Przejdź do głównej zawartości

Posty

Kathmandu. Buddyzm.

Przyjechała do nas Malwa. Wczoraj byliśmy razem na spotkaniu z Rinpocze, na którym poległem na etykiecie. Nie umiem w standardy. Czcigodny Lama siedział na kozetce, zrobiliśmy przed nim trzy pełne pokłony (padając przed nim na twarz), potem podarowaliśmy prezenty i klęcząc, rozmawialiśmy. Wyjść należało tyłem. Drogocenny Nauczyciel był bardzo miły i dał nam błogosławieństwo. Zgodził się nawet na prywatne, wspólne zdjęcie. Dzisiaj zaś wstaliśmy o 7 i pojechaliśmy pod Swayambunath. Uczestniczyliśmy w uroczystościach związanych z Buddą Amitabą. W przerwie serwowano słoną herbatę że smalcem (uwielbiam) i zjedliśmy kapustę z tybetańskim chlebem. Pierdzeniem nie ma końca. W ogóle był fajny dzień. Poszliśmy pod stupę i zawiesiliśmy flagi z mantrami na jej szczycie. Ściślej mówiąc zapłaciliśmy panu, który tam pracował i wspiął się kilkadziesiąt metrów, na sam wierzchołek. Przymocował sznur z flagami. Staliśmy długo, obserwując jak latały na wietrze, aż w końcu udało nam się złapać dyndającą ko...

Kathmandu. Wigilia świąt zimowych.

Wpływy globalizacyjne zmieniły grudniową atmosferę Nepalu, nie do poznania. Wszędzie choinki, dekoracje i mikołajki migające światełkami, amerykańskie kolędy oraz świąteczne zapachy, nieznanych wcześniej potraw. Dodatkowo od tego roku, 25 grudnia jest dniem wolnym od pracy, choć ma się to nijak do tradycji, kalendarza lub religii. Czyste szaleństwo, którego celem jest zwiększenie sprzedaży (sklepy nie świętują). Wigilię urządzaliśmy u nas. Zgodnie z tradycją zaserwowałem barszcz czerwony z pierogami (nadziewane słodką kapustą i grzybami). Potem były już potrawy międzynarodowe (w sumie sześć) i czerwone wino. Jedzenie wegańskie, przygotowane przez naprawdę utalentowanego szefa kuchni z Uptali (restauracja w której zazwyczaj się stołujemy). Jeśli ktoś miał nadzieję, że stanę przy grach, to musi mnie nie znać. Mama w Polsce przygotowała tradycyjne potrawy. Stół wyglądał imponująco. Razem z moim bratem, kilkakrotnie biesiadowali, pozostając z nami w wirtualnym video kontakcie. Staram się r...

New Delhi. Elite.

Elitarni Indusi stanowią jeden procent populacji Indii, jednak w tak gęsto zaludnionym kraju społeczność ta jest porównywalna do jednej trzeciej ludności Polski. Do klasy średniej zalicza się 30 procent osób (w Delhi 40%).  Klasę średnią stać na opłacenie czynszu i rachunków, oprócz tego na zakupy w markowych sklepach, podróże zagraniczne, dobre samochody i bogate życie nocne. Śmietankę tworzą solidnie wykształceni Brahmini, wojowniczy Kszatrijowie, bogaci i handlujący Wajśjowie ( choć ci ostatni są traktowani jak Wokulski na salonach - mają pieniądze, ale nie należą do "arystokracji" ). Elita to milionerzy, o niewyobrażalnych majątkach. Można ich rozpoznać po tym, że każdy próbuje z nimi rozmawiać, lub gdy znajdują się na górze drabiny społecznej, każdy na nich patrzy z utęsknieniem. Średnia pensja kelnera w Biharze to 10 tysięcy rupii ( 481 zł, w grudniu 2024 ). Sprzątaczki zarabiają o połowę mniej. Urzędnik średniej klasy w stolicy otrzymuje 40-60 tysięcy rupii miesięcznie...

BodhGaya. Pomieszanie.

