Przejdź do głównej zawartości

Posty

Batumi. Miasto kosmos.

Nie wiem, gdzie te herbaciane pola. Albo jakieś nostalgiczne miejsca. Przepadły. Zamiast tego nadmorski, gruziński kurort oferuje pełnię rozrywek i kosmiczne przyjemności. Z jednej skorzystaliśmy i za 40 lari wjechaliśmy windą do strefy widokowej. Fajnie w sumie było. Batumi ma super deptak. Ciągnie się na dobrych kilka kilometrów, wzdłuż plaży. Jest cześć do chodzenia i cześć do jeżdżenia (na rowerach, deskorolkach itd.). Jest też dużo drzew, a minusem żwirowa plaża. Trzeba używać leżaka i klapek. Stare miasto, nie wygląda na bardzo stare. Ale mają świetne winnice i mnóstwo knajp. Tu naprawdę pije się wino ciągle. Nawet do śniadania. Mają słabe wina poranne (nie spotykane raczej w nas - gdziekolwiek to u nas jest) i świetne wina wieczorne. Hitem jest wino bursztynowe, wydeptywanie przez Gruziński i trzymane jakiś czas w beczkach.  Mimo filtra nieco się spaliłem. Słońce jest tu ostrzejsze, a ja muszę kupić filtr 50+

Tbilisi - Batumi. W podróży.

Jedziemy na weekend do Batumi. Cały czas, gdy tylko myślę o celu naszej podróży, śpiewa mi się sławna piosenka Filipinek. Nie wiem, czy nam się tam spodoba, ale jeśli tak, to przeniesiemy się nad morze we wrześniu. Lubię wodę, a na pewno będzie jeszcze ciepło. Musiałem skorzystać z toalety na dworcu. Cóż za "powrót w czasie": babcia klozetowa, zapach chloru i wulgarne rysunki zachęcające do szybkiego seksu w kabinie. Jak 30-lat temu w Polsce. Ładna jest Gruzja. Teraz jesteśmy godzinę za stolicą i widzimy piękne wzgórza, wioski (murowane) i urokliwe stacyjki kolejowe. Krajobraz jest raczej monotonny, ale hipnotyzujący. Przeważa kolor żółty, chociaż krzaki i drzewa są zielone. W podróży towarzyszy nam leniwa i płytka rzeka Kura.

Tbilisi. Barbie.

Film w reżyserii Grety Gerwig, okrzyknięty na świecie "genialnym", dla nas okazał się cukierkową masakrą i gdyby nie arcywygodne fotele, wyszedłbym chyba z seansu.  Wszyscy mówią o przesłaniu, jaki niesie ze sobą to dzieło. Są takie filmy na Facebooku, uczące moralności. Podobny poziom.

Tbilisi. Pierwsze zachwyty.

Pierwsze wrażenia że stolicy Gruzji, są niepokojąco pozytywne. Miasto jest nowoczesne i czyste, ludzie mili, ceny umiarkowane, pogoda wspaniała, a jedzenie ponad jakiekolwiek oczekiwania. Gdzie jest "haczyk"? Mieszkanie mamy ładne. Duża sypialnia i pokój dzienny z kuchnią. Pralka działa, ale bardzo hałasuje i lepiej wstawić pranie i wyjść. Lodówka na 6-osobową rodzinę. Na razie mamy w niej cydr, wina, kawę i ser. Łazienka sporą, tylko wody nie umiemy jeszcze regulować. Albo wrzątek, albo chłodna (dzisiaj mi się udało, więc można to jakoś wypośrodkować). Net poki co - działa. Dwa zajęcia już przeprowadziłem. Co do netu - Hebius miał rację. Blokują bloggera (z czasem wyjdzie, co jeszcze) i nie widzę własnych wpisów. Uruchomiłem VPN, dzięki czemu dalej będę tu pisał. Robię to w zasadzie dla siebie i nie chce mi się przenosić.  Minusy? Brak przejść dla pieszych. Trzeba się nachodzić i natrudzić, żeby przeprawić się na drugą stronę ulicy. Chyba tylko to, jak na razie.  Karta SIM z...

Gdynia. Bliższe spotkania.

