Przejdź do głównej zawartości

Posty

Kathmandu. Wielkanoc.

Uroczystości wielkopiątkowe rozpocząłem skrzydełkami w chili, a później pokaźnym stekiem wołowym, zakrapianym winem czerwonym, wytrawnym. Wina było na tyle dużo, że pogubiłem się w liczbach. Następnie był masaż, sauna i długotrwałe wylegiwanie się w saunie. Po nabraniu sił i regeneracji - dyskoteka. Wróciłem nad ranem, motorową taksówką, śpiewając jakieś pieśni ku uciesze kierowcy. W sobotę poszliśmy do zoo, a później opychaliśmy się łakociami. Nasz przyjaciel Sanjeeb nie mógł się nadziwić, skąd w nas siła i tyle chęci do korzystania z życia. No cóż. Przestałem tłumaczyć takie rzeczy dawno temu. Wieczór był wybitnie przyjemny i smaczny. A dzisiaj, w niedzielę zrobiłem sobie świąteczne śniadanie. Marcin zaś poszedł do dentysty, więc jeść nie będzie mógł do obiadu. Ja się odpycham i wyleguję w słońcu, bo temperatury osiągnęły ulubiony przeze mnie pułap trzydziestu stopni. Okien nie myliśmy, bo nigdy tego nie robimy. Postu nie zastosowaliśmy, ponieważ to nie społeczeństwo będzie decydował...

Kathmandu. Holi.

  Dzisiaj Holi , święto radości i wiosny. Zaraz biegnę świętować. Marcin odmawia, bo nie lubi ani tłumów, ani dotyku innych osób, nie mówiąc o byciu smarowanym kolorowymi maściami czy polewanym wodą. Poza tym rok temu gdy szalałem, zostałem okradziony, co dla Kota jest kamieniem węgielnym z wyrytym słowem "NIE IDĘ". Więc ja się szykuję, a on gotuje botwinkę. Wczoraj rano pojechałem na market i kupiłem warzywa z farm organicznych. Buraki piękne, zresztą wszystkie warzywa wspaniałe. Tutaj rzeczywiście są "bio", są krzywe i niewymiarowe, natomiast smakują tak jak to pamiętam z dzieciństwa (a w Unii Europejskiej mówi się o ekologii i mierzy się każdy owoc, żeby był wymiarowy). Wieczorem zaś poszliśmy z przyjaciółkami do LaVie, francuskiej knajpy niedaleko naszego domu. Czerwone wino, sałatka z buraków i skrzydełka. Pycha! No i cały czas popychaliśmy plotki. 

Kathmandu. Odpoczynek.

Kursantki wróciły do domów. Miały przygodny, samoloty się spóźniły i większość z nich musiała spać i spędzić po jednym dniu w Dubaju. Ale chyba nie jest to aż taka tragedia. Poza tym przy takim opóźnieniu otrzymuje się zwrot kosztów podróży, więc lot mają za darmo. Ja zaraz po warsztatach nepalskich rozpocząłem trzy nowe kursy. Chyba się pomyliłem, bo raczej nie robię sobie takiego hardkoru. Zamiast się wyspać, wydałem o 4:40 i zacząłem pracę. Skończyłem o 17:50, wziąłem 10-minutowy prysznic i taksówką pojechaliśmy z Marcinem do kina na drugą część Diuny. Mnie urzekła, a Marcin kręcił nosem. Dzisiaj (we wtorek) miałem kolejne kursy. Nagrałem wykłady, pracowałem intensywnie a później pojechałem taksówką -motorem do spa. I leżałem w jacuzzi, odwiedzałem saunę, spałem na leżance, poddałem się masażowi... Odpocząłem.

Kathmandu. Piątek.

  Obudziłem się dość wcześnie. Pies ujadał i szczekanie przedostało się przez zatyczki do moich uszu. Leżąc dokończyłem słuchać książkę i wziąłem prysznic. Następnie Marcin powoli zwlókł się z łóżka. Niedługo potem, odwiedzili nas przyjaciele. Przyjechali z Goa (Indie) na chwilę do Kathmandu (Asia musiała "przebić" paszport). Wypiliśmy kawę, poplotkowaliśmy i poszliśmy na śniadanie do Amra-K (grecka knajpka na dachu jednego z budynków). Następnie Marcin pojechał na Thamel wpłacić zaliczkę za pewną atrakcję turystyczną*, a ja poszedłem na masaż. A potem pracowałem (właśnie skończyłem i jest prawie dwudziesta). *Pojutrze przyjeżdża grupa na warsztaty w Nepalu. Po raz pierwszy organizuję warsztaty z wakacjami.