Męczy mnie myśl „ dlaczego obok miejsc mocy, jest tyle pomieszania ?”. Przecież tutaj historyczny Budda osiągnął oświecenie, czyli doszedł do pełnego zrozumienia rzeczy, rozpuścił wątpliwości i stał się Nauczycielem duchowości, filozofii życia i religii. Usiadł pod drzewem Bodhi i doszedł do kulminacyjnego momentu, poza którym nie ma już niczego więcej do osiągnięcia. Obok drzewa, kilka stuleci później, słynny cesarz Aśoka wzniósł tu świątynię Mahabodhi, którą teraz, w roku 2024 codziennie okrążamy, zbierając tak zwane „zasługi”. Przyjeżdżają tu ludzie pragnący się rozwijać, niestety „najciemniej jest pod latarnią”. Pod stupą i innymi świątyniami krążą złodzieje, naciągacze, fałszywi prorocy, przestępcy w mnisich szatach i wiele innego pomiotu pragnącego coś wyłudzić. Za murami jest jeszcze gorzej. Tam ludzie zachowują się, jakby oszaleli. Żebracy łapią za nogi, krzyczą, płaczą lub pragną za wszelką cenę, w inny sposób, wzbudzić litość. Naganiaczy, naciągaczy i złodziei jest tyle, że w...

BodhGaya. Mönlam 2024.

Czekamy Uroczystości Mönlam rozpoczęły się dzień przed przyjazdem Karmapy, 15 grudnia. Wieczorem tamtego dnia, z Delhi, przyleciały nasze koleżanki oraz wiele innych ludzi, jednak nasz duchowy szef do samolotu nie wsiadł. Pojawił się dopiero następnego dnia.  Przywitaliśmy go przed kolacją, jak zwykle stojąc na progu Karma Temple, należącej do naszej linii buddyzmu tybetańskiego. Było zdecydowanie mniej ludzi, niż w latach ubiegłych.  Oczekiwanie na Karmapę Myślę, że pierwszym powodem jest kasa . Ostatnio dużo ludzi wymawia to słowo i tłumaczy się niewystarczajacą jej ilością. Drugim jest live streaming odbywających się tutaj śpiewów, więc wygodniej jest oglądać wszystko z domu, spod kołderki. A trzecim motywem, są: katastrofa ekologiczna, wszechobecny brud i pogarszająca się jakość życia, przy jednoczesnym wzroście cen, w indyjskim stanie Bihar. Jest naprawdę fatalnie. Przyjeżdżamy tu co roku i spędzamy całe dnie pod Stupą Mahabodhi, w Karma Temple lub w restauracji Mahomet,...

Bodh Gaya. Dzieci.

Obrazek pierwszy. Dzisiaj. Po ulicy idzie dziewczynka. Trzyma się za spuchnięty policzek. Płacze dość głośno, ale nie stara się wzbudzić litości. Wie, że nikt jej nie pomoże. To dziecko z najniższej, żebraczej kasty - śmieć, którego ani życie, ani śmierć, nikogo nie interesuje. Ktoś uderzył ją w twarz dość mocno. Ma umorusaną buzię ale i tak widać kropelki świeżej krwi. Dzieci w wieku czterech lat łatwo krwawią. Pewnie była głodna i być może chciała zwędzić jakiś owoc. Na straganach niczego innego nie sprzedają. Więc dostała za swoje. Ludzie nie są tu brutalni. Pokazują tylko niżej urodzonym, gdzie ich miejsce. Inny scenariusz, równie prawdopodobny jest taki, że dostała policzek od - na oko - szesnastoletniej matki. Kobieta wyglądała na zagniewaną. Tutaj powodem mógł być zbyt mały utarg. Dzieci rodzi się w jakimś celu i od niemowlęctwa powinny zarabiać. Gdy nie przynoszą dochodu, dostają baty. Czasami są też sprzedawane w innych celach, ale to w ostateczności. Obrazek drugi. ...

Bodh Gaya. Grudniowe zwyczaje.

O 7:30 samolot, którym podróżowaliśmy, wystartował z lotniska w Phuket w kierunku Bangkoku. Lot był szybki i bardzo komfortowy. Następnie, po wypiciu kawy, przesiedliśmy się na kolejny samolot, którego celem była Gaya. Po kolejnych trzech godzinach powietrznej podróży dotarliśmy na świętą ziemię i udaliśmy się do hotelu, w którym zatrzymujemy się od piętnastu lat. - Miło was widzieć - powiedział starszy pan Pattel. - Sanjeep pojechał oglądać przedstawienie w szkole, ale zaraz przyjedzie. Pytał o was kilka razy - mówił z szerokim uśmiechem, wręczając nam klucze do ulubionego pokoju. Uściskaliśmy go mocno, po czym wtargnęliśmy z naszymi ciężkimi bagażami na trzecie piętro. - Nawet posprzątali pokój - sarkazm Marcina przeszył powietrze jak jad, gdy spojrzał na zakurzoną podłogę. Wzruszyłem ramionami. - Jesteśmy w Indiach - przypomniałem. - Chodźmy jeść. Była już 14:00 czasu indyjskiego, co odpowiadało 15:30 w naszym zegarze. Żołądek domagał się pożywienia, ponieważ ostatnim posiłkiem była...

