają dodatkowo po angielsku z koreańskim akcentem, a cały teledysk, jest nakręcony na warszawskim Muranowie. Poniżej link: https://youtu.be/IajeQM00yfE?feature=shared Do niedawna mówiło się, że Japończycy to jedyny wysokorozwinięty naród, który pozostał szczupły. Fast Food niestety dotarł i tutaj, a ludzie zrobili się pulchni. Dużo z nich ma nadwagę. Jeszcze 10 lat temu, tatuaż w Japonii dyskwalifikował posiadające go osoby. Nikt ich nie masował, były wypraszane z plaż i basenów. Teraz w pełni korzystam z tych uciech, a co trzeci Japończyk ma dziarę. Salonów tatuaży przybywa, jak grzybów po deszczu. Kiedyś na tej pięknej wyspie nie było muzułmanów. Nie jestem pewien, ale chyba był nawet jakiś zakaz, ograniczający ich prawa. Teraz są tu nieliczne meczety i przybywa kobiet z zakrytymi twarzami. Dodatkową ciekawostką je...

Osaka. Tajfun, którego nie było.

Śmiercionośny i niezwykle silny tajfun, który miał przejść nad Japonią i ją zdemolować, widocznie... no właśnie co? Zrezygnował?  Przez nieistniejący tajfun, kolejny fake news pokłóciłem się z kolegą! Po przesłaniu mi zdjęć z rzekomego kataklizmu i linków opisujących "cierpienie setek tysięcy poszkodowanych" stwierdził, że nie jestem teraz w Japonii i celowo wprowadzam "kolejną dezinformację". Dla niego Reuters jest wyrocznią, a słowo w mediach święte. No i właśnie. Tak teraz funkcjonuje świat. Szczerze mówiąc, gdy dowiedziałem się o nadchodzącym tajfunie (z zagranicznych mediów, bo w Japonii o tym nie mówili), postanowiłem włożyć dokumenty i pieniądze do plecaka, na wypadek ewakuacji. Wiatr miał zrywać fundamenty! Później wiedziałem zdjęcia ludzi bez dachu nad głową. Tysiące. Dziesiątki tysięcy. Samoloty miały być wstrzymane a pociągi przestać kursować.  Dziwiłem się jednak, że co 5 minut widzę z balkonu lądujące samoloty i zasuwające pociągi po moście. Poszedłem ...

Osaka. Ludzie.

  "Oni są jak ser francuski: odpychający i fascynujący w tym samym momencie. Chcesz uciec i jednocześnie idziesz w ich kierunku" - napisałem dzisiaj, o Japończykach, do Jany, naszej amerykańskiej przyjaciółki, z którą poznaliśmy się dawno temu w Indiach. Japończycy nie mają żadnych zachowań, ani poczucia wstydu w związku z ciałem. Lubią nagość i w zasadzie nie ma znaczenia, czy ciało jest chude, czy grube albo stare czy młode. Owszem, tak jak wszędzie panują pewnego rodzaju upodobania, z tą różnicą, że tutaj nikt nie bywa odrzucany. Nie są religijni. Oficjalnie dominuje buddyzm i shinto, wszędzie pełno pięknych świątyń i kapliczek, ale nikt raczej nie traktuje religii jako wiary. To raczej dorobek kulturowy. Są za to bardzo nas ciekawi i pragną nas "próbować", w sensie niemal dosłownym. Uśmiechają się często, sami zaczepiają i zagadują, nie mówiąc o tym, co wyprawiają, gdy popiją (potrafią się przytulać, lizać po ramieniu lub próbować wkładać ręce tam, gdzie nie po...

Osaka. Kiyomi 2020 i wanna z pianą.

Po wspólnej kolacji i późniejszym spacerze nad rzeką i w rezultacie do 15 piętrowego centrum handlowego, gdzie kupiłem butelkę japońskiego wina, wróciliśmy do domu. Marcin zaległ na sofie, a ja przy stole. Odcięliśmy się od siebie słuchawkami i każdy z nas zrobił sobie wieczór filmowy. Ja sentymentalny. Najpierw pijąc wino, oglądałem powroty żołnierzy do domów i wzruszałem się reakcjami ich rodzin, później poszedłem do wanny, w której obejrzałem cały film "Uwierz w ducha". Upłakałem się na końcu, następnie umyłem twarz, wklepałem krem pod oczy i na twarz, olejek do włosów, balsam do ciała i położyłem się koło śpiącego już Marcina. Teraz jeszcze poczytam kilka stron książki i spróbuję usnąć.  Moją teraźniejszą lekturą jest "Limes Inferior" Janusza Zajdla. Uwielbiam ten rodzaj fantastyki (socjologicznej). Poza tym okazuje się prorocza, przedstawiając życie ludzi w ustroju technokratycznym, do którego zmierzamy.  Nie mogę zrozumieć tych wszystkich debili popierających ...