Kathmandu. W starzejącym się ciele.

No i nadszedł czas, kiedy zaczynam zauważać pierwsze zmiany przejścia w przemianę ziemi, czyli w porę roku odpowiadającej późnemu latu, według TMC. Jestem teraz gdzieś pomiędzy ogniem, a ziemią. Cieszy mnie, że następuje to bardzo późno i że procesy są powolne. Nie mam jeszcze zmarszczek, ale widzę ich zapowiedź. Włosy nie siwieją, ale broda tak. Metabolizm zwalnia i zrzucenie zbędnego kilograma wiąże się z wyrzeczeniami. Stres i nadmiar pracy zaczyna wychodzić w napięciach mięśniowych... Dlatego muszę zmienić wiele rzeczy i dostosować się do nowych warunków.  Atak bólowy w dole pleców póki co opanowany. Wykorzystałem całą swoją wiedzę i umiejętności i przez dwa dni skupiłem się na swoim ciele. Zastosowałem refleksologię i meridiany, ćwiczenia rozciągające i jogę. Kupiłem też plastry z wilczej jagody, które znalazłem w sklepie dla naturopatów. Mam zamiar zakupić kalendarz (znalazłem nową aplikację), który przy pomocy AI pomoże mi zadbać o czas prywatny. Mam tendencję do wpadania w ...

Kathmandu. Życie nocne (i dzienne).

Nepalczycy lubią się bawić. Piją dużo, a podchmieleni, pieprzą głupoty i jak Polacy uwielbiają narzekać na polityków. Piątek jest najbardziej rozrywkowym dniem, dlatego też w piątki jeździmy na Thamel. O 18-tej w pubach robi się tłoczno. Kluby, tak jak w Londynie, zapełniają się dopiero po 23-ej. Jedyny gej klub "Pink Tiffany" jeszcze później. Szczyt następuje tu o 1-ej w nocy i trwa do 3-ej. Potem taksówkami wszyscy wracają do domu. Nie wiem czemu tak późno gejątka się rozkręcają, ale może boją się za dnia paradować w strojach odbiegających od obowiązującej mody?  Piliśmy piwo. Miałem ogromną ochotę na zimnego browara. Rzadko pozwalam sobie na takie odstępstwa od przyjętych norm, bo piwo podnosi cukier, ale jak sam lubię mówić "raz nie zawsze". A rzeczywiście ostatnio piłem piwo ponad rok temu. Nie mam cukrzycy, ale większość mojej rodziny ma i dlatego nie spożywam rzeczy powodujących wzrost stężenia słodyczy we krwi. Następnego dnia, nieco "wczorajsi" po...

Kathmandu. Urodziny Marcina.

Marcin skończył 47 lat. Czas leci... Wszystkiego najlepszego (⁠✿⁠^⁠‿⁠^⁠)

Kathmandu. NOWY ROK.

Dzisiaj rozpoczął się Nowy Rok Męskiego Drewnianego Smoka. Ta szczególna, wydarzająca się raz na 60-lat kombinacja sprzyja nowym przedsięwzięciom, kreatywnym pomysłom i nowym działaniom. Smok jest silny i potrafi walczyć o swoje. Niech wam się wiedzie  Rano pojechaliśmy na market (film na FB), kupiliśmy tradycyjną polską kiełbasę z Nepalu (szok), zjedliśmy bagietki z szynką i serem i poszliśmy na Thamel. Szukam teraz figurki drewnianego smoka. Jak nie znajdę to będą musieli mi wystrugać.

Kathmandu. Inne spojrzenie na świat.