Pogrzeb ojca

Pogrzeb ojca miał miejsce w sobotę, ostatniego dnia listopada. Urnę z prochami dostarczono przed południem do kościoła „na górkach”, miejscu, w którym w dzieciństwie bawiłem się z rówieśnikami. To były piękne, zielone tereny, które niestety zostały przekształcone i zniszczone przez kościół, który wzniósł ogromną bryłę świątyni. Brat oraz bratowa mamy przyjechali z Katowic i wraz z Michałem, moim bratem, udali się na ceremonię. Przybyła niemal cała rodzina, w tym także osoby, których obecności się nie spodziewano. Ceremonia rozpoczęła się od piosenki „My Way”, zaśpiewanej przez przyjaciela taty, a następnie wystąpił zaprzyjaźniony chór, którego głosy podobno „rozsadzały fundamenty”. Cała ceremonia trwała nieco mniej niż godzinę. Po jej zakończeniu wszyscy udali się na cmentarz, gdzie panował spory chaos – liczba samochodów znacznie przewyższała liczbę miejsc parkingowych. Ostatecznie wszyscy zebrali się nad grobem, w którym spoczywają rodzice mamy: dziadek Jasiu i babcia Irena. To właśn...

Bronisław 3.11.1948 - 28.11.2024

Runęła skała. Tak to widzę na poziomie mentalnym. Skała trudna do zdobycia, często obca w dotyku, zwrócona kamienną twarzą gdzieś, gdzie akurat nie przebywałem. Wielka skała, na wzór której powstałem, przynajmniej w części. Po ojcu na poziomie astrologicznym dostałem Plutona w I domu. Obdarzył mnie sposobem bycia skorpionim: ukrytą złośliwością i umiejętnością planowania oraz czekania na właściwy czas. Nic więcej. Mama zadzwoniła, gdy jedliśmy lunch. Piłem akurat czekoladowe smoothie, gdy usłyszałem "ojciec zmarł o 4:15". Nie do końca pamiętam co się działo chwilę później. Wiem, że próbowałem się uspokoić i czułem smak czekolady w ustach.  Jestem na drugim końcu świata. Sprawdziłem połączenia. Do Bangkoku mógłbym dojechać w 12-18 godzin. Trzeba by wszystko zostawić, spakować się... loty do Warszawy to kolejne 20 godzin. Później jakoś musiałbym dojechać do Częstochowy. A pogrzeb zaplanowano na sobotę, na południe. Nie ma możliwości, żebym dał radę. Po drugie nie chcę. Bardzo n...

Patong. Trudny dzień.

Od rana próbuję poskładać się emocjonalnie. Trzy miesiące temu zacząłem własną terapię wychodzenia z traum i krzywd, jakich doświadczyłem w dzieciństwie. Ma to pośredni związek z moimi kolejnymi studiami (psychoterapia) i książką, nad którą pracuję (sprawdzam teorię w praktyce). Bezpośrednio zaś jest związane z moimi rodzicami, rodziną i różnego rodzaju zdarzeniami z dzieciństwa. Ostatnio przerabiałem nieobecność ojca w swoim życiu. No i właśnie... Rano zadzwoniła mama. Powiedziała to, co miałem w snach i co ciągnęło się za mną, jak cień - niemożliwe do odczepienia. Przyszły wyniki ojca, między innymi tomografii, którą miał wczoraj. Nie ma już dla niego żadnej nadziei. Rak jest w takim stadium i w tak wielu miejscach, że żadne leczenie nie miałoby sensu. Teraz zaatakował mózg i szybko się rozprzestrzenia. Guzy na móżdżku pozbawią go wzroku i niedługo później uniemożliwią swobodne poruszanie się. Niestety wiem jak takie rzeczy wyglądają, jak postępują i jak długo trwają. Dlaczego jestem...

Tajlandia. Rajskie wyspy.

Tajlandia jest piękna! Dzisiaj poznaliśmy jej dziewiczą stronę. Dziewictwo co prawda stracone, rozdeptane, zbeszczeszczone globalizacją, ale został jeszcze ślad świętości. Zachowałem się dzisiaj jak typowy introwertyczny dupek. Nie miałem najmniejszej ochoty poznawać nowych ludzi i mimo, że starali się być wobec mnie mili, odpłacałem im szorstkością i obojętnością. W końcu zostawili mnie w spokoju i przestali się starać, a ja bawiłem się lepiej niż planowałem. Nie do końca wiem, czemu tak dzisiaj się zachowywałem. Być może mam dość byle jakich i przelotnych znajomości?  Ale z dnia czerpałem ogromną radość.