Osaka. Praca i rachunki.

Japońskie, uśmiechnięte skrzynki.  Piszę książkę zawodową. Drugi tom. Opisuję: mięśnie, ścięgna i powięzi oraz kości i stawy. Bardzo to nudne, a staram się pisać tak, żeby czytelniczki i czytelnicy nie usnęli przy czytaniu. Ostatnia książka rozeszła się w tysiącach egzemplarzy, więc w stosunku do tej, którą piszę, są wielkie oczekiwania. Niektórzy pytają dlaczego nie sprzedaję w księgarniach, bo "prestiż" i "każda weźmie książkę sprzedającą się w takich nakładach". Ja jednak nie rozumiem, po co miałbym się dzielić zyskiem. Z książki puszczonej do księgarni, po odliczeniu strat, miałbym jakieś 30-35 zł. Po drugie, na przykład Empik, płaci po kilku miesiącach. Niektóre hurtownie płacą nawet po roku. Dziękuję za taki biznes. Sprzedając sam i zatrudniając do dystrybucji rodziców, mam pewność dobrze wykonanej pracy, poza tym zarobek jest bardziej uczciwy i stosowny do pracy włożonej w pisanie książki.  W Japonii minął nam miesiąc. W zeszłym tygodniu. Nie odnotowałem te...

Osaka. Życie nocne.

W piątki i soboty, Osakijki i Osakijczycy - chleją. Tutaj w każdej lokalnej restauracji, na półkach stoją butelki whisky, setki butelek i każda z nich ma numer. Lokalsi zamawiając jedzenie podają swój numer i dostają kupioną wcześniej butlę z półki. A jak skończą, otwiera się nową i to co zostanie, czeka na nich następnego dnia. Takie alkoholowe kontinuum. Podchmielone towarzystwo jest bardzo otwarte, gadatliwe, zaczepne i mało pruderyjne. Wszyscy napewno słyszeli o tym, że w metrze ludzie się tu obmacują. Po alkoholu ta tendencja się nasila. Wczoraj że trzy razy wyciągałem jakieś wsunięte ręce za moje szorty. A klepania po tyłku uniknąć można tylko poprzez samo izolację.  Nie przeszkadza mi to jednak, a jeśli ktoś posuwa się za daleko, to umiem sobie poradzić. Nigdy nie bylem pruderyjny, może dlatego. Przeszkadza mi raczej napięcie emocjonalne i seksualne, poczucie winy i to co religię monoteistyczne wkładają ludziom do głowy.

Osaka. Życie codzienne.

Wakacje dobiegły końca, ale upały nie. Nadal jest i będzie gorąco. 40°C z wahaniami o 3-4 stopnie w ciągu dnia i przyjemne 31°C późnym wieczorem.  Pracuję od 12:30 do 17:30. Głównie piszę książkę, ale także przygotowuję się do wykładów i kręcę filmy. Niedługo rusza wiele warsztatów i szkoleń, a ja zmieniłem program, żeby było jeszcze ciekawiej. Dzień powszedni wygląda mniej więcej tak: budzimy się o 10:30 - 11:00, następnie mam czas na bardzo powolną toaletę poranną i prasówkę. Słucham też książek, 45 minut, najczęściej w wannie. Relaksuję się, zamykam oczy i przechodzę do innych krain. Następnie jemy lunch. Marcin przynosi bento i sałatki z lokalnej restauracji. Jemy i rozmawiamy. Później zostaje sam i pracuję. Solidnie, bez zbędnych przerw. Marcin wraca o 17:30. Wtedy ja wychodzę na spacer. Znów słucham książek i nagrywam się przyjaciołom na ich What's upy. Nazywamy to prywatnymi podcastami. Mam cztery osoby, z którymi w ten sposób się komunikuję. Codziennie ale nigdy na żywo. Z ...