Azjaci widzą świat inaczej. Wiem o tym od dawna, ale teraz wydało mi się to ciekawe. Europejskie mapy pokazują Ameryki od swojej strony. Zastanawiam się, czy zależy to od kierunku w jakim latają tam samoloty?  W Nepalu wieczory nadal zimne. 8-11°C. Dni już raczej letnie, gdy świeci słońce, temperatury dochodzą do dwudziestu stopni. Na szczęście z każdym dniem (i nocą) robi się cieplej.

Kathmandu. W końcu Nepal.

Foto: moja dzisiejsza kolacja. Nepalskie thali. Kilka rzeczy wymaga podsumowania.  Indie bardzo zdrożały. Turystów jest znacznie mniej, w niektórych rejonach nie ma ich wcale. Tanie hotele z kilku dolarów podskoczyły do kilkunastu za dobę, standard który nam odpowiada nie różni się w zasadzie cenowo od Europy. W Nowym Delhi płaciliśmy $37 za nocleg. Najdrożej było w Dardżylingu, gdzie doba kosztowała nas $52. Kawa w Starbucksie jest droższa, niż w Nowym Jorku i tak dalej, i tak dalej. Zanieczyszczenie powietrza jest nieopisywalne. Smog w stolicy uniemożliwia widzenie nieba, a na słońce patrzy się z łatwością, nawet w południe. Przypomina żółtko jajka, albo obcą gwiazdę, która nie razi w oczy. Jeszcze gorzej było w stanie Bihar. To najbiedniejszy region, a lokalny rząd zajmuje się wyłącznie rozkładaniem pieniędzy.  Elias przykleił się do nas, ale go odprawiłem. Wyjechał z Gangtoku to zachodniego Sikkimu i tam, na własną rękę poznawał świat. Spotkaliśmy się ponownie w Dardżyli...

Darjeeling. Refleksje.

  Darjeeling. Widok z okna 25.01.2024. Siedzę w fotelu, patrzę przez okno na świątynię hinduską zasłaniającą Himalaje i tak sobie dumam nad tym, co człowiek robi na ziemi. Indie są tak brudnym i zanieczyszczającym ziemię krajem, że mam pewność katastrofy ekologicznej. Piszę o tym coraz częściej, ale widzę zmiany klimatyczne, pustynnienie ziemi i zwyrodnienia (choroby) roślin i zwierząt. Z obrzydzeniem patrzę na ludzi ignorujących ten problem.  Kończę kolejną (trzecią) książkę w tym miesiącu. "Człowiek o 24 twarzach" Daniela Keyes'a. Historia opowiada o osobowości wielorakiej, przybliżając bardzo barwną historię życia Billego Milligan'a. Reaguję emocjonalnie, boli mnie czytanie, całym sobą nie akceptuję tego, co robią innym, wstrętni ludzie. Owi wstrętni ludzie to często: rodzice, nauczyciele i osoby głęboko religijne. Ich toksyczność i manipulacje bolą najbardziej. Później mamy resztę społeczeństwa, która składa się również w (niestety) coraz większym procencie z osób...

Gangtok. 2×5=10

Dzisiaj mijają kolejne dwa tygodnie w nowym miejscu. Tak się złożyło, że przebywamy równo po dwa tygodnie w danym mieście. Zaczęliśmy od Delhi, pojechaliśmy w góry do McLeod Ganj, potem na święta do Bodhgaya, następnie do Darjeelingu i w końcu do Gangtoku. Obu nam wydaje się, że jesteśmy tu łącznie kilkanaście dni, a nie dwa i pół miesiąca.  Jutro wracamy do Darjeelingu, a trzy dni później jedziemy do Raxhul, by przekroczyć granicę z Nepalem. Właśnie wynająłem mieszkanie na kilka miesięcy i mam zamiar siedzieć na dupie bez specjalnego przemieszczania się poza dzielnicę. Tak czy inaczej, zleci to jak "z bicza strzelił".  Czas spowalnia po marihuanie. Wtedy rzeczywiście wszystko się dłuży. Może powinienem po prostu zacząć zażywać?

Gangtok. Kolacja.