Patong. Słonie.

Nigdy nie przypuszczałem, że obcowanie ze słoniami spowoduje u mnie tyle radości i beztroskiego śmiechu. Te olbrzymie ssaki są moimi ulubieńcami i bez oporów zgodziłem się na taką aktywność, jednak bezpośredni kontakt przeszedł moje oczekiwania. Bawiłem się jak dziecko, Marcin także. Po wielu godzinach chybotliwej jazdy po dżungli, wykąpaliśmy się z olbrzymami i pojechaliśmy do mieszkania umyć się tradycyjnie, pod ciepłym prysznicem. Potem plażowaliśmy do wieczora. Upał uniemożliwiał zbytnią aktywność.

Patong. Pocą, to się nogi nocą.

Nagle przypomniało mi się głupie przysłowie. Nawet zaśmiałem się w głowie, nie zmieniając jednak mimiki.  Siedzę w koszu plażowym, zaraz obok burzących się fal i odpoczywam patrząc na nie. Towarzyszą mi: lampka wina i woda mineralna. Marcin w mieszkaniu, ogląda jakiś serial. Ja wieczorami lubię wychodzić. Pocą mi się stopy. Mimo późnej pory, jest ciągle ciepło. Rozgrzane ciała, rozszerzone naczynia krwionośne, przyciągają komary. Smarujemy się olejkami eterycznymi z DEET'em. Preparat uniemożliwia insektom nawiązanie kontaktu. Nie zabija ich, ale dezorientuje, a gdy znajdą się w pobliżu, paraliżuje ich system nerwowy. Póki co ugryzły mnie dwa, Marcina także, w miejsca bez olejku. Straszne są. W Afryce trzeba brać dodatkowo tabletki. Tutaj malaria jest rzadka (ale możliwa), bardziej jednak grozi nam denga i zika. Muszę zrobić plan szkoleń na przyszły rok. Mam kilka zaproszeń do różnych miejsc. A może zrobić sobie przerwę? Muszę o tym pomyśleć.

Patong. Wypoczynek.

Trwają upały. Na plaży toczy się leniwe życie, polegające na biernym korzystaniu z różnych rozkoszy. Wypoczywam na leżakach i słucham szumu fal andamańskiego morza. Czasami spokój zakłócają handlarki oferujące wszystko, co jest mi akurat niepotrzebne: wisiorki i bransoletki z muszelek, skórzane przedmioty, okulary przeciwsłoneczne, grillowane pająki nadziane na patyczki i inne tego typu rzeczy. Macham ręką w odmowie.  Słucham też książek. Nauczyłem się tej umiejętności w podróży, gdy trzęsło i trudno było czytać. Poza tym w dzieciństwie, babcia Hela czytała mi lektury szkolne. Potem, gdy byłem starszy i nie "dukałem już straszliwie", czytaliśmy sobie książki na zmianę, rozdział po rozdziale. Umiem więc słuchać i nie tracić niczego z treści. W grudniu jedziemy na Mönlam. Jak co roku. Skoczymy (5 godzin lotu) do Bodhgaji na miesiąc i pod świątynią Mahabodhi będziemy śpiewać pieśni oraz wznosić modły. Dzisiaj kupiłem bilety i dopiero uświadomiłem sobie, że w paszporcie którym si...

Patong. Plaża.

Pogoda ustabilizowała się po nagłych i trudnych do przewidzenia monsunowych deszczach. Temperatura nieco wzrosła, ale na szczęście lekki, nadmorski wiatr pozostał. Bez tego, nie dałoby się wytrzymać. Bezustannie zachwycamy się błękitem nieba i morza. Wygląda tak, jakby ktoś dodał niebieskiego barwnika. I te złote plaże. Naprawdę ten rodzaj piasku błyszczy w słońcu jak złoty brokat. Pijemy dużo soku że świeżych kokosów. Zrywają je i wkładają do lodu. Gdy zamówisz, odłupują górną część maczetą i wkładają słomkę. Takie kokosy prosto z drzewa mają czasami dwie pełne szklanki wody. Potem zamienia się ona w miąższ i zupełnie zmienia smak. Często korzystamy z leżaków. Przywożą je o 8 rano, gdy jeszcze śpimy. Rozkładają i ustawiają parasole. Gdy wychodzimy z domu, w samo południe, połowa leżanek jest zajęta. Jemy lunch i wracając, szukamy dogodnego miejsca. Przyjemność kosztuje 15 złotych za osobę, bez limitu czasowego. Leżymy w cieniu kolorowych parasoli do dwóch godzin. Później ja, wracam i ...