Osaka. Ukropy

Temperatura w Osace przekracza wszelkie dopuszczalne normy. Jest mi za ciepło (i ja to piszę?). Pozytywna rzecz - poznałem swój limit. Moja skóra powiedziała "ja wysiadam". Jestem z tych delikatnych, poza tym mój własny pot, jeśli w nadmiarze podrażnia powłokę wspólną. Więc pojawiły się potówki, a na plecach plamy. Nie oszczędziło nawet miejsc bardziej dyskretnych, bo po spacerach majtki są również mokre. Mam krem z miodu hanuka i dokupiłem sobie maść w japońskiej aptece. Bardzo przejęty farmaceuta, prawie wywrócił półki z maściami, szukając właściwej. Sprawdziłem na Googlach i wybrał taką, jaka mi odpowiada. Naturalną, bez dodatków (na przykład sterydów). Maści pomagają już po pierwszym użyciu. Zaczynam powoli pracować, w zasadzie przygotowywać się do pracy. Kręcę krótkie wykłady i zaczynam organizować jesienne kursy. Ale będzie ich znacznie mniej. Nie mam przestrzeni na pracę za kilka osób i wspomaganie wszystkich wokół. Przez ten nadmiar zajęć zminimalizowałem odczuwanie p...

Osaka. Czułe rozpieszczanie.

Zatrzymałem wir pracy. Nie robię nic, oprócz czerpania przyjemności z chwil. Chodzę na masaże, jem smakołyki, nie zastanawiam się nad składem i ilością cukru w potrawach i śpię do 11. Dużo imprezuję i pozwalam sobie na wszystko, co tylko przychodzi mi do głowy. 

Tokyo. Przemyślenia.

Pogoda, tak, jak przy ostatnim tu pobycie , zaskakuje. Jest cieplej niż podają w oficjalnych komunikatach, a wilgotność jest większa, niż na równiku. Nie znam się na procentach, ale jest tak, jak w steamie, albo nad garnkiem z bulgoczącymi ziemniakami. Znowu robią mi się potówki... Ludzie tutaj są jak roboty. Boję się takich społeczeństw. Robią to, co się im każe. Kłaniają się, uśmiechają, ale gdyby padło "zabić wszystkich obcokrajowców", nie mielibyśmy szans. Roboty. Nawet tak się jakoś poruszają. Dotyczy to każdej dziedziny życia i każdego zachowania. Ostatnio przetłumaczyłem sobie program "odprężającego" masażu. "Prysznic 20 minut, Plecy, nogi, ramiona 20 minut. Przód ciała 20 minut. Miejsca intymne na życzenie 15 minut. Pomoc przy końcowym prysznicu 5 minut (dodatkowo płatne)". Niezwykle romantycznie. W pubach tylko, po dwóch głębszych zaczynają się rozkręcać. Ostatnio rzucali się na mnie, dosłownie. Może to przez tatuaże? Ktoś mnie polizał, inny złapa...

Tokyo. Przylot po 14 latach.

Marcin spał do ostatniej chwili. Na lotnisko w Gdańsku przywiozła nas Karolinka. A potem dołączył Grzesiu, co było bardzo miłym gestem. Czułe "do zobaczenia kiedyś". Wszystko poszło sprawnie i po 40 minutowym locie, znaleźliśmy się w Warszawie. Na kolejny samolot czekaliśmy jedząc przekąski w loży Mazurek. Przejazdy tuczą! Gdy zobaczyłem kolos z napisem "Polska Duma", poczułem jakieś wewnętrzne obawy, ale szybko się za nie zbeształem i zacząłem powtarzać buddyjskie mantry. Tuż po starcie, na świecie wydarzyła się duża awaria Microsoftu, która uziemiła wiele samolotów. Dowiedziałem się o tym, czytając komentarze na FB. My jak zwykle, w różowej bańce, odcięci od realiów, myśleliśmy i czymś innym. Głównie o jedzeniu, bo w samolotach długodystansowych tuczą ludzi specjalnie. To Marcina "przekąska kontynentalna" A to moje "japońskie wejście" Jedzenie naprawdę było smaczne, poza tym serwowano wyszukany alkohol, ja jednak nie piłem. Marcin spróbował win...

Berlin-Gdynia. W ruchu.