Wczoraj był dzień spotkań. Do Władysławowa, przyjechała moja koleżanka, wraz z rodziną: mężem i córką. Na początku tego tysiąclecia przemierzałem z nią Indie, potem mieliśmy kontakt wyłącznie wirtualny. Wyszła za mąż za Brazylijczyka, urodziła córkę i wszyscy razem zamieszkali w Irlandii. Wiodą tam przykładne życie, w spokojnej mieścinie otulonej zielenią i mżawką (tak mówi Naomi, 10-letnia córka). Oni dużo pracują, córka się uczy i jeździ konno. Dlatego jednym z czterech prezentów jakie od nas dostała, była figurka konia (ma ich kilkadziesiąt). Było to bardzo przyjemne spotkanie. Odprowadziliśmy ich na pociąg o 19 i pojechaliśmy do Sopotu, zobaczyć kolejną osobę. Marcina z Australii, który nagle i niespodziewanie pojawił się w naszej czasoprzestrzeni. Z Marcinem mieszkałem w Londynie. Zawsze był człowiekiem skorym do pomocy, dobrym i bardzo otwartym na ludzi i świat. Były czasy gdy uczył mnie "jak zjeść posiłek za funta", co okazało się wartościową lekcją. Był i jest oszczęd...

Kraków. Życie nocne.

Nie wiem, co się stało z życiem nocnym polskich gejów, bo to co jest, nie jest dobre. Pustki! Hetero bary, puby i dyskoteki, pękają w szwach. Miejsca LGBT świecą pustkami. Nie kumam. W krakowskim LINDO trochę ludzi pojawia się po 23. Spoko. Tylko nie ma Polaków. Są Ukraińcy, Amerykanie, Gruzini, Włosi i inne mniejszości (lub przyjezdni). Jeden facet z Azji (Kazachstan?). O co chodzi? Wszędzie jest tak samo...

Gdynia-Kraków. W pociągu.

Pociąg przyjechał o czasie. Niestety krótki i bez wagonu restauracyjnego. Marcin się grzebał i nie zdążyliśmy kupić wody, w ostatniej chwili zjawiliśmy się na dworcu i nie mieliśmy czasu na zakupy.  Dodatkowo pociąg nowoczesny i uszczęśliwia nas klimatyzacją. Leci arktyczne powietrze z podłogi, sufitu i spod okna. Nie mam zimowych ubrań i już teraz mam gęsią skórkę.  Na szczęście przypomniałem sobie, że mam taśmę klejącą na szkolenie, którą wykorzystałem do znokautowania klimy. Patrzyli na mnie z szokiem i niedowierzaniem, ale ja to ja i mam ich opinie w dupie. 

Warszawa. Warsztaty.

Zakończył się kurs niebieski. W Akademii, którą założyłem, to najwyższy poziom nauki i obejmuje wszystkie punkty meridianowe na ciele człowieka. 16-miesiecy spotkań, zarówno online, jak i na żywo. Zżyłem się ze wszystkimi. Na koniec dostaliśmy z Marcinem kosz prezentów. Wieziemy go teraz w zatłoczonym pociągu, z Warszawy do Gdyni. Każda uczestniczka podarowała nam od siebie po jednym do kilku prezentów, charakterystycznych dla regionu ich zamieszkania. Mamy więc nalewki, kremy, ciastka, książki, marynaty, i inne przedmioty. Z Kielc na przykład otrzymaliśmy ogromny słój majonezu i scyzoryk. Było to bardzo wzruszające. No i album ze zdjęciami nas wszystkich, z różnych zjazdów, z podziękowaniami i wpisami... Wspaniałe przeżycie. Ps. A jeszcze voucher do Teatru (⁠◕⁠ᴗ⁠◕⁠✿⁠)

Burgas-Gdańsk-Warszawa. Podróż.