Patong. Życie nocne

Społeczność Patongu jest głównie pochodzenia tajskiego, a zauważalne mniejszości to osoby z Birmy, Indii oraz Chin.  Tajowie i Tajki oferują "wszystko na sprzedaż" i tutaj nie ma wyjątku. Czarny rynek jest równie oficjalny, jak międzynarodowe supermarkety, a nielegalną prostytucja jest obrazem paradoksu, w jakim żyjemy. Każda osoba tutaj, wykonuje zawód o wielu specjalizacjach, na końcu każdego jest sprzedaż siebie samej. To mi trochę przeszkadza. Lubię nawiązywać znajomości, tutaj miałbym same kontrakty.  Niemniej jesteśmy zauroczeni przyrodą, pogodą a ofiarność lokalnych jednostek traktujemy jako wakacyjną przygodę.

Patong. Miejsce Nocnych Szaleństw na Phuket

Wypoczywamy dzisiaj na plaży. Pijemy bezalkoholowe drinki, głównie świeże kokosy, colę zero i shaki. Obserwujemy ludzi snujących się po plaży, najprawdopodobniej skacowanych po Halloween. My nie mamy po czym, bo wczoraj wznieśliśmy toast winem i po małej lampce, poszliśmy spać (zmęczenie po podróży). Poniżej kilka informacji o miejscu, gdzie będziemy mieszkać do końca listopada (później najprawdopodobniej przeniesiemy się gdzieś w głąb Tajlandii). *** Patong (tajski: ป่าตอง) to jedno z najbardziej rozchwytywanych miejsc na zachodnim wybrzeżu Phuket w Tajlandii, z powierzchnią 16,4 km² i populacją wynoszącą około 19 346 mieszkańców. Miasteczko przyciąga turystów szukających zarówno relaksu na plaży, jak i intensywnej zabawy nocą. Plaża Patong Plaża Patong, mająca 2850 metrów długości i ma zadatki na bycie rajem. Życie nocne w Patong kręci się głównie wokół dwóch miejsc: Bangla Road i "Paradise Complex". Bangla Road to świetne miejsce dla heteroseksualnych imprezowiczów, a Para...

Bangkok. Kolejna zmiana.

Obawiam się, że jestem przestymulowany. Coś się ze mną dzieje; odczuwam rozdrażnienie i wzmożoną energię, połączoną z niegasnącą, wzrastającą chęcią działania. Utrzymuję kontakt ze wszystkimi, pracuję, załatwiam rzeczy i gdy skończę, natychmiast muszę się czymś zająć. No i prawie nie sypiam, ale nie jestem zmęczony. Dzisiaj cały dzień miałem "ciężką głowę". Jestem na diecie. Prawie się głodzę (pewnie stąd rozdrażnienie). Niestety po pięćdziesiątce mój metabolizm jebnął na trotuar i normalne metody nie działają. Spożywanie odpowiedniej ilości kalorii powoduje, że tyję. A jak nie jem, to trzymam wagę, jak największy skarb.  Na domiar wszystkiego, czuję się pod presją. Ludzie na mnie polegają. Prowadzę szkolenia. Coraz więcej i więcej. Presja bycia "przykładem", kładzie mnie na łopatki. Ja przecież lubię być poza systemami... Oh, mon Dieu.

Bangkok. Upały.

Monsun się skończył i nastała pora sucha (ponoć może padać, ale rzadko). Temperatura sięga 35-38 stopni Celsjusza w cieniu, z tym, że jak zwykle cienia nie ma. W mieszkaniu mamy włączoną klimatyzację w każdym pomieszczeniu. Boli mnie gardło od tego, ale inaczej się nie da. W sobotę mocno zaszaleliśmy, a niedzielę spędziliśmy w domu. Marcin oglądał seriale, ja pracowałem. Nawet dobrze mi szło, więc nadrobiłem kilka rzeczy i byłem z siebie zadowolony. Nowa książka będzie się chyba jednak pisać powoli. Nie chce mi się. Może mi przejdzie i zacznę - nie wiem. W środę jedziemy do Phuket. Mam nadzieję, że będzie mi się podobało. Nie chcę wpaść w rozbuchane życie towarzyskie. Wystarczy mi wyjście na drinka i zabawę raz w tygodniu. Przez resztę tygodnia chciałbym jednak trochę odpocząć, pospacerować, poleżeć na plaży i wolno pracować. Bez napięcia i ciągłych terminów, które sam sobie narzucam. Przecież nie mam szefa. Marcin chce jechać jak co roku na Mönlam. A ja mam mieszane uczucia. Ostatnio ...