Bycie mentorem ma swoje niewątpliwe zalety. Cieszę się, że stałem się nim w wieku dojrzałym, kiedy... no właśnie zastanawiam się co napisać: "swoje już wiem", czy "mam wyjebane"? A może jedno i drugie?  Ostatnio dużo czytam (słucham). Wybieram książki, wyłącznie takie, które sprawiają mi przyjemność. Inspirują mnie osoby, które osiągnęły duchową wolność. Nie trzeba do tego religii. Myślę, że na pewnym etapie, nikt nie może być naszym guru. W pewnym momencie rozwijamy się do wewnątrz. Tam nikt nie ma dostępu. Przynajmniej mieć nie powinien. Gdy otrząsamy się z traum, one już nie wracają. Gdy się to stanie, co co nas przytłaczało wydaje się nierealne. Ale nie ma sensu się nad tym zastanawiać. Stajemy się latawcem, który leci w przestworza, nie mając sznurka. Uczucie wolności wcale nie rozpiera. Jest naturalne i tak oczywiste, że można je tylko przeżywać w spokoju. To, że się kiedyś rozbijemy, jest również zgodne z cyklem przemian. Nie ma nad czym rozmyślać. Dzisiaj w ...

Gangtok. Codzienność.

Gangtok jest stolicą Sikkimu, jednego z najmniejszych stanów Indii. Ale Sikkim to Indie fikcyjne, od 1975 roku. Zdecydowano obalić monarchię i przyłączyć się do kraju curry, aby nie zostać wchłoniętym przez agresywne Chiny. Jednak nic tu nie jest indyjskie: ani jedzenie, ani religia, ani ludzie i ich mentalność. Sikkim jest czysty. Dba się tutaj o powietrze. Ludzie mają skośne oczy i mówią po nepalsku, tybetańsku lub w języku dandzongka. Piję się tu dużo alkoholu i uprawia hazard. Kasyna są tu niezwykle popularne. Jest pełno pubów z muzyką na żywo. Koncertują tu kapele z Nepalu, Butanu lub lokalne. Hindi jest niesłyszalne. Zresztą prawie nie ma tu ani Indusów ani innych turystów. Od prawie dwóch tygodni jesteśmy jedynymi białymi w całym mieście (był jeszcze Elias, ale pojechał w zachodnie rejony). Sikkimczycy i Sikkimki są osobami pracowitymi i dumnymi. Nie ma tu bezdomności i nikt o nic nie prosi. Nigdy nie widziałem tu kogoś żebrzącego. Wstaje się tu rano i zaczyna dzień od wietrzeni...

Lachung. Bezludna świątynia.

Ostatnio jestem przestymulowany. Potrzebuję samotności, jednak w moim przypadku jest to niezmiernie trudne do osiągnięcia. Przede wszystkim praca, polegająca na kontakcie z ludźmi. Dziennie dostaję setki (i nie ma tu przesady) różnego rodzaju zapytań, w postaci tekstów, nagrań głosowych i zdjęć (będę musiał kogoś zatrudnić, aby to ogarnąć ). Po drugie ciągle otaczają mnie ludzie i przyklejają się jak magnesy do lodówki. Mam osobowość przyciągającą innych (znacznie rzadziej odpycham), wyglądam inaczej, przez co bez przerwy ktoś w Azji chcę sobie robić ze mną zdjęcie lub dosiąść się do stolika, gdy piję kawę.  Teraz na głowie mamy Eliasza, który definitywnie uzależnił się od kontaktu z nami. Wczoraj mocno go opieprzyłem i byłem mało przyjemny, ale niewiele to dało. We wtorek wysyłam go na wycieczkę do zachodniego Sikkimu i ma sobie radzić sam. Pomoc ograniczam do zgody na przetrzymywanie rzeczy w naszym mieszkaniu, które jest dla nas za duże (dlatego też uznałem, że Eliasz może zają...

Yumesoong. Zero Point.

Stanęliśmy na Dachu Świata. Po raz drugi. 5072 metry nad poziomem morza. Droga tam była niezwykła pod względem duchowym. Wewnętrzne myśli, mantry, wykonywane czynności i rytuały buddyjskie, ostatnia książka i wiele innych; wszystko to nałożyło się na siebie i spowodowało coś, czego być może nie doświadczyłem wcześniej. Mam wiele twarzy. Wszystkie składają się na jedną . To jedno z głównych doświadczeń dzisiejszej podróży. Mądrości i doświadczenia nie da się przekazać.  Słowa i myśli, już przy samej próbie przekazania stają się fałszywe dzięki ograniczeniom językowym. Późniejsza ich interpretacja dodatkowo je wypacza. Himalaje są piękne. Nie ma w nich jednak żadnych niezwykłości. W każdym razie nie są większe, od niezwykłości każdego innego miejsca. To także odkryłem dzisiaj.