Z Tuluzy przylecieliśmy do Berlina i zaraz później poszliśmy na kolację, potem na drinka. Mamy tam ulubiony klub, który lubimy odwiedzać.  W hotelu pogryzły nas komary. Już teraz w ogóle się nie dziwię, że trąbią o dendze i wirusie zika w Niemczech. Plaga! Marcin utłukł ze dwadzieścia i gdy już miał dość, poszedł na recepcję. Dowiedział się tam, że "procedury hotelowe nie zezwalają na używanie chemicznych środków na komary, że względu na ekologię". Gdy wspomniał o wirusach, usłyszał złośliwe, germańskie "to trzeba się szczepić ". Ja pierdolę! Pomijam, że nie istnieją szczepionki na w/w wirusy. I jak tu nie przeklinać? Dwa dni później wróciliśmy do Gdyni i następnego ranka, nasi przyjaciele wyrwali nas do kaszubskich "pól mocy". Pobieraliśmy energię w kamiennych kręgach, zwiedzaliśmy wiele miejsc i pojechaliśmy na lody do Wejherowa. Dotarło do mnie, że bardzo potrzebuję takich dni. Na wspólne oglądanie meczu jednak się nie pisaliśmy, wystarczył nam końcowy ...

Tuluza. Skwar.

W Tuluzie panują 40 stopniowe upały. Równie gorąco jest na równiku, poza tym wilgotność porównywalna: 75-80%. Oddycha się jak w pralni. Ludzie Tuluzy są jednak do tego przyzwyczajeni, bo nikt nie wariuje, poza tym nikt nie prześladuje nas informacjami, nakazującymi pozostać "ostrożnym", najlepiej w domach. Niemcy i Anglicy są mistrzami w zastraszaniu, Polacy zaś uwielbiają się bać. Gdy jechaliśmy do Francji, słyszałem: "Gdzie wy się pchacie? Teraz wybory. Wiecie co potrafią zrobić ci wszyscy uchodźcy? Nie jest tam bezpiecznie". Albo: "LePen zwycięży i możecie mieć problemy", albo "Teraz mecze i kibice będą robić rozróby ".  Na początku mnie to śmieszyło, ale potem pomyślałem o tym jak biedni są ludzie spowici strachem i uprzedzeniami. Żyć po to, by być nieistotnym trybikiem i w żadnym stopniu się nie wychylać? Dla mnie masakra. Ostatnio mój przyjaciel porównał mnie do Arystypa z Cyreny, w wielkim skrócie "szczęśliwego filozofa". Był on ...

Andorra la Vella. Spontaniczne wakacje.

W sobotę rano, postanowiliśmy wyskoczyć z Tuluzy, do Andory. Gdy mieszkałem nad Garroną, przynajmniej raz w miesiącu jeździłem do tego małego państewka, na zakupy. Trochę dla siebie, trochę na handel. W tamtych czasach, każdy frank miał znaczenie. Poszliśmy wiec na autobus i trzy godziny później staliśmy na głównym deptaku handlowym Andory. Trafiliśmy na tydzień jazzowy, poza tym pogoda wyraźnie nam dopisała. Postanowiliśmy zostać na dwie noce. Warto było. Zwiedziliśmy trochę nowych atrakcji turystycznych (film na YouTube), między innymi most tybetański i punkt widokowy z którego widać wiele szczytów, również tych po stronie hiszpańskiej. Dzisiaj wracamy do Tuluzy. Podobno panują tam niemiłosierne ukropy, więc napewno wyschło nam pranie.

Tuluza. Odpoczynek.

Nie pracuję. Pod skórą czuję "ale jak to, przecież jest tyle do zrobienia". Muszę sobie samemu wykładać podstawy Mindfulness. Tymczasem w Tuluzie: 09:00 pobudka 10:00 śniadanie na słodko z kawą i zwiedzaniem starych śmieci. Pokazuję Marcinowi miejsce, w którym mieszkałem przez dwa lata. 12:30 lunch na Esquirol. Jemy sałatki i wypijamy butlę wina. Później chodzimy nad Garroną. Opowiadam Marcinowi o moich starych czasach i pokazuję miejsca, gdzie lubiłem siedzieć. 15:00 upał i wino działają nasennie. Zgodnie z tutejszymi zwyczajami udajemy się na drzemkę. Marcin o 17:00 idzie na krótki spacer, ja śpię do 18:00. 19:30 wychodzimy na miasto. Jest częściowo zablokowane, bo odbywa się tu maraton. Ale da się chodzić. Pokazuję ostatni budynek, gdzie mieszkałem, na poddaszu. Trafiamy bez problemu. 20:30 kolacja. Jemy prawie surowe, ogromne steki i wypijamy butlę czerwonego wina. Kończymy ogromnymi deserami, zaraz przed zachodem słońca (w Tuluzie obowiązuje ten sam, co w Polsce cz...