Bangkok. Codzienność.

Monsun się skończył. Od dwóch dni nie spadła nawet kropla deszczu, zrobiło się mniej wilgotno ale ciepłej. Dzisiaj nawet dla mnie było za ciepło. Termometr w centrum pokazywał +42°C w cieniu, ale co mi z cienia, jak cały czas byliśmy w słońcu. Zmusiłem Marcina, żeby kupił sobie czapkę z daszkiem, bo jego łysa głową w takim słońcu to murowany udar. Zacząłem pisać kolejną książkę. Na razie zrobiłem schemat. Będzie to opis popularnych chorób, przyczyny ich powstawania i propozycje wspomagania ich leczenia. Mam nadzieję skończyć na gwiazdkę, żeby wolumin trafił pod choinkę. No zobaczymy. Zajeżdżam się trochę.  Ostatnio zacząłem terapię i autoterapię. Grzebie w sobie i póki co przynosi mi to wiele złych wrażeń. Przypominam sobie rzeczy, które wyparłem (?) albo zwyczajnie zapomniałem. Czasami budzę się w nocy i myślę, jakim byłem dupkiem, innym razem, jak mnie skrzywdzono. Jeszcze nie wiem, czy ma to sens. Siedzę na pedicure. Włosa ściera mi pięty. Potem masaż i odpoczynek w domu. O 22 w...

Bangkok. Gaz do dechy!

Tajlandia bardzo do nas pasuje. Do mnie najbardziej, chociaż Marcina też fascynuje życie na spidzie i dobrze się bawi, gdy ktoś go lekko popchnie. Dla mnie to esencja. Z chaosu, nadmiaru, hałasu, szaleństwa... biorę energię, przetwarzam ją i traktuję jako benzynę, bez której bym daleko nie zajechał. Stagnacja mnie zabija. Ja nigdy nie jestem zmęczony, nie mam kaca, nie mam dość. Po imprezie śpię 4-5 godzin i budzę się żądny nowych wrażeń, Marcin musi swoje odespać i później człapie za mną, rozkręcając się niczym dynamo, powoli odzyskujący siły. Tak mamy. Bangkok jest wspaniały. Mamy tu koniec monsunu, więc jeszcze pada przez kilka wieczornych godzin, ale temperatura jest tak wysoka, że nie ma to większego znaczenia. Za chwilę rozpocznie się czas suchy, bardzo ciepły z nadmiarem słońca i będzie trwał do kwietnia. Jedzenie jest boskie. Oni robią kulinarne arcydzieła, szczególnie desery. Owoce mają smak pełny, zapomniany i na nowo odkrywany przez kubki smakowe. Mięsa i te ich ostre sosy! ...

Seul. Praca.

Ostatni tydzień to głównie praca. Wstaję i siadam przed komputerem. Mam wiele warsztatów (prowadzę równolegle cztery grupy, na różnych szkoleniach) i kończę rzeczy związane z książką. Teraz pracuję nad ilustracjami, ponieważ nikt ich nie jest w stanie zrobić. Książki o tematyce naturoterapii i refleksologii są raczej czymś nowym i ilustracje może zrobić tylko autor, albo siedzieć przy rysowniku i mówić mu gdzie postawić kolejną kropkę. Szczerze mówiąc bardzo to wyczerpujące. Robienie tych ilustracji.  Przemęczenie związane z pracą wychodzi u mnie w postaci różnego rodzaju frustracji, jestem bardziej drażliwy i bardziej podatny na stres. Poza tym fizycznie od siedzenia przed komputerem bolą mnie plecy i dłonie. Staram się siedzieć w prawidłowych pozycjach, ale mimo wszystko drętwieją mi palce. Gdybym nie był przysłowiowym szewcem co bez butów chodzi, pewnie znalazłem czas na ćwiczenia rozciągające. Ale ja mam tendencję do spadania w wir pracy bez opamiętania, dotyczy to wszystkich p...

Seul. Pierwsze wnioski.

Minął nam miesiąc w Korei i tydzień w Seulu. Stolica, na co skrycie liczyliśmy, znacznie różni się od reszty kraju. W zasadzie to dwie, zupełnie różne krainy. Poza tym ludzie tu wyglądają inaczej i noszą się bardziej międzynarodowo. Seul wygląda inaczej, niż myśleliśmy. Owszem, są tu wysokie budynki i centra biznesu, ale generalnie stolica Korei Południowej to zbiór osiedli (wiosek), z których każda ma swoją specyfikę. Łączy je to, że są nisko zabudowane i oferują mnóstwo żarcia, każdego rodzaju, głównie na ulicach. Wieczorem wszędzie grillują. Słowo "wszędzie" nie jest przesadzone. Wczoraj o trzeciej w nocy, wracając z gej-klubu, wstąpiliśmy na grilla, przed pójściem spać. Samo mięso i kimczi. Ryżu nie było. Miasto jest duże, połączone siatką metra, które jest mocno rozbudowane. Ich wadą jest brak ruchomych schodów (zdarzają się sporadycznie, na wielkich stacjach przesiadkowych). Są windy, ale trzeba odstać w kolejce. Poza tym dość długo czeka się na pociągi (jakieś 5-6 minu...