Lachung. W drodze na Dach Świata.

Dojechaliśmy do bio-miasta w Sikkimie, które zostało opisane przez brytyjskiego odkrywcę Josepha Daltona Hookera, „najbardziej malownicza wioska Sikkimu”. Po 159 latach, widoki  są nadal niezwykłe, ale miasto nie oferuje niczego, oprócz hoteli. Generalnie wszyscy, którzy mają dodatkową przestrzeń oferują nocleg, robią dobudówki, ewentualnie stawiają brzydkie budynki, typu "byle szybko i tanio". Lachung jest położone na wysokości 2900 metrów n.p.m. i jest tylko przystankiem. Tutaj się śpi, przed wyprawą w Himalaje (bo wyżej spać raczej nie wolno)*. * Osoby bez specjalnego przygotowania, mogą nawet umrzeć, śpiąc na wysokości powyżej 4500 metrów nad poziomem morza. Samo krótkotrwałe przebywanie tam, może skończyć się omdleniami, a nawet obrzękiem mózgu. Pamiętam jak kilka lat temu, idąc po równinie położonej ponad 5 kilometrów nad oceanem, miałem mroczki i resety polegające na odczuwaniu całkowitej ciemności i braku świadomości przez ułamki sekundy, co kilka chwil. Było to dziwn...

Darjeeling. Obserwacje końca życia planety.

Dzięki zmianom klimatycznym, różnice temperatur w wysokich górach powodują powstawanie kłębów chmur, które zasłaniają najpiękniejszy w świecie widok. Góry widoczne są tylko rano, a potem znikają. W najbardziej północnych częściach Indii (gdzie jedziemy) lawiny i powodzie zdarzają się częściej, niż kiedykolwiek wcześniej. Wczoraj też zauważyliśmy, że pola herbaciane wyglądają inaczej. Wiele krzaków było uschniętych, i choć się na tym nie znamy, stwierdziliśmy, że jest inaczej niż wcześniej (jesteśmy tu zawsze w styczniu). Podaj też jest inna. W Bodhgaya było dużo cieplej i bardzo sucho. Zazwyczaj kupowaliśmy kocyki lub poncha, a teraz chodziłem tak bardzo odkryty, jak się dało, smarując się filtrem 50+, aby uniknąć poparzenia. W Darjeelingu jest też inaczej. Ale trudno mi to określić. Jakaś inna aura, inne powietrze. Nie chcę się jednak wkręcać. Upadają też budynki. Te piękne, wzniesione przez Brytyjczyków, mają już swoje lata. Czas świetności mają już za sobą. A Indusi są ślepi na pięk...

Darjeeling. Przejście w iluzję nowego.

10...9...8...7...6...5...4...3...2...1... W każdym kraju, ludzie odliczają podobnie. Zazwyczaj są już pijani, wtedy odczuwają emocje bardziej infantylnie. Alko pomaga im "wybaczyć", "snuć plany" i wierzyć, że w jakiś cudowny sposób się zrealizują. Ci, którzy nie piją, mają w zasadzie podobnie. Tak jakby rzeczywiście pomiędzy 31 grudnia, a 1 stycznia istniał mur, za którym wszystko się zmienia. W naszym przypadku, doświadczamy jeszcze dwóch "sylwestrów": tybetańskiego i nepalskiego. Idea jest dokładnie taka sama. Ludzie generalnie chcą lepszego zdrowia. Sęk w tym, że plany wielkich zmian porzucają najdalej w połowie stycznia. Przede wszystkim dlatego, że nie mają pojęcia o tym czym jest dieta i właściwe odżywianie. Wieża ludzka opiera się na idiotycznych tik-tokach oraz kretynach i kretynkach, propagujących kolejne  limitowane diety prowadzące donikąd. Poza tym wszystkie znane mi osoby zjadają za dużo leków. Nie ćwiczą i ciągle się czymś martwią. Obawiam s...