Dojechaliśmy do Warszawy. W Złotych Tarasach zjedliśmy dużą porcję sushi, potem poszedłem do apteki kupić olejek przeciwdziałający wzdęciom, bo te ciągłe zmiany wywołały duży dyskomfort w moich jelitach. W ogóle muszę się oczyścić, odchudzić i zwolnić. Zawsze żyłem aktywnie, ale to co teraz robimy jest jazdą na maksa. Przez dwa kolejne dni będę prowadził ostatnie warsztaty "niebieskie". Jest to zakończenie 1.5-letnich studiów w tym temacie. Większość dotrwała do końca. Jestem z nich dumny. I z siebie też. Chociaż bardziej chyba zmęczony. Zmęczenie nie jest czymś złym, choć z tego powodu mam zjazd nastroju. A szkolenie przeprowadzić muszę. Rano, nasz młody landlord zawiózł nas na lotnisko. Wypiliśmy kawę i doszliśmy do bramki. Widzieliśmy jak samolot ładuje, jak wychodzą z niego ludzie i wyjeżdżają bagaże. Następnie autobusy podwiozła nas. Wsiedliśmy I odlecieliśmy. Wszystko trwało 24 minuty, od ładowania do momentu, gdy wsiadaliśmy do samolotu. Nie ma możliwości, żeby ktoś zd...

Pomorie. Praca i zabawa.

Odpoczynek w moim wydaniu, to bardzo aktywna czynność. Pracuję rano i często wieczorem, tak przynajmniej 4 godziny dziennie. Ale zaraz... jak idę na plażę, robię tik-toki, nagrania na Instagrama i wykłady na YouTube. To przecież moja praca. A jak spaceruję, to ciągle odpowiadam na zapytania studentów, coś im tam przesyłam i coś sprawdzam. Więc w sumie, cały czas pracuję. Wczoraj mocno się wkurzyłem, bo dostałem e-maila od firmy rządowej, nadzorującej emerytury. No i pod groźbą kary, żądali abym natychmiast się zalogował i uzupełnił jakieś brakujące dane. Księgowa nie odpowiadała, a ja w ogóle nie rozumiałem o co oni mnie pytają. Poza tym do zalogowania się do ich systemu, potrzebowałem numerów, które miały być na jakiś listach. Musiałem szukać na dysku księgowym starych listów i metodą prób i błędów wpisywałem jakieś kody. W końcu mi się udało. Musiałem wypełnić sprawozdanie i odpowiedzieć na wiele pytań, tak zadanych, że zacząłem w końcu zwyczajnie klikać na przypadkowe odpowiedzi. Gd...

Pomorie. Spokój i podróż w przeszłość.

Po dwóch godzinach snu, taksówka zawiozła nas na lotnisko w Gdańsku. Napiliśmy się kawy i wsiedliśmy do boeninga. Oczywiście miejsca w drugim rzędzie, tak jak lubię. Lot był raczej trzęsący, nie wiem czemu, bo pogoda piękna. Była mgiełka. Czy to ona spowodowała turbulencje?  Nasz landlord okazał się młodym, przypakowanym (trenuje boks) cis-facetem. Bardzo miły. Odebrał nas z lotniska i pokazał najważniejsze punkty w mieście. Apartament mały, ale przyjemny. Na parterze, przy plaży. Trzeba tylko przejść przez wąska uliczkę, aby znaleźć się nad morzem. Wieczorem padałem na twarz, ale musiałem przeprowadzić zoom. A zaraz potem poszedłem spać i spałem do 10 rano. Marcin też. Potem pracowałem trzy godziny i gdy skończyłem, poszliśmy na kawę i lody. W drodze pokazywałem miejscowość rodzicom. Przez całe 45 minut. Miasteczko jest czyste, senne i raczej bezludne. Do końca miesiąca raczej odpoczniemy.

Wrocław.Praca.

Do Wrocławia przyjechaliśmy pociągiem, wioząc ze sobą trzy łóżka do masażu. Poszło gładko, łóżka były lekkie i z łatwością zmieściły się pod siedzenia. Później tramwajem trzy przystanki do centrum szkoleniowego. Taksówka by nas nie wzięła, bo łóżka za duże. Zresztą teraz w autach pracujących jaki taxi, w ich bagażnikach, montuje się butle na gaz i czasami trzeba walizki na kolana wkładać. Średnie rozwiązanie. Szkolenie bardzo udane. Grupa fajna, choć temat trudny i męczący. W niedzielę byłem raczej wyczerpany. Na szczęście w pociągu poznałem Anię, ratowniczkę medyczną. Poszliśmy na piwo i gadaliśmy o pierdołach. Marcin zaś znalazł rozmówcę w przedziale. Odskocznia była nam potrzebna. Teraz przed nami dwie godziny snu, a potem na lotnisko i fru - dalej.

Warszawa. Praca.