Seul. Wielkie żarcie.

Koreańczycy chyba jedzą wyłącznie na mieście. W Seulu jest więcej restauracji niż w jakimkolwiek innym, odwiedzonym przez nas kraju, i każda jest pełna. Tłumy ludzi stoją w kolejkach, do każdej z nich. Niesamowite! Jedzą tu żeberka, raczej wieprzowe, choć wołowe też są w karcie. Ośmiornice do wszystkiego i tłuste bekony, boczki oraz słoninę. Świńska skórka, tak jak w Japonii jest tu wielkim przysmakiem. Z owoców mają brzoskwinie i winogrona, czasem gruszki i arbuzy, ale nie widziałem nikogo, kto by to jadł. Za to słodycze: lody, serniki, kremy - o mój bosze - pochłaniają. I czegoś tu nie rozumiem. Wszyscy są szczupli, a długość życia jest całkiem niezła.

Busan. Jesień.

Jesień nadeszła zgodnie z kalendarzem, przynosząc ze sobą dwa dni intensywnego deszczu. Gdy w końcu wyszło słońce, powietrze wypełniło się zapachem tej pory roku, a kolory świata zyskały nowe wibracje. Temperatura spadła z upalnych 45 do przyjemnych 27 stopni, co definiuje jesień w Korei jako piątą porę roku – późne lato. To czas obfitości, kiedy Ziemia wydaje plony, a wszystko dojrzewa w idealnych warunkach. Jednak dla mnie jesień oznacza także zapalenie zatok. Zmagam się z tym co roku, a w tym roku sytuacja jest szczególnie uciążliwa. Mimo że nie czuję się chory, śluz spływający po gardle utrudnia mi życie. Walcząc z katarem, płuczę gardło solanką, chcąc uniknąć tabletek. Zauważyłem, że wilgoć nadmorska to mój wróg – zawsze po saunie wychodzę z katarem. Ograniczyłem nabiał i cukier, ale nauczenie się pokory zajmie trochę czasu. Z radością kończę kolejną książkę o refleksologii rąk, która z pewnością ucieszy moich kursantów. Poświęciłem jej sporo czasu w Japonii i Korei, więc mam nadz...

Busan. Codzienność.

Budzę się w okolicach dziesiątej. Udaję się do toalety i wracam do łóżka. Oglądam różne pierdoły. Dziś na przykład obserwowałem, jak Hinduski tworzą abażury ze starych płyt CD. A potem słuchałem wypowiedzi na temat zagrożeń związanych z cyfryzacją. Następnie krzyczę na Marcina, że jest spiochem i każę mu wstać. Spycham go z łóżka, a on się opiera. W końcu idzie na pół godziny do łazienki. W tym czasie przeglądam wiadomości przefiltrowane przez asystenta AI, który rozumie, o czym chcę wiedzieć. Zero polityki i bieżących nowin. Po porannych rytuałach Marcin wychodzi na zewnątrz. W tym czasie nastawiam swoją listę przebojów i idę pod prysznic. Biorę długi, gorący natrysk, pod którym śpiewam piosenki. Potem następuje długi proces nakładania kremów, różnych ampułek i masażu twarzy. Następnie irytuję się na swoje włosy, których nie mogę ułożyć, i za każdym razem grożę im, że je obetnę. Wychodzę z łazienki, a wtedy Marcin zazwyczaj wraca. Musi wysłuchać moich narzekań na temat fry...

Busan. Paplanie na ekranie.