Darjeeling. Nowy Rok.

Przyjechaliśmy do Darjeelingu 27 grudnia. Pociąg z Gaji, przybył punktualnie, jak w Szwajcarii.  To niesamowite, ale nie spóźnił się nawet minuty. To znaczy przyjechaliśmy do New Jalpaiguri I stamtąd podjechaliśmy w góry jeepem.  Nasz hotel (nowy budynek, jak tu byliśmy ostatnio, nie istniał i nawet w planach go nie było) okazał się wygodny, ciepły i zaopatrzony we wszystko, czego potrzeba. Ciepłą wodę mamy przez cały czas, co jest wyjątkowe w tym stanie. Ogromna większość hoteli nie dysponuje ogrzewaniem, a ciepłą wodę donoszą za dodatkową opłatą, w małym wiaderku.  W styczniu jest tu chłodno, dlatego zapłaciłem 500 euro za dwa tygodnie pobytu, bo jestem za stary na niewygodę. Tak w ogóle to nie wiem, czemu ludzie odkładają wszystko na starość. Mnie już jakąkolwiek niewygoda przeszkadza... Przyjechaliśmy tu z Eliasem. Rudowłosym Niemcem, z Bawarii. Właśnie skończył 18 lat i postanowił podróżować, aż wyda to co uzbierał do tej pory. Z tego co wiem, ma niewiele, jakieś 800...

Bodhgaya. Mönlam.

Jak co roku, jesteśmy w Bodhgaya na uroczystościach religijnych. Śpiewamy pieśni, recytujemy fragmenty książki ciągle się myląc. Tybetański łatwy nie jest.  Pracuję 4 godziny dziennie, raczej rano. Nagrywam wykłady i publiczne filmiki grudniowe. Staram się wszystko pogodzić i nie ulegać chęci lenistwa.  Wieczorami, leżąc w łóżku oglądam ostatnie odcinki Korony.

McLeod Ganj. Słońca bez końca.

Czasami myślę sobie, że mógłbym mieć domek z ogródkiem, dwa psy i kota, a w śmiałych mrzonkach nawet kozę i kucyka. Oczami wyobraźni widzę spiżarnię pełną konfitur i przetworów, wiele smakołyków, suszonych ziół i przypraw. Jest tam wiele kolorów, dużo pięknych materiałów i przedmiotów z całego świata.  Nie nadaję się jednak do takiego życia. Po miesiącu zacząłbym się nudzić, musiałbym prosić o pomoc w wychowywaniu zwierząt, w pracy w ogrodzie. Nie umiem zapuszczać korzeni i żyć w sposób przewidywalny. Zastanawiam się nad kupnem wiejskiej miejscówki, gdzieś na południu Walii, albo w Anglii blisko oceanu. Boję się jednak, że będzie to kolejna nieruchomość służąca jako rzadko odwiedzany przystanek. Jesteśmy w McLeod Ganj dziesięć dni i mimo, że jest tu tak pięknie, zaczynam czuć potrzebę wyjazdu. Ciągną mnie zmiany i nowe przygody. Ale może kiedyś osiedliły się w małym, przytulnym domku.

McLeod Ganj. Tybet w Indiach.

Koniec listopada i początek grudnia spędzamy na ziemiach Dalajlamy. Dostał je od rządu Indii i tu osiedliła się większość Tybetańczyków po ucieczce z własnego kraju. Miejscowość leży nieco powyżej 2000 m n.p.m. pogoda tu jest łagodna, a dni z nielicznymi wyjątkami ciepłe, bezwietrzne i słoneczne. Temperatura w dzień waha się w granicach 18-20°C, po godzinie 16 spada do 12-10 °C, a nocą nawet do 6°C. Mamy grzejnik typu "słoneczko", które chodzi non stop wieczorami i nocą, które pozwala utrzymać przyjemne ciepło w środku. Widok z okna taki, jak na zdjęciu, a w godzinach porannych widać jeszcze dalej położone Himalaje. Rano staram się pracować. Nagrywam filmy publiczne. Żeby nie robić rzeczy za darmo (bo wtedy energia nie płynie tak, jak powinna) zarejestrowałem się na stronie buycoffe.to, gdzie po kliknięciu można postawić mi małą czarną, albo wirtualne cappuccino. Każdego dnia wiele osób stawia mi napoje, więc wszystko działa tak, jak powinno. Marcin wyszedł z przeziębienia, c...