Tuluza. Stare śmieci.

Lecimy... Piszę notatkę w połowie drogi, pomiędzy Berlinem a Tuluzą. Samolot easyJet jest wypełniony w połowie. Stewardessy próbują sprzedawać napoje, kosmetyki, gazety i inne mało potrzebne rzeczy (no, może poza napojami). Nikt nie kupuje. Nie jestem przyzwyczajony do "tanich" linii lotniczych. W tych innych liniach, zwłaszcza długodystansowych, otrzymujemy zarówno napoje, jak i jedzenie. I wcale więcej nie kosztują. Teraz w sezonie letnim, lot z Polski do Tuluzy, to wydatek kilku tysięcy złotych za osobę. Dlatego tym razem skorzystaliśmy z pomocy przyjaciółki i lecimy prawie za darmo. EasyJet już prawie nie lata z Polski. Wykończył go Brexit oraz srajdemia. Dlatego z Gdańska pojechaliśmy pociągiem do Berlina, a stamtąd samolotem do Tuluzy. Zapłaciliśmy jakieś grosze za miejsca, bo bilety w zasadzie były darmowe. Nasza dobra duszka pracuje dla tej firmy i ma w zanadrzu kilka biletów dla znajomych. Jestem wdzięczny. Lądujemy. Trzęsie tak, że trudno mi pisać. W Tuluzie ma być ...

Gdynia. Przepakowywanie.

Od rana przygotowuję sie organizacyjnie do szkolenia. Rano wypisywałem faktury i uzmysłowiłem sobie, że przez kilka ostatnich dni pobytu w Polsce mam do zrobienia więcej rzeczy, niż czasu na działanie. Szlag... Musiałem wydrukować plakaty szkoleniowe. W zwyczajowej drukarni popsuła się dużą drukarka, więc musiałem iść do innej. Pracowali tam sami chłopcy w wieku studenckim(?). Wydrukowali wszystko i wręczyli mi rulon. W domu okazało się, że na kilka przesłanych rycin, wydrukowali tylko pierwszą. Wielokrotnie. Musiałem wrócić. Zrobiłem 32000 kroków. Teraz wracam. Wpadłem po wino, Haut - Medoc, moje ulubione. Marcin przyrządza kolację. Pewnie kuskus, bo oglądał dzisiaj odcinek z Geslerową, naprawiającą marokańską restaurację. I dużo mówili właśnie o kuskusie. Mama pojechała po brata i miala go już odebrać ze szpitala. Ponoć jest lepiej. Ojciec także, mimo wielonarządowej niewydolności i ogólnie złego zdrowia, zaczyna zdrowieć, więc ma szansę niebawem wrócić do domu. 

Wrocław. Lato.

Upał taki, jak lubię. Inni oczywiście narzekają. Najczęściej ci, którzy psioczą na zimę. Malkontenci. W ogóle kto to myślał, żeby ciągle narzekać? Co oni z tego mają? W pociągu spotkaliśmy Natalię. Jechała w tym samym wagonie, co my. Znamy się z Nepalu i to naprawdę niezwykłe, spotkać się ot tak. To się nazywa karma.  Jutro zaczynam kolejne szkolenie. Jestem już tak zmęczony, że działam automatycznie. Kocham swoją pracę, ale wolę pracować mniej. Teraz działam na siłę. Poza tym bardzo dużo wydałem i potrzebuję pieniędzy.  W Częstochowie bez większych zmian. Ojciec nadal w szpitalu. Stan ciężki, lecz stabilny. Ma tak wiele chorób, że żyje cudem. Ale żyje. Odpompowali wodę, usunięto płyn z osierdzia, tlen pomógł poprawić działanie prawie obumarłych płuc, no i chyba jest lepiej. Nerki ledwo działają, no ale ruszyły. Wszystkie protezy w układzie krążenia jakoś pracują. Jelita po usunięciu kilkudziesięciu guzów też jakoś zipią, a do ciężkiej anemii organizm widocznie się przyzwyczai...