Bardzo lubię swoją pracę i mam nadzieję, że będę ją lubił w przyszłości. Owszem, czasem jestem zmęczony: zmianami, podróżami lub nadmiarem spraw. Ale to dobre zmęczenie raczej szczęśliwe. Zmęczenie po którym dobrze się śpi. Dzisiejsze szkolenie super, aczkolwiek nie zabrakło stresu. Dwie osoby poległy w łóżkach z gorączką, a jednej dzieciak się tak rozchorował, że pogotowie trzeba było wzywać (nie znam jeszcze finału). Współczuję jej, bo bardzo chciała być na warsztatach. Może jutro jej się uda? Jutro po południu jedziemy do Gdyni. Nie wiem jak się zabierzemy, bo mamy dwie dodatkowe walizki (zakupowaliśmy trochę, może trochę za dużo). A i jeszcze dwa plecaki.  Od poniedziałku mam tyle pracy, że muszę to sobie jakoś zaplanować i poukładać, żeby nie oszaleć. Poza tym każdego popołudnia prowadzę szkolenia on-line dla nowych grup. A w piątek jedziemy do Wrocławia, bo będę miał kolejne warsztaty.

Londyn-Warszawa. Lot.

Wizzair jest bardzo popularną linią lotniczą i samoloty są zazwyczaj pełne. Zawsze wybieram (za dopłatą) miejsca w drugim rzędzie, na początku samolotu, bo tam najmniej trzęsie. Ściągam film, albo serial z Netflixa, kupuję jakieś drobne przekąski i wodę. Tanie linie lotnicze nie dają jedzenia, ani nawet wody bezpłatnie. W fotelach nie ma telewizorów, więc trzeba sobie radzić samemu.

Londyn. Życie nocne.

Aneta zabrała nas na koncert muzyki alternatywnej, do klubu 100, na Oxford Street. Marcin się umęczył, ale mnie się podobało. Nie da się jednak zapamiętać linii melodycznej żadnego utworu. Soho się nie zmieniło. Mnóstwo ludzi w pubach, wewnątrz i na zewnątrz. Piją od 12 w południe, do 23 wieczorem. Jeśli mają siłę, migrują z pubów, do klubów. A niektórzy jeszcze później na dyskoteki. Jeśli wezmą kokainę i dalej im nie wystarcza, udają się na after party, od 6 rano do południa. No, a potem otwierają puby.

London. Zakupów szał.

Wpadliśmy do Londynu, do pracy i na zakupy. Samolot wylądował punktualnie, pojechaliśmy do domu, spać. Niestety różnica czasowa spowodowała, że sen był płytki nocą, a rano, gdy trzeba było wstawać,  poczuliśmy zmęczenie.  Szkolenie się udało, aczkolwiek kilka osób nie dojechało z powodu przeziębienia. W czerwcu. Dziwne. Zaliczki jednak im przepadły. Muszę stać na straży firmy i jej interesów. A dzisiaj poszliśmy na zakupy. Powstała cała dodatkowa walizka ciuchów. Muszę dodać dodatkowy bagaż do biletu... W czwartek wylatujemy, od piątku zaczynam szkolenie w Warszawie. 

Nowy Jork - Zurich - Warszawa. Ponad chmurami.

Ostatni dzień w Nowym Jorku upływa szybko. Śniadanie, spacer, nagranie tik-toka o korzyściach płynących z uziemiania, kawa, toaleta i metro: najpierw "szóstką" potem "E" na stację Jamajka, następnie "Powietrzny Pociąg" i w końcu autobus (bo remont).  Na lotnisku wszystko idzie sprawnie. JFK jest modułowe i nie stanowi (tak jak inne nam znane) całości. Terminale są osobnymi kompleksami, dość małymi, ale dzięki temu nie stoi się do odprawy godzinami. Wsiadamy do samolotu i okazuje się, że będziemy czekać. Plan szybkiego dolotu szlag trafia. Jeszcze przed startem wiemy, że nie zdążymy na przesiadkę. W Zurichu wysiadamy i od razu kierujemy się do kasy wymian biletowych. Z kilku propozycji (o 7:30 rano) wybieramy lot w południe. Po zamianie, upominam się o voucher na śniadanie, w ramach rekompensaty za czekanie. Dostajemy łącznie bileciki na 40 CHF (185 złotych), co ledwo starcza na śniadanie (kanapka z szynką kosztuje 65 złotych). Na Wilanowie zostawiamy waliz...