Nowe Delhi. Klinika okulistyczna.

Kilka dni przed wylotem do Indii, dowiedziałem się, że mam początki jaskry. W Tbilisi często bolały mnie oczy i miałem światłowstręt. Po przylocie do Polski, poszedłem do okulistki. Zbadała mnie i powiedziała, że nic się nie dzieje, a czerwone oczy według niej miały być skutkiem jedzenia pierogów. - Te ich mąki wywołują wiele alergii. Ja bym nigdy tam nie jechała. Nie dziwię się, że ma pan przekrwione oczy. Już wtedy wiedziałem, że gada bzdury. Poszedłem do innej lekarki, w Sopocie. Zrobiła mi dokładne badania i stwierdziła, że nerw wzrokowy już uległ uszkodzeniu.  - Musi pan coś z tym zrobić, możliwie najszybciej - powiedziała. Dała mi namiar do prywatnej kliniki.  - Tyle, że ja pojutrze wyjeżdżam do Azji, na długo - powiedziałem. Dała mi krople, regulujące ciśnienie w oku. Gdy wyszedłem z gabinetu, zacząłem szukać klinik, specjalizujących się w leczeniu jaskry. Znalazłem rekomendowaną i po rozmowie z lekarzem, zrobiłem zabieg tego samego dnia na jedno oko, a dzień później, n...

Nowe Delhi. Kilka światów, w jednym miejscu.

Za ścianą pod której leżą te dzieciaki, znajduje się jedna z najdroższych restauracji na Counaght Place w stolicy Indii. Nie stołujemy się tam, bo jest drożej niż w Nowym Jorku, poza tym na miejsce czeka się tygodniami. Zaraz obok jest Radisson Blue, hotel w którym doba hotelowa kosztuje 1500 złotych. Wszędzie wokół są knajpki dla klasy średniej. Tam jemy. Koszt obiadu dla dwóch to 100-150 złotych. Jest czysto, pachnąco i przyjemnie. Z restauracji można iść na drinka do jednej z dziesiątek pubów. Mają niesamowity wybór whisek, ginów, wódek i koniaków. Muzyka na żywo, na naprawdę wysokim poziomie. Żeby się tam dostać, trzeba przejść ponad leżącymi bezdomnymi, zderzyć się z czyścicielami butów i innych drobnych "samozatrudnionych". Są też rzesze psów i krów, wałęsających się gdzie popadnie. Jestem do tego przyzwyczajony, aczkolwiek ciągle bolą mnie te widoki.

Kopenhaga-Delhi. Lot.

Lot z przygodami. W jednym z samolotów coś jebło, stewardesa uciekła, a nasz autobus pospiesznie odjechał z płyty. Musieliśmy lecieć innymi liniami i długo czekać na lotnisku. Plus jest taki, że dzięki opóźnieniu, zwrócą za bilet, dali też inne, mniejsze upominki i mnóstwo voucherów na jedzenie i picie. Air India okazała się wygodną i punktualną linią (latamy raczej innymi). Łóżka w samolocie były trochę za miękkie, ale chyba dzięki temu nie czuliśmy turbulencji. A hinduska opiekunka przypisana do nas była niezwykle miła i wychwaliła wszystkie moje tatuaże. Nad jakością posiłków czuwał duński szef i wszystko było pyszne. Obawy przed Air India były nieuzasadnione.

Gdynia. Keto.