W Busanie trwa intensywna ulewa, która zdaje się przekształcać pory roku. Jeszcze niedawno zmagaliśmy się z upałem, a teraz zapowiadają piękną, ciepłą, słoneczną jesień z temperaturami sięgającymi 27 stopni każdego dnia. Siedząc tutaj, obserwujemy wzburzone morze i przeglądamy wiadomości ze świata. Z uśmiechem na twarzy oglądam, jak facet rzuca psu butelkę, a w wyniku tego łamie krzesło pod sobą. Pies dostaje w łeb i w rewanżu zjada mu ciasto. Marcin dzieli się ze mną nagraniem mężczyzny, który opowiada o strategii zmuszania ludzi do korzystania z "eliksirów" na srajdemię. Prosta strategia, niczym system w samochodzie, który wymusza zapięcie pasów. Będzie piszczeć, dzwonić, aż w końcu człowiekowi będzie wszystko jedno, byle tylko to denerwujące piszczenie przestało. Gdybym miał auto, z pewnością uszkodziłbym taki system, bo to ja decyduję o swoim bezpieczeństwie, a nie nikt inny. Nie mogę znieść nie tyle podłości rządzących, co bierności ludzi. Kiedy słyszę: "po co się d...

Busan. Sztuczny raj.

Zdjęcie wygenerowane przez AI Po dwóch tygodniach w Korei możemy stwierdzić, że jej Vibe nie synchronizuje się z naszą wibracją. Owszem, dzielnica, w której mieszkamy, jest najdroższa i najbardziej reprezentacyjna (o czym nie wiedzieliśmy), składa się ze szklanych drapaczy chmur, pięknych osiedlowych parków, spektakularnej plaży i czystego, ciepłego morza. Ale dla nas najważniejsi są ludzie, a tutaj ludzie są mentalnie zbyt różni. Co z tego, że jest mnóstwo wypachnionych i lśniących knajp, skoro świecą pustkami. Poza tym ceny drinków są nieprzyzwoicie wysokie. Za obiad płacimy 12000 wonów, za butelkę wina 150000 (430 złotych). Ludzie się tu nie bawią jak w Japonii. Podobno piją więcej, ale nie widać pijanych. Muszą to robić w domu. Ulice są raczej puste. Mieszka tu 6 milionów ludzi, a poza deptakiem przy plaży, nikogo prawie nie ma. Byłem w kinie i film oglądały 2 inne osoby. Centrum miasta jest raczej słabe. Przecina je rzeka o zapachu rynsztoka. Za nią jest podobno centrum rozrywkowe...

Busan. Koreańskie plaże.

Upał. Każdego dnia: słońce, niebieskie niebo, plus 36 °C w cieniu, brak wiatru, brak opadów, wilgotność na poziomie akceptowalnym. Lepiej niż w Japonii. Plaże szerokie, piaszczyste, czyste, niezbyt zatłoczone. Woda przejrzysta, ciepła (27°C), bez zapachu. Za plażą deptak, oddzielony od niej iglastymi drzewkami. Przy nim same kawiarnie, restauracje i lodziarnie. Bezpłatne kible co 500 metrów. Ludność raczej koreańska, czasami zdarzają się skośnookie mniejszości chińskie, malezyjskie, filipińskie. Turyści to głównie Amerykanie, jest też trochę Rosjan, Hiszpanów i czasami zdarza się usłyszeć szeptany polski (ten dziwny polski wstyd albo poczucie niższości?). Ceny, takie jak w Japonii. Nie jest drożej. Hotele w cenach od 250-1000 złotych za dobę (my za apartament płacimy 300 złotych za dobę). Posiłek to wydatek 45-60 złotych za osobę. Można taniej i drożej. Staramy się żyć skromnie, ale też nie przesadzać i nie oszczędzać na jakości, więc wydajemy średnio 300 złotych na osobę, za dzień. Pi...

Osaka. Globalizacyjny miszmasz.

  Najbardziej popularną piosenka w Osace (i pewnie w Japonii) jest koreańska   K iss of Life  (키스오브라이프), puszczana na okrągło i wszędzie. Dziewczyny śpiewają dodatkowo po angielsku z koreańskim akcentem, a cały teledysk, jest nakręcony na warszawskim Muranowie. Poniżej link: https://youtu.be/IajeQM00yfE?feature=shared Do niedawna mówiło się, że Japończycy to jedyny wysokorozwinięty naród, który pozostał szczupły. Fast Food niestety dotarł i tutaj, a ludzie zrobili się pulchni. Dużo z nich ma nadwagę. Jeszcze 10 lat temu, tatuaż w Japonii dyskwalifikował posiadające go osoby. Nikt ich nie masował, były wypraszane z plaż i basenów. Teraz w pełni korzystam z tych uciech, a co trzeci Japończyk ma dziarę. Salonów tatuaży przybywa, jak grzybów po deszczu. Kiedyś na tej pięknej wyspie nie było muzułmanów. Nie jestem pewien, ale chyba był nawet jakiś zakaz, ograniczający ich prawa. Teraz są tu nieliczne meczety i przybywa kobiet z zakrytymi twarzami. Dodatkową ciekawostką je...