Nowy Jork. "Prysła cienka nić".

Większość bezdomnych nowojorczyków ma więcej niż jedną pracę. Widzę ich. Chodzimy z Marcinem po pięknie oznaczonych ulicach, które są jednocześnie otwartą przestrzenią mieszkalną dla wielu. Czym jest bezdomność w Nowym Jorku? Mnóstwo ludzi śpi zwyczajnie na chodnikach, w śpiworach. Niektórzy budują sobie budy dla ludzi z kartonów, ci którzy lubią się osiedlać tworzą trwalsze konstrukcje, na przykład pod mostami (w parkach nie można). Pracujący bezdomni, żyją nieco inaczej. Jedzą w restauracjach, myją się gdzieś w publicznych toaletach i śpią oraz mieszkają albo w samochodach, które parkują tygodniami w tym samym miejscu, albo gdzieś w cichych miejscach, poza centrum. Marcin zwrócił uwagę na ludzi siedzących na Manhattanie w autach, które zaczął rozpoznawać. W środku "kierowcy" pracujący zdalnie, korzystając z darmowego, ulicznego Wifi... Jest jeszcze jedna, ogromna część społeczeństwa. Ludzie z problemami psychicznymi lub emocjonalnymi. Ameryka nie pomaga słabym. Tutaj można ...

Nowy Jork. Pride and prejudice.

Poszedłem do klubu. Sam. Mieliśmy trudny dzień. Zdarza się w związkach. Jestem zmęczony nadmiarem obowiązków, a Marcin nie kwapi się do pracy. Przyczepił się Ted. A potem Steven. No i opowiadali różne rzeczy. W końcu Steven, chciał chyba wygrać (mnie?) I rzucił "mata": - Jestem milionerem - spojrzał mi w oczy. Mogę wiele..  Zapanował cisza (wsrod nas, bo inni bawili się dalej). Ted odpuścił, a ja zapadłem w konsternację. Policzyłem to, co mam . - Ja też jestem milionerem. Teraz jestem. Kiedyś nie bylem. Nie pochodzę z bogatej rodziny... - powiedziałem w końcu. I też mogę wiele. Ale kasa to tylko efekt uboczny pracy. Lubisz swoją? - Chyba żartujesz - odpowiedział - kto lubi swoją pracę? Ja - zaśmiałem się - lubię wszytko w mojej pracy. Chyba się obraził...

Nowy Jork. Spacery.

Fajna jest wyspą Manhattan. Przez ostatni miesiąc schodziliśmy ja wzdłuż i wszerz, poznając prawie każdą uliczkę. Nowy Jork jest bardzo różnorodny. Dla nas jest to bardzo ważne. Ta różnorodność... Nie znoszę monotonii, bezruchu i szarzyzny. Marcin chyba też nie, choć jego chyba stagnacja tylko męczy. Mnie zaś zabija. Jestem człowiekiem nienasyconym. To dobrze i źle, jednocześnie. Sypiam coraz mniej i bardzo nie lubię tej fizjologicznej potrzeby. Pięć godzin hibernacji uważam za wielką stratę czasu.  Wracając do Manhattanu. Moją ulubioną dzielnicą jest West Village, Marcina Chelsea. Obie są pełne klubów, restauracji, targów, ulicznych biznesów i fajnych ludzi. Są niżej zabudowane i da się tam ładnie mieszkać. Apartamenty mają duże oka i generalnie jest swojsko. Lubimy jeszcze (i tam najczęściej się bawimy) Hell's Kitchen. Śmieszna nazwa jak na dzielnicę (Diabelska Kuchnia), ale w przeszłości była wylęgarnią światka przestępczego i stacjonowała tam mafia irlandzka. Teraz jest jednak ...

Nowy Jork. Życie kulturalne.