Od dwóch tygodni jestem na keto. Dieta tlusta i białkowa.  Niewiele warzyw, zero owoców, węglowodanów i cukrów. Jem awokado i jajka na śniadanie. Na słoninie, albo bekonie. Potem sushimi z minimalną ilością warzyw. Wieczorem chodzę do nie-cukierni, na kawę i ciastko, albo torcik. Wszystkie słodycze są słodzone stewią, są z mąki migdałowej i tym samym nie mają węglowodanów. Pyszne są. Na keto chudnie się i młodnieje niemal natychmiast. Cukier jest idealny, skóra nabiera blasku. Osobiście zawsze obawiam się cholesterolu, dlatego jem głównie ryby, mało serów i śmietany, a tłuszcze w postaci suplementów Onega 3 i bio kapsułek z rekinim tłuszczem. Marcin nie trawi keto, więc je wszystko. Bierze tabletki i ciśnienie zaczyna się normalizować. Wykupiliśmy tabletki na pół roku i szykujemy się do wyjazdu. 

Gdynia. Słoneczny październik.

W Gdyni pogoda jest nadal piękna, dlatego nie zrzędzę. Poza tym słońce pozwala mi utrzymać wysoki poziom energii. Chodzę na siłownię, potem pracuję, następnie chodzę nad morze i znowu pracuję. Kupiliśmy dzisiaj patelnię. Mama i przyjaciółka z Hiszpanii, mówią że drogo. Ja nie mam zdania. Jest duża, ze stali i pokryta tytanem. Ostatnio dużo smażę lub duszę, bo przeszedłem na keto. Nie bardzo mi ta dieta pasuje, ale to jedyny ratunek na wiele rzeczy i utratę wagi. Ostatnio waga mojego ciała jest coraz trudniejsza do okiełznania. Marcin jest już po wszystkich badaniach, jutro idzie do profesorki medycyny na kontrolę i myślę, że w jego życiu zacznie się okres "weź pigułkę". No i tyle. A! Ojciec był w szpitalu i wyszedł. Jest jak jest. Największy problem polega na tym, że on czuje się staro i widzi w sobie dogorywającego staruszka. Nie wróżę mu nic dobrego z takim nastawieniem.

Gdynia. Babie lato.

Anglicy nazywają taką ciepłą jesień Indyjskim latem , bardziej to do mnie przemawia, niż babie . Jak zwał, tak zwał ale jest naprawdę ciepło. W piątkową noc poszedłem do pubu i zabalowałem do piątej. A potem wracałem w samym t-shircie do domu. Niesamowite. Sobota była nieco chłodniejsza, ale wspólny z Marcinem, spacer nad morzem był nadal przyjemny. Byliśmy na Chłopach  w reżyserii DK Welchman i Hugh Welchmana. Film animowany, z niezwykle plastycznymi ujęciami i cudowną muzyką. Byłem zachwycony. Polacy jednak potrzebują więcej intelektualnego rżnięcia, czegoś tak głębokiego, żeby nie mogli zrozumieć. Bo film dla wielu jest za płytki i zubożył (rozbuchaną intelektualnie) polską wieś. Marcin jest już po wszystkich badaniach, skanach, holterach i rozmazach. Każde badanie wyszło dobrze, więc trzeba skupić się na informowaniu ciśnienia, które jest samoistne i nie ma wskazywanych przyczyn. 

Gdynia. Przystanek.

Dzisiejszy dzień spędziłem w salonie tatuażu. Znajomy (już) artysta wypisał mi na stałe mantrę Białej Tary - formy, na którą najczęściej medytuję. Dużo czasu zajęło nam ułożenie tybetańskich sylab tak, aby pasowały do całości. Ale się udało i tym samym mantra stała się częścią mojego ciała.  Skończyłem książkę, jest teraz w druku, chyba już nawet jest oprawiana, Za kilka dni trafi do licznych czytelników. Jestem wzruszony, bo naprawdę wiele osób kupiło napisany przeze mnie podręcznik "w ciemno". To są naprawdę duże liczby! Nie pojechaliśmy do Wietnamu, bo Marcin odkrył, że ma nadciśnienie. Nie podobało mi się, że czerwienieje i często boli go głowa. Postanowiliśmy wrócić do Polski na jakiś czas i zrobić badania. Dzisiaj miał kompleksowe badania krwi, jutro ma USG i inne różne, zalecone przez profesorkę medycyny, zajmującą się takimi sprawami. Dostał już leki i robi pomiary. Na chwilę obecną odczyty wykazują 145/95 lub mniej ( po południu miał 125/80). Nie sądzę aby badania wy...