Nasz znajomy (a w zasadzie znajomy przyjaciółki) Ted, polecił nam odwiedzić słynne centrum Lincolna, dla sztuk scenicznych. Akurat grali Aidę, jedną z moich ulubionych oper Giuseppe Verdiego. Kupiliśmy więc bilety, długo szukając stosownego miejsca (w rezultacie okazało się świetne).  Przedstawienie z rozmachem, świetne głosy, zjawiskowa sceneria (pierwszy raz w życiu widziałem żywe konie na scenie i takie tłumy ludzi - kilkuset statystów). A jeszcze (również po raz pierwszy w życiu dla mnie) w oparciach foteli wyświetlały się napisy. Więc każdy wers był zrozumiały. Dobrze wydane pieniądze.  Opera nowojorska jest jedną z największych na świecie. W 1966 została przeniesiona do nowoczesnego centrum i mieści się pomiędzy ulicami 62 i 65 (wejście od Columbus Avenue).  Jeśli chodzi o nowojorską ofertę przedstawień, to jest o wiele większa niż londyńska. Ilość oferowanych spektaklów liczy się w setkach. Amerykanie uwielbiają występy na scenie i nawet w małych klubach, każdego w...

Nowy Jork. Życie nocne

Życie nocne w Nowym Jorku jest bardzo bogate, ale mniej perwersyjne, niż w Europie Zachodniej. Na całą metropolię przypada tylko jedna sex sauna, która ma dość niskie rekomendacje. W klubach poza nagimi tancerzami, niewiele się dzieje w tym zakresie. Są ciemne miejsca, gdzie można robić to, na co się ma ochotę z kim popadnie, ale patrząc na wszystko z perspektywy Amsterdamu, Paryża, Barcelony czy Londynu, jest jak w kościele.  Teraz w dobie PreP i PeP, wszyscy w Europie pieprzą się bez opamiętania, bo tabletki chronią ich prawie w pełni przed HIV. Poza tym są zabezpieczenia innego rodzaju, szeroko stosowane, a chroniące przed mniej groźnymi wirusami. Tutaj jestem mocno zdziwiony. Fetysze są ograniczone do zabawnych gierek, a nawet jak byłem ostatnio we Wrocławiu, to zapraszano mnie na fetysz party z pieskami (pieski to panowie w maskach psów i ogonkami, wiecie gdzie). W NYC jest znacznie porządniej. Wszystkie cuda i perwersje dzieją się na drugim wybrzeżu, w San Francisco. Jeśli ch...

Nowy Jork. American Dream.

W końcu pozwalam sobie na wolne, a chodzenie po ulicach Manhattanu, sprawia mi przyjemność. Często też przesiaduję w Central Parku, odkrywając jego różnorodność. Nowy Jork jest najprostszym miastem, jeśli chodzi o komunikację. Ulice mają numery, które są logicznie uporządkowane. Nie da się zgubić. Poza tym transport jest świetny. Nie dostrzegłem korków. Powietrze jest czyste i ulice też. Trochę mnie to zaskoczyło. Marcinowi miasto bardzo się podoba, choć on ma zupełnie inne potrzeby od moich. Ale mamy też zbiory wspólne. Na przykład dzisiaj spędziliśmy pół dnia oglądając miasto z góry, z wieżowca.  

Nowy Jork. Majówka.

Maj zaczął się od bardzo wiosennej pogody. 15 minut deszczu i 45 minut słońca. Wszystko kwitnie i pachnie. Studzienki buchają parą, a sygnały radiowozów, karetek i wozów strażackich, tworzą melodię miasta. W Nowym Jorku zostaniemy do końca miesiąca, ale coraz bardziej myślimy o przeprowadzce tutaj. To miasto spełnia nasze potrzeby. Jako jedyne na świecie. Drugi na liście jest Paryż, potem Londyn. Jeszcze pomyślę...  Od jutra ma być raczej tylko pięknie, więc czekamy na słońce i wszystkie cudowności związane z majem. 

Warszawa. Nie samą pracą, człowiek żyje.

  Tytuł przedni, ale gdybym po 10-godzinnym dniu pracy szedł spać, albo potrzebował odpoczywać, nie miałbym żadnego życia nocnego (co dla mnie jest essential). Więc jest tak: od poniedziałku do czwartku, nagrywam filmy z wykładami i krótkie tik toki oraz prowadzę zajęcia online. W piątki generalnie się gdzieś przemieszczamy i przygotowujemy wszystko do warsztatów. Sobotę i niedzielę spędzamy w sali szkoleniowej, gdzie prowadzę zajęcia, a Marcin ogarnia resztę spraw. Szaleję (my) w piątki i soboty. Błogosławieństwem jest to, że nie miewam kaców.

Wrocław - Gdynia. Praca.

Nie mam czasu na cokolwiek poza pracą, w tym miesiącu. Cały czas albo uczę, albo nagrywam, albo podróżuję służbowo, ogarniając biurokrację w cudownie powolnych pociągach. Marcin zajmuje się organizacją wszystkiego, ja nawet sobie już herbaty nie robię, tylko ją dostaję. Ale zrobienie sobie napoju wymaga czasu, którego teraz nie mam.  Generalnie kocham swoją pracę.

Częstochowa. Urodziny.

Mama z Marcinem i ojcem gotowali przez cały dzień, żeby zdążyć że wszystkim na moje urodziny. Ja z Anetą włóczyłem się po częstochowskich knajpkach. Pustki, ale przynajmniej lokalne piwo dobre, a barmani mili.  W urodziny poszedłem na zakupy, przede wszystkim alkoholowe. Odebrałem też ogromny, tęczowy, bezcukrowy, bezglutenowy tort (chyba także bez nabiału). Okazał się zjawiskowy! A potem dmuchaliśmy balony. Tak sobie wymyśliłem i udekorowałem mieszkanie jak salę weselną.  Rodzice przyjechali z wałówką o 16:30. Trzeba było zamawiać taksówkę, żeby dali radę to wszystko przetransportować. Jedzenie nie zmieściło się na stole... Dobrze, że było zimno i wiele garów wystawiliśmy na balkon.

Gdynia. Szósta rano.

O szóstej rano w Gdyni panuje spory ruch. Byliśmy przez chwilę zdziwieni (wykazując się brakiem wyobraźni), jednak szybko dotarło do nas, że ludzie idą do pracy. Rzesze ludzi. Tup... tup... A my do Częstochowy, bardzo porannym pociągiem. Okazało się, że bez wagonu restauracyjnego. Dziewięć godzin o suchym pysku to tak sobie. Zabijałem czas słuchając książki "Babel". Jestem w jednej trzeciej i już wiem, że to ciężkostrawna sardynka. Jak kurwa można puścić pociąg bez choćby wózka z wodą i przekąskami? Co nie tak jest z tym krajem, z tymi spółkami, z tym chamstwem tutaj, właściwym dla każdego rodzaju obsługi klienta? Całe społeczeństwo zwaśnione, upolitycznione, wgapione w telewizory i żyjące wiadomościami i rozpaczą w związku z Ukrainą i "nagonką" na Wojtyłę? Ciągle powody do smutku... Ostatnio przeżyłem poważny kryzys, w związku z pobytem (na szczęście krótkotrwałym w zamiarze) w Polsce. Chciałem się zrelaksować, napić piwa, pogadać z nieznajomymi o niezobowiązującyc...

Gdynia. Codzienność.

Dopada mnie jakieś uczucie niezadowolenia. Przemęczenie? Początek wiosny? Brak wystarczającej ilości snu? Wszystko na raz? Być może. Kupiłem sobie wczoraj melatoninę, ale w ogóle nie powstał żaden rezultat. Spałem płytko, krótko, do czego przyczynił się dodatkowo Marcin. Musimy coś zrobić z jego chrapaniem i zespołem niespokojnych nóg. Dzisiaj naprawdę było ciężko. Spałem może trzy godziny i niestety to odczuwam. Muszę odstawić chleb. Znaleźć jakąś jego restaurację bez pieczywa, o co w Polsce nie będzie łatwe. Po tygodniu pobytu w Europie zaczynają męczyć mnie gazy... 

Warszawa. Praca.

Moje ciało ciągle odczuwa czas indyjski: budzę się o 5 i robię się senny po 21. Praca mnie pochłania. Jestem urodzonym nauczycielem, więc zmęczenie wiąże się z poczuciem spełnienia. Jest dobrze. Podobno przyciągam innych, gdy spędzą ze mną trochę czasu. Tak mówią.  Za dużo piję. Gdy przyjechaliśmy do Warszawy, zamiast odpocząć, pojechaliśmy na imprezę. Butelka whisky i dwugodzinny sen. Potem 10 godzin gadania i impreza ze studentami. W niedzielę, nie dość że zaczynaliśmy wcześniej, to jeszcze zmieniano czas, na letni. Ale dałem